MŚ 2010. Nowa Zelandia jak Polska

Jedyny uczestnik mundialu, u którego nie sposób ustalić, ilu wystawi piłkarzy z klubów zagranicznych, a ilu z klubów krajowych. Drużynę Wellington Phoenix przygarnęła bowiem liga australijska.

Czołowi nowozelandzcy piłkarze chcą rywalizować na poziomie zbliżonym do zawodowstwa, by wzmocnić także reprezentację. Ta ostatnia boryka się zresztą z problemem podobnym. Odkąd kadra Australii uciekła do strefy azjatyckiej, łatwiej awansować na mundial, ale też nie ma szans, by sprawdzić się w poważnym futbolu. W eliminacjach Nowozelandczykom wystarczyło zdystansować Nową Kaledonię, Fidżi, Vanuatu i Bahrajnem (baraż z reprezentantem Azji), czyli drużyny z terytoriów zamieszkiwanych w sumie przez dwa miliony ludzi.

Wellington Phoenix w minionym sezonie ligi australijskiej zajęli czwarte miejsce i po raz pierwszy awansowali do play-off. Trenuje ich selekcjoner reprezentacji Ricki Herbert, który w 1982 roku przegrywał z rodakami wszystkie mecze MŚ w Hiszpanii. Trener wie, jak trudno zwyciężyć gdziekolwiek poza Oceanią, więc obrał strategię doskonale nam znaną - szuka po świecie ludzi z korzeniami nowozelandzkimi, którzy umieją jako tako kopać. Wziął już reprezentanta duńskich młodzieżówek Winstona Reida, reprezentantów angielskich młodzieżówek Tommy'ego Smitha i Rory'ego Fallona (korzenie maoryskie, jego ojciec trenował Nową Zelandię na tamtych MŚ sprzed 28 lat) oraz reprezentanta szkockich młodzieżówek Michaela McGlincheya. Wszyscy dorastali w Europie, trzej ostatni urodzili się w Nowej Zelandii, dwaj ostatni debiutowali w nowej drużynie w zeszłym roku, ale zdążyli zostać bohaterami baraży z Bahrajnem

Więcej o: