MŚ 2010. Były prezes PZPN dla "Sport.pl": Szósty mundial Michała Listkiewicza

W RPA odpowiadam za dobre warunki pobytu, przygotowania do meczu i czas wolny sędziów. Na ostatniej imprezie mieszkałem nad Kanałem Sueskim, więc brałem arbitrów na przejażdżkę statkiem. Za trzecim razem już sam byłem ich przewodnikiem

Robert Błoński: Które to pana mistrzostwa świata?

Michał Listkiewicz: We Włoszech i w USA byłem jako sędzia, w Korei i Niemczech - jako prezes PZPN, we Francji - jako generalny koordynator z funkcją administracyjną w Lyonie. Teraz wybieram się jako asesor sędziowski, przedstawiciel Komisji Sędziowskiej FIFA. Lecę 2 czerwca. Najpierw na tydzień do Johannesburga, gdzie sędziowie przejdą testy fizyczne i teoretyczne. Później każdy z nas jedzie do przydzielonego miasta, ja do Polokwame na północy. Podniecanie się, że będę na kolejnej wielkiej imprezie, mam już za sobą. Kiedyś byłem próżny, teraz z tego wyrosłem.

Co pan będzie porabiał na mundialu?

- W Polokwame odbędą się cztery mecze: Algieria - Słowenia, Francja - Meksyk, Grecja - Argentyna i Paragwaj - Nowa Zelandia. Odpowiadam za dobre warunki pobytu, przygotowania do meczu i czas wolny sędziów. Będę oceniał ich pracę, napiszę raporty do FIFA i też zostanę oceniony. Jeśli się nie przyłożę, będzie wstyd i mogą wykluczyć mnie z komisji. Nie pełnię eksponowanej funkcji, ale wszystko muszę zorganizować perfekcyjnie.

Podczas młodzieżowych MŚ w Egipcie było łatwo. Mieszkałem nad Kanałem Sueskim, więc zabierałem sędziów na przejażdżkę statkiem po kanale. Za trzecim razem już sam byłem ich przewodnikiem.

W Nigerii, też na młodzieżowych MŚ, było trudniej. Mieszkałem w muzułmańskim mieście Bauchi. Znalazłem jakąś lokalną wioskę i do niej zabierałem arbitrów. Na miejscu zawsze pomaga mi lokalny przedstawiciel. Kiedyś w Malezji przydzielili mi gościa, który ważył 140 kg i przypominał sumitę. Byłem przerażony, tym bardziej że jechaliśmy na głęboką prowincję. Okazał się czarujący. Robił fantastyczne programy dla sędziów, wycieczki do dżungli, lokalne tańce. Zaprzyjaźniliśmy się do tego stopnia, że zaprosił mnie do swojego domu. A tam to wielkie wyróżnienie i rzadkość. Jestem ciekawy, na kogo trafię w RPA.

Po meczach fazy grupowej wracam do Johannesburga. Do finału nie zostanę, bo 7 lipca muszę być w Niemczech, gdzie zaczynają się MŚ kobiet do lat 20. Jestem tam współodpowiedzialny za sędzie.

Mundial będzie bezpieczny?

- Mam obawy. Nigdy nie byłem w RPA, ale FIFA zawsze jest przygotowana. Na wspomnianych MŚ w Egipcie i Nigerii nie było problemów, ale koszty i nakłady były ogromne. Drużyny, sędziowie, oficjele prawie nie opuszczali hoteli. Ochroniarzy przywieziono aż z Europy. Byli to ludzie zaprawieni w misjach wojennych w różnych częściach świata. Mnie pilnował Holender postury Pudzianowskiego. Bez jego zgody nie wychodziłem z hotelu. Mam nadzieję, że tak samo będzie w RPA.

Większe zmartwienie jest z kibicami. Czy po paru piwach nie zapuszczą się w nieodpowiednie miejsca? Podczas Pucharu Konfederacji było spokojnie. FIFA jest przekonana, że będzie to lepszy mundial, niż dziś wszystkim się zdaje. Byłem już na wielu imprezach, na niektóre jechałem z nastawieniem "O Boże święty". A miło się zaskoczyłem.

Nie chce pan tego opisać?

- Przymierzam się do dwóch książek, robię notatki. Jedna to moje wszystkie podróże, spotkania itd. A druga to opis życia w roli kamerdynera Kazimierza Górskiego. Tyle jest anegdot i wspomnień potwierdzających wyjątkowość pana Kazimierza. Chcę to zebrać. A za rok, w piątą rocznicę śmierci, zamierzamy otworzyć izbę pamięci pana Kazia w Zalesiu, gdzie miał letniskowy domek. Takie minimuzeum. FIFA wzięła nad tym patronat, będzie wisiała jej flaga na maszcie. Chcemy, by wszystko było stworzone we współpracy o rodzinę. Zgłosiła się grupa dobrej woli, która pomaga we wszystkim.

Przed mundialem są obawy o poziom sędziowania i dysproporcje między arbitrami z Europy i ich egzotycznymi kolegami z Seszeli czy Gwatemali.

- Może być sporo miłych zaskoczeń. Znam arbitra z Uzbekistanu - świetny. W Azji mecze są czasem trudniejsze do prowadzenia niż w Europie. Piłkarze są bardziej porywczy, mniej zdyscyplinowani. Europa nie powinna zadzierać nosa. FIFA wprowadza uniwersalizację. Obojętnie, gdzie jest rozgrywany mecz, każdy arbiter ma reagować tak samo na zagrania czy zachowania piłkarzy. Średnio co dwa miesiące organizuje specjalne szkolenia. Na MŚ we Włoszech w 1990 roku my i sędziowie latynoamerykańscy to były dwa światy. My nie znaliśmy hiszpańskiego, oni angielskiego. Nie rozmawialiśmy i nie widywaliśmy się. Teraz FIFA integruje arbitrów. Podczas szkoleń czy kursów asystent z Niemiec jest w parze np. z sędzią asystentem z Vanuatu.

Teraz zauważa się wiele błędów, co wynika z ogromnego postępu w realizacji transmisji w telewizji. Mając do dyspozycji dzisiejsze metody za moich czasów, okazałoby się, że wielu uznanych sędziów myliło się więcej, niż myślano. Dlatego będzie wracał temat wspomagania się techniką telewizyjną. Presja ze strony właścicieli wielkich klubów jest ogromna.

A może pomysłem jest piąty arbiter, który ogląda mecz na monitorze i ma łączność z głównym?

- A kto wtedy jest sędzią - ten na boisku czy za monitorem, który podejmuje decyzje o trzech karnych, których nie zauważył główny? Supervisor nie powinien mieć wpływu na decyzje. Analizuje spotkania tylko dla celów szkoleniowych. Obecnie jest kapitalny system łączności między sędziami. Kiedyś miałem tylko chorągiewkę, a główny reagował na mój krzyk albo tajne, ustalone wcześniej gesty. Teraz cała piątka sędziów - główny, asystenci, techniczny i supervisor - cały czas rozmawia. Mają mikrofony i nadajniki. Spróbowałem tak sędziować i ciężko było się skoncentrować, bo w uchu ciągle coś mi brzęczało.

W składzie sędziów na MŚ jest Szwed Martin Hansson. Uznał bramkę, którą Thierry Henry strzelił Irlandczykom ręką. Dzięki niej Francja pojechała na mundial.

- Gdyby mistrzostwa były rozgrywane tydzień albo dwa po tamtym wydarzeniu, na pewno nie znalazłby się wśród nominowanych. Szwed zachował się po męsku, przyznał do błędu i przeprosił. Jestem przeciwny, żeby za jeden błąd dyskwalifikować dożywotnio. To oznaczałoby, że Artur Boruc nigdy nie zagrałby w kadrze za kuriozalne bramki ze Słowacją czy Irlandią Płn.

Kto jest najlepszym sędzią świata?

- Wielka klasa to Meksykanin Rodriguez i Włoch Rosetti. Gdybym nie udzielał wywiadu polskiej gazecie, wymieniłbym jeszcze Anglika Webba, który sędziował nasz mecz z Austrią na Euro i podyktował karnego w ostatniej sekundzie. Straciliśmy przez to zwycięstwo, ale później okazało się, że miał rację.

Dlaczego na MŚ nie ma polskiego sędziego?

- Bo nie prezentują odpowiedniego poziomu. Szanse miał Grzegorz Gilewski, ale jest oskarżony o korupcję. Pewnie oczyści się z zarzutów, ale mundial mu odjechał.

Chodzi pan czasem do PZPN?

- Od czasu do czasu. Ale mój świat to teraz Euro 2012 oraz działalność w FIFA i UEFA. W tym roku nieustannie gdzieś wyjeżdżam. Po MŚ w Niemczech jadę na Trynidad i Tobago, gdzie są MŚ dziewcząt do lat 17. W PZPN zajmuję się szkoleniem sędziów. Grzesiek Lato zachowuje się wobec mnie w porządku, ale wielkiej zażyłości nie ma. W ścisłym kierownictwie związku jest sporo ludzi, z którymi współpracowałem, ale byłem zbyt naiwny i łatwowierny. Nosiłem zbyt różowe okulary, myśląc, że zostanę w łódce, zmieniając jedynie ławeczkę. Za burtę nie wypadłem, ale jestem odsunięty na dalszy plan.

Zamierza pan kiedyś wrócić do PZPN?

- Może... Ale prezesem już nie będę. Chciałbym spożytkować swoją wiedzę, dorobek, doświadczenie i kontakty. Jeśli nie w PZPN, to może w Ekstraklasie albo klubie? Mój serdeczny przyjaciel, były słowacki sędzia Lubosz Michel, jest dyrektorem klubu ds. międzynarodowych w Szachtarze Donieck. Radzi sobie świetnie. e

Więcej o: