MŚ 2010. Grupa F. Ostatnia misja mistrzów świata

Obronić tytuł? Włosi mają przyziemniejsze problemy. Żyją w lęku, że mundial skończy się katastrofą. Jedyną pociechę odnajdują w losie, który nadal jest dla nich łaskawy.

Majowy triumf Interu Mediolan w Lidze Mistrzów, zamiast dekadenckie nastroje poprawiać, bywa częściej ostatecznym i najmocniejszym dowodem, że włoski futbol - najwydajniejszy w Europie, aż czterokrotnie premiowany mistrzostwem świata - popadł w kryzys. Mistrzów Serie A prowadził trener z Portugalii José Mourinho, który w podstawowej jedenastce na finał nie wystawił ani jednego piłkarza z Italii. Co było wydarzeniem w dziejach Champions League bezprecedensowym.

Dwóch Włochów z Interu na boisko wiosną zaglądało, ale żadnego nie powołał na mundial selekcjoner Marcello Lippi. Marco Materazziego ze względów naturalnych (obrońca skończy niebawem 37 lat), Mario Balotellego ze względów wpędzających we frustrację wszystkich, którzy czekają, aż piękni dwudziestoletni calcio wyprą z pierwszego planu więdnących trzydziestoparoletnich. Napastnik z San Siro to niereformowalny łobuz, narażający się wszystkim - kolegom z klubu, przeciwnikom z boiska, kibicom, trenerom. Nie lubi go nikt, u Mourinho musiał znosić wielotygodniowe odsunięcie od drużyny i bluzgi wyśpiewywane przez własnych kibiców. Gdyby głowa pracowała mu jak nogi, do RPA by poleciał.

Oto włoski krajobraz przed bitwą - debatuje się przede wszystkim o ludziach, których w zaciągu na mundial nie ma. Nie ma z powodu wątłego zdrowia, metryki lub notorycznej niesubordynacji, ewentualnie koktajlu tych wszystkich czynników. Schorowany Alessandro Nesta (lat 34) wciąż uchodzi za czołowego stopera, naród go błagał o powrót do kadry, ale nie wybłagał. Francesco Totti (lat 34) wciąż należy do najbardziej zabójczych snajperów, wrócić do reprezentacji chciał, ale nie chciał go Lippi. W Antonio Cassano wciąż wielu widzi napastnika wybitnie finezyjnego, ale i w duchową przemianę tego awanturnika selekcjoner zwątpił. Ten ostatni to nieprzejednany wróg nonkonformistów uważających się za ważniejszych od grupy, dlatego zdaniem co bardziej radykalnych ekspertów Włosi lecą podbijać RPA bez czwórki najlepszych atakujących. Do wymienionych dokładają jeszcze Fabrizio Miccolego (lat 31), jednego z bohaterów fantastycznego ligowego sezonu Palermo.

A powołani tkwią w defensywie jeszcze przed odlotem. Fabio Cannavaro - lat 37, podpisał właśnie kontrakt w Zjednoczonych Emiratach Arabskich - musi przysięgać, że w reprezentacji nie powtórzy beznadziejnych występów z Juventusu. Gianluca Zambrotta przekonuje, że ani on (lat 33), ani jego rówieśnicy z kadry jeszcze nie posiwieli. Trener Lippi tłumaczy, że przed krótkim, kilkutygodniowym turniejem bardziej wierzy w bezcenne doświadczenie starych mistrzów, niż obawia się o ich wytrzymałość. W jego umiejętność wyciśnięcia z piłkarzy maksimum nikt zresztą nie wątpi, a obrońcom tytułu poszczęściło się w losowaniu. Znów. W eliminacjach nie naprzykrzał im się żaden finalista Euro 2008, teraz nie zaatakuje ich nikt z planami ambitniejszymi niż zachowanie godności.

Wyjść kiedykolwiek z mundialowej grupy zdołali tylko Paragwajczycy - na swoim kontynencie nietypowi, bo ubodzy w osobowości podbijające Europę, specjalizujący się w pracy zbiorowej i skupieni na taktyce, dzięki pragmatycznemu stylowi gry obwołani "małą Italią" (nawet dowodzi nimi trener z włoskimi korzeniami). Słowacy debiutują na MŚ głównie dzięki szczodrości Polaków, którzy w obu (marnych) meczach z nimi dwukrotnie popełniali samobójstwo. Gdyby na początku eliminacji nie wsparł ich Artur Boruc, a na końcu Seweryn Garncarczyk, nasi południowi sąsiedzi nie wyprzedziliby Słowenii (dwukrotnie ich pokonała). Wreszcie piłkarze Nowej Zelandii wrócą na mundial po 28 latach głównie dzięki decyzji Australijczyków, by uciec od znęcania się nad reprezentacjami tonących wysepek z Oceanii i bić się o awans w strefie azjatyckiej. Najniżej sklasyfikowanym uczestnikom turnieju w RPA wystarczyło uporać się z Nową Kaledonią, Fidżi, Vanuatu oraz Bahrajnem i teraz ich marzeniem jest wywiezienie z MŚ choć jednego punkciku.

To w meczu z Nową Zelandią Włosi najedli się wstydu na ubiegłorocznym Pucharze Konfederacji, wygrywając zaledwie 4:3. Dziś jednak wiedzą, że żadna rozstawiona na mundialu drużyna nie dostała lżejszej grupy. Jeśli osiągną cel - przebrną przez nią bezboleśnie, przy minimalnym wysiłku i bez strat w ludziach - w fazie pucharowej jak zwykle będą rywalem wyjątkowo niewdzięcznym. Lamentować nad zapaścią calcio zaczęli przecież jeszcze przed poprzednimi MŚ, po wybuchu afery Calciopoli, przez którą lecieli na turniej w nastrojach podłych, niemal grobowych. Wrócili ze złotem.

Więcej o: