MŚ 2010. Im dalej od stadionów, tym kupa problemów większa

Na stadionach RPA i obok nich już trwa święto futbolu. Dalej od nich jest jak zwykle. W Kapsztadzie wybuchła wojna toaletowa, a południowo-afrykańskie związki zawodowe, do których należą m.in. policjanci, zagroziły strajkiem.

Zamieszki w Kapsztadzie rozpoczęły się ponad tydzień temu, kiedy władze miejskie przystąpiły do akcji usuwania starych, wolno stojących toalet w jednej z najbiedniejszych części miasta położonej w slamsach Khayelitshy. Ludzie mieszkający z domkach z dykty i blachy falistej nie mają tam swoich toalet, lecz korzystają z publicznych lub z pobliskiej rzeki. Mieszkańcy twierdzą, że stare toalety były albo zapchane, albo zepsute, albo zamknięte. W ich miejsce stawiano nowe sedesy spłuczkowe, tylko nieotoczone żadną zasłoną. Wprost na ziemi - jak w Polsce kosze na śmieci.

Około 1000 ludzi zaczęło wtedy protest - krzyczeli do białych dowodzących akcją: "Zabić Bura!" (Kill Boer!). Zaatakowali policję, palili opony, zablokowali ulice, powstawały barykady. Policja tłumiła protesty - salwami z gumowych kul, granatami oszałamiającymi. Aresztowano kilkadziesiąt osób. Po kilku dniach miasto postawiło zasłony z blachy falistej wokół toalet, ale mieszkańcy je zniszczyli - domagali się murowanych konstrukcji.

Od tego czasu gwałtowne protesty się rozszerzyły na inne części milionowych slumsów Khayelitshy. Problemem zajęły się media, organizacje oraz komisje praw człowieka, rząd lokalny, potężna partia ANC, której młodzieżówka aktywnie uczestniczyła w zamieszkach. Problem jest dla rządzącego w kraju ANC wdzięczną okazją przyłożenia politycznym rywalom - bowiem w prowincji Western Cape ANC jest w opozycji. Rządzi tam związana z białą mniejszością partia Democratic Alliance z mocną antyapartheidową kartą w historii.

Problem toalet dotyczy tej części miasta, do której nigdy nie dotrą fani piłki nożnej. Khayelitsha jest położona po przeciwnej stronie Góry Stołowej niż nadmorski stadion i piękne śródmieście.

Strajk pracowników sektora publicznego kibiców dotknie już na pewno. - Jeśli nie dogadamy się w następny piątek, nie będziemy mieli wyjścia i zorganizujemy strajk w środku mundialu - mówi związkowiec Manie de Clerq.

Pracownicy domagają się 8,5-proc. podwyżki płac, rządowa oferta - 6,2 proc. - została odrzucona.

Związki skupiają ok. 1,2 mln pracowników. Należą do nich m.in. pielęgniarki, nauczyciele i... policjanci.

Jeszcze kilka dni temu odpowiedzialny za policję minister Fikile Mbalula obiecywał, że funkcjonariusze zadbają o wszystkich gości - od piłkarzy po kibiców. O bezpieczeństwo obawiano się przed mundialem najbardziej. Johannesburg uważany jest za jedno z najniebezpieczniejszych miast świata, w całym RPA dziennie z powodu przestępstw ginie 60 osób.

Wczoraj w hotelu Beverly Hills w Durbanie okradziono pod ich nieobecność trzech piłkarzy greckich. Rzecznik reprezentacji stwierdził, że Grecy są pod wrażeniem, z jakim przejęciem w hotelu zajęto się sprawą. W Johannesburgu uzbrojony w pistolet napastnik okradł chińskich dziennikarzy. Portugalskich i hiszpańskich napadnięto w pensjonacie. FIFA oba incydenty z dziennikarzami zbagatelizowała, uznając, że największym problemem gospodarzy są uliczne korki. - To śmieszne. Pokazują całkowity brak szacunku dla ludzi, którzy przyjechali tutaj do pracy - mówi napadnięty fotograf Antonio Simoes. Policja odzyskała jego pieniądze, karty kredytowe i aparat. Oficjalną linią obrony afrykańskich organizatorów i FIFA jest zdanie: Takie sprawy dzieją się na całym świecie, w każdym mieście.

- W Johannesburgu wciąż mają problem z przestępczością. To wielkie miasto. U nas poradziliśmy sobie z tymi kłopotami. Oczywiście, jeśli ktoś nie będzie uważał, mogą go spotkać nieprzyjemności, ale chyba w każdym kraju znajdują się miejsca, do których lepiej nie zaglądać - mówi Michael, taksówkarz z Rustenburga oddalonego o 200 km od Johannesburga.

Bafana Bafana silniejsza bez Benniego McCarthy'ego ?