Mariusz Jurasik: Lubimy grać ostro

- U nas nie ma ludzi, którzy schodzą z boiska, bo ich boli brzuszek czy paluszek - mówi Mariusz Jurasik przed pierwszym meczem mistrzostw Europy. Polska gra jutro z Niemcami.

Jurasik: każdy mecz jak finał Radosław Leniarski, Jakub Ciastoń: Trener Wenta twierdzi, że mieliście tajny układ o pana powrocie do kadry.

Mariusz Jurasik: Bogdan chyba mnie "podszedł", bo nawet ja nie wiedziałem, że zagram na Euro. Rozmawialiśmy o ewentualnym przyjeździe na zgrupowanie, ale miało to nastąpić tylko wtedy, gdy będzie naprawdę jakaś plaga kontuzji. Plagi może nie ma, ale osłabione były przez moment akurat dwa newralgiczne punkty, z których wypadli leworęczni gracze. Dlatego przyjechałem i zostałem. Jestem pełen optymizmu, że Marcin Lijewski wróci do formy po operacji migdałków, razem trenujemy indywidualnie, aby dogonić kolegów, i widzę, że z dnia na dzień jest w lepszej formie. Tak jak i ja. Mam nadzieję, że obaj będziemy wzmocnieniem dla kadry.

Zdobyliście dwa medale mistrzostw świata, ale w Euro Polska zajmowała dalekie miejsca: 10., 7....

- Mam nadzieję, że teraz będzie półfinał i że w nim wygramy. Bo niby z tych cyfr wychodzi, że będzie czwarte miejsce, ale wypluwam te słowa, bo chcielibyśmy grać o medal, i to najcenniejszy. Decydujące będą trzy pierwsze mecze - z Niemcami, Szwecją i Słowenią.

Mówi pan o ciężkim powrocie. Jak to jest wrócić po urlopie do takiej harówki?

- Niestety, są skurcze, bóle mięśni. Trzeba zagryźć zęby i przezwyciężyć pierwsze dwa, trzy dni. Potem jest lepiej. Ale ja nie przyszedłem na trening całkiem z marszu. Taki doświadczony zawodnik szybko złapie rytm treningowy, może nie najwyższą formę, ale w trening wdrożyłem się łatwo.

Na Teneryfie była pełna plaża?

- Bardzo bym chciał, ale nie było. Każdy z Vive Kielce dostał od trenera plan treningów, bo w czasie urlopu nie można nic nie robić. To byłoby najgorsze. Na Teneryfie przez tydzień każdego dnia rano biegałem, a wieczorem byłem na siłowni. Ale jak było słoneczko, to od 10 do 16 leżałem plackiem na leżaku. W moim wypadku to pierwszy taki zimowy urlop od sześciu czy siedmiu lat. Gdy w Niemczech 30 grudnia kończyła się liga, już 2 stycznia stawiałem się na zgrupowanie kadry.

Jak wy to wytrzymujecie? Chłopy na schwał, ale nogi mogą tego wszystkiego nie wytrzymać.

- Są mikrourazy, ale człowiek jakoś się trzyma. Dlatego zawiesiłem po mistrzostwach świata w Chorwacji występy w kadrze, aby się odbudować i doprowadzić organizm do takiego stanu, w jakim był cztery, pięć lat temu. Zdaje się, że się udało. W sumie miałem cztery tygodnie wolnego w wakacje, teraz trzy tygodnie. Miałem wcześniej siedem meczów, ale ponieważ liga polska nie jest bardzo wymagająca, to nie ma o czym mówić. Nie ma takich przeciążeń jak w reprezentacji i Lidze Mistrzów.

Mistrzostwa Europy to mecz dzień w dzień. Nie obawia się pan, że organizm może odmówić posłuszeństwa?

- Bodajże w ciągu 11 czy 12 dni jest osiem meczów do finału z drużynami równorzędnymi lub lepszymi. Nie ma czasu na odpoczynek, nie można sobie pozwolić na przestój, bo przeciwnik odjedzie z bramkami i już się go nie dogoni. W Europie każdy z każdym może wygrać i przegrać. Każdy mecz to finał.

Mówi się, że nasza grupa to grupa śmierci. Pierwszy mecz z Niemcami.

- Mają kłopoty, ale większość reprezentacji ma kłopoty z kontuzjami. Niemcy jednak byli, są i będą groźni. Bundesliga jest najlepsza na świecie. Przez ostatnie dwa lata mistrzowie świata z 2007 r. odmłodzili drużynę. Na poprzednich mistrzostwach Europy im nie wyszło, na igrzyskach olimpijskich też nie, ale już w na mistrzostwach świata w Chorwacji byli bardzo groźni. Przeszli przez naszą grupę jak burza, nas zmiażdżyli, bo przecież prowadzili już dziesięcioma bramkami. Skończyło się na siedmiu, bo im zabrakło siły i doświadczenia. Teraz już im nie zabraknie. Co roku mają więcej od nas meczów kontrolnych i bardzo szybko łapią doświadczenie, mają skąd czerpać i gdzie wymieniać słabszych zawodników. Będą bardzo groźni.

Nie zagra kontuzjowany Holger Glandorf. To ważna strata dla Niemców?

- Grałem przeciwko niemu sześć lat. Obok Pascala Henka, który odpuścił mistrzostwa, bo chce się wyleczyć, to kluczowa postać niemieckiej drużyny. Glandorf być może będzie gotowy na trzecią rundę. Niemcy są bardzo pewni, że awansują, ale Glandorf to lider, który bierze odpowiedzialność na siebie w trudnych momentach. Bardzo trudno będzie im zapchać tę dziurę.

A Słowenia? Czy przyjście słynnego trenera Zvonimira Serdarusicia może mieć taki wpływ na reprezentację Słowenii jak u nas przyjście Bogdana Wenty?

- Dla nas Słowenia jest dużą niewiadomą, bo jeszcze ich nie widzieliśmy pod wodza Serdarusicia. A może on mieć na nich wielki wpływ. Przez 13 lat zdobył z THW Kilonia osiem tytułów mistrza Niemiec, kilka pucharów Niemiec, a dwa lata temu wygrał Ligę Mistrzów.

Jednak z Ligą Mistrzów ma też kłopoty. Są podejrzenia, że niektóre mecze były ustawione...

- Nie chce się wypowiadać. To bardzo dobry trener i na pewno poukłada ten zespół. Dla niego do drużyny wróciła stara gwardia. Pięć lat temu byli wicemistrzami Europy. Słoweńcy mogą być równie mocni jak Szwedzi, którzy z kolei odmładzają skład, ale wciąż grają bardzo szybką piłkę.

Trener Wenta jest świetnym motywatorem. Umie nakręcić drużynę. Czy wam wciąż to jest potrzebne?

- W każdym sporcie trzeba motywować. Ale Bogdan jest nie tyle motywatorem, ile świetnym psychologiem, umie trafić do każdego zawodnika. To nie jest tak, że ma gotowe formułki. On po prostu doskonale nas zna i za każdym razem wie, co powiedzieć. Akurat mnie indywidualnie motywować nie musi. I to jest jego metoda na mnie - zostawienie mnie w spokoju. Ja umiem sam się zmotywować, wolę sobie siedzieć spokojnie, posłuchać muzyki na iPodzie.

Co przed Euro wymagało poprawy? Nad czym pracowaliście?

- Głównie nad atakiem, skutecznością. Obrona nie wyglądała źle. Sławek Szmal i Piotrek Wyszomirski w bramce spisywali się dobrze. Obronę mamy twardą, wiem to z doświadczenia, bo na treningach gram w ataku, za niski jestem na obronę. Próbuję się przebić, a łatwo nie jest. Jak się podchodzi się za blisko, to zawsze dostaje się klapsa w głowę, czy w coś innego. Ale lepiej dostać klapsa, niż podejść naprawdę za blisko i stracić zęby, czy dać sobie przestawić nos. My lubimy grać ostro, ale nie nazywajcie nas brutalami, wszystko mieści się w granicach rozsądku.

Słyniecie z tej twardej gry. Czy można się tego nauczyć, czy to jest też kwestia tego, jaką grupą ludzi jesteście?

- Myślę, że to jeden z sekretów drużyny. Bogdan nie wybiera do niej tylko ludzi, którzy potrafią rzucić piłkę na bramkę. Wybiera na podstawie twardości. Tego, czy potrafią się zderzyć z przeciwnikiem, a potem wstać, otrzepać się i grać dalej. U nas nie ma ludzi, którzy schodzą z boiska, bo ich boli brzuszek czy paluszek. Takie kontuzje się zamraża, owija taśmą i gra do końca z zaciśniętymi zębami. Taka jest piłka ręczna. Na treningach czasem jest nawet ciężej niż na meczach. Jeśli pokaże się charakter na treningu, trener wie, że może potem nam zaufać w czasie meczu.

Pan często musiał zaciskać zęby?

- Grało się bez wiązadła w palcu, z wybitymi palcami, z rozciętymi łukami brwiowymi, z rozwalonym nosem. Na brodzie miałem szwy, na palcu operację, ale to nic szczególnego. Taki sport. Jeśli tylko możesz, to się gra. Trzeba to jednak lubić, a nawet kochać. Inaczej się nie da.

Mariusz Jurasik

33 lata, 98 kg, 190 cm. Wychowanek Iskry Żagań. W latach 2003-09 występował w czołowym klubie Bundesligi Rhein-Neckar Loewen. W 2009 r. trener Bogdan Wenta ściągnął Jurasika do Vive Kielce. Wicemistrz świata z 2007 r. i brązowy medalista z 2009 r. Wybrany przez "L'Equipe" do najlepszej siódemki świata na pozycji prawoskrzydłowego. Firmowa akcja Jurasika to zejście ze skrzydła do środka i rzut lewą ręką nie do obrony. W kadrze rozegrał 176 meczów, zdobył 644 bramki, najwięcej ze wszystkich aktywnych graczy. W finałach MŚ Jurasik zdobył 107 goli, o dwie więcej niż legendarny Jerzy Klempel. Dla kolegów jest po prostu "Józkiem".

Kadra Polski na mistrzostwa Europy ?

Więcej o: