Przypadek Witalija Pietrowa, czyli aaaaaby kupić starty w Formule 1

Witalij Pietrow z Renault nie jest pierwszym kierowcą, który za miejsce w F1 musi płacić. - Nie jeżdżą w niej najszybsi kierowcy - już kilka lat temu mówił o Formule 1 Robert Kubica.

- Jeśli do 1 marca nie wpłacimy 7,5 mln euro, Witalij może zostać zastąpiony przez innego kierowcę - cytują Aleksandra Pietrowa rosyjskie media. - Bank, do którego zgłosiłem się o pożyczkę, nie dał jeszcze odpowiedzi. Jedyna nadzieja w premierze Władimirze Putinie, który dostał już apel o pomoc dla Witalija.

25-letni Pietrow, który kilkanaście dni temu został oficjalnie przedstawiony jako wyścigowy kierowca Renault i uczestniczył w testach samochodu w Walencji, miał wnieść ok. 7 proc. budżetu ekipy, czyli ok. 15 mln euro. Pierwsza rata miała wpłynąć do Renault do 1 marca, a druga - do 1 lipca.

Menedżer Pietrowa juniora w specjalnym oświadczeniu dementuje zagrożenie wykluczeniem z zespołu, a winę za burzę medialną zrzuca na "niezrozumienie słów ojca kierowcy". Przypadek Pietrowa, który w środę ma rozpocząć testy w Jerez, wpisuje się w obraz funkcjonowania Formuły 1.

- Nie jeżdżą w niej najszybsi kierowcy - część z nich miała bardzo dużo szczęścia albo bardzo dużo pieniędzy - mówił w 2004 roku kierowca Formuły 3 Robert Kubica. - Najlepsze zespoły mają gigantyczne budżety i dla nich to, czy będą miały kilka milionów euro za kierowcę więcej czy mniej, nie robi zasadniczej różnicy. Chcą mieć kierowcę szybkiego, bo im chodzi o wygrywanie - tłumaczył młody Kubica.

Zespoły spoza czołówki wykorzystują już fakt, że za fotel kierowcy F1, który jest przepustką na światowe salony, niektórzy są skłonni zapłacić miliony. W ostatnich latach miejsca w bolidach sprzedawały m.in. Jordan, Prost, Minardi (później Toro Rosso), a nawet Williams.

- Jeśli znalazłeś pieniądze, wszystko było w porządku. Jeśli nie - trzymali cię na liście oczekujących - mówił o praktyce zatrudniania kierowców w Toro Rosso Francuz Sebastian Bourdais, który ścigał się w tym zespole w latach 2008-09.

Williams realizował transakcje wiązane - zespół podpisywał umowę na dostawę silników z Toyotą, która stawiała warunek, że jednym z kierowców ma być Japończyk. Kazuki Nakajima w ciągu dwóch lat sromotnie przegrywał wewnętrzną rywalizację z kolegą z zespołu Nico Rosbergiem, a Williams - po zakończeniu współpracy z Toyotą - szybko i bez żalu z Japończykiem się rozstał.

Za pieniądze od kierowcy można kupić... sekundy. - Wyobraźmy sobie, że pojadę na testy i będę się ścigać o miejsce w jednym ze słabszych zespołów F1. Będę szybszy od innego kierowcy o 0,3 s na okrążeniu, ale tamten wniesie do zespołu dużego sponsora. Kogo wybiorą? Tego z dużą kasą, bo za jego pieniądze będą mogli przygotować samochód szybszy o 0,5 s - tłumaczył sześć lat temu Kubica.

- Zespół będzie mógł wynająć lepszych inżynierów, więcej testować, na dłużej wynajmować tor, a na dodatek zadowolony sponsor w przyszłym roku wyda jeszcze więcej i zespół się rozkręci - mówił Polak.

W tym sezonie na rozkręcenie się liczą szczególnie nowe zespoły - amerykański USF1 jedno z miejsc sprzedał Argentyńczykowi Jose Marii Lopezowi za 8 mln dol., a ze słów holenderskiego kierowcy Roberta Doornbosa wynika, że drugie miejsce w tym zespole, a także w ekipie Camposa, wyceniane jest na 5 mln dol.

Czasem ważna jest nie tyle gotówka, co popularność kierowcy i zainteresowanie sponsorów jego osobą. Taki jest status Bruno Senny - siostrzeńca legendarnego Ayrtona, który dostał angaż w Camposie.

Kubica o kupowaniu miejsc w F1

- Czy Formuła 1 jest pod tym względem wyjątkowa? - pytaliśmy Kubicę w 2004 roku, tuż po starcie Polaka w wyścigu F3 w Makau. - Moim zdaniem tak jest wszędzie - odpowiadał Kubica. - Chyba nie uważa pan, że na przykład Real Madryt kupił Davida Beckhama, bo to najlepszy pomocnik świata? Nie. Kupił go dlatego, że było duże bum. Beckham przynosi dochód, generuje zainteresowanie, co w sumie pozwala na rozwój klubu. No i jest niezły. Nie najlepszy, ale niezły.

Cały wywiad z Kubicą z 2004 roku - na blogu Łukasza Ceglińskiego