Sevilla, mała kopia Barcelony

Europejską czołówkę tworzą słynne korporacje (Real, MU), parweniusze zawdzięczający gwałtowny awans nagłym przypływom gotówki (do Chelsea dołączy wkrótce MC) oraz liczni reprezentanci wyższej klasy średniej, którzy miewają imponujące wzloty, lecz na podniebnym pułapie utrzymać się nie umieją. Sevilla ze schematu się wyłamuje. Wyróżniają ją ciągłość idei, stabilność, odporność na wstrząsy, rozwijanie wciąż tego samego projektu.

Niełatwo pojąć, dlaczego cud zdarzył się akurat w Sewilli. Owszem, w zaludnianym przez stada postrzelonych awanturników hiszpańskim futbolu nie było tam wcale najosobliwiej; w żadnym razie nie wypada stolicy Andaluzji zrównywać z osławionym zamętem w Atletico Madryt, w którym trenerem lub prezesem ani chybi mianują niebawem orangutana, aby nazajutrz, po nieprzekonującym inauguracyjnym treningu, zastąpić go łyżwiarzem figurowym. I po Sewilli wałęsa się jednak mnóstwo oryginałów - tamtejsi działacze odmawiali sobie odwiedzin na meczach derbowych, bo ich noga przecież na wrogim terytorium nie postanie, ewentualnie szarpali się w lożach honorowych tudzież rywali w ogóle nie zapraszali.

Kiedy 27 maja 2002 r. prezesem klubu zostawał José Maria del Nido, fani pewnie nie zdawali sobie sprawy z dziejowej doniosłości chwili. Cierpieli z drużyną, która od pół wieku z tłustym okładem nie zdobyła żadnego trofeum. A nadchodziła złota era ozdobiona dwoma triumfami w Pucharze UEFA i debiutem w Lidze Mistrzów. Na razie. Na stagnację się nie zanosi.

Manolo Jimeneza rozpoznają pewnie uważni entuzjaści Ligi Mistrzów, panegiryków o niejakim Monchim nasłuchali się kibice ligi hiszpańskiej, nazwiska Miguel Angel Gomez oraz Antonio Escribano brzmią znajomo tylko dla nieuleczalnych nałogowców, którzy nawet widelce zamawiają w sklepiku z sewilskimi gadżetami. Gdyby nie oni i mądre zarządzanie del Nido, Sevilla nie przeobraziłaby się w innowacyjną, perfekcyjnie zorganizowaną korporację.

Tak, korporację. Jeśli nie zbudujesz nowoczesnego przedsiębiorstwa, możesz w dzisiejszym futbolu wygrać mecz, całą serię meczów, przeżyć fantastyczny sezon. Akurat trafi ci się wyjątkowa generacja wychowanków, kilka trafionych transferów lub wybitny trener, to zwyciężysz. Jeśli jednak usiłujesz rzucić wyzwanie supermocarstwom lub "tylko" przykleić się do czołówki arcymocnej ligi krajowej, potrzebujesz wszechstronnego biznesu, długofalowej strategii, wizji, cierpliwości. I legionu kompetentnych ludzi operujących obok boiska.

Manolo Jimenez to bliźniak barcelończyka Josepa Guardioli - zrośnięty z klubem od dziecka, wychowany przezeń na znaczącego gracza, tam rozwijał się jako trener. Zanim przed dwoma laty objął seniorów, czuwał nad rezerwami Sevilli i prowadził młodych tak zręcznie, że jeden za drugim awansowali do pierwszej drużyny, aby podbijać ligowe stadiony.

Ramon Rodriguez Verdejo zwany Monchim to wybitnie skuteczny dyrektor sportowy. Kieruje siatką 800 skautów przeczesujących wszystkie kontynenty, dzięki niemu Sevilla nie wyhamowuje mimo wyprzedaży - oddaje piłkarzy za gigantyczne pieniądze (Reyes, Ramos, Baptista, Keita i Dani Alves kosztowali 130 mln euro), a następców sprowadza za drobne (tylko za Negredo i Kone zapłaciła ośmiocyfrowo, co czyni ją absolutnym unikatem w europejskiej czołówce).

Miguel Angel Gomez to szef grupy psychologów, którzy uczą graczy samokontroli oraz wiary w siebie, pomagają unikać depresji i w ogóle dbają, aby w duszach grało im zawsze allegro. Otaczają specjalną troską osobników trudnych, jak cierpiącego na rzadką fobię Jesusa Navasa - chłopaka tyleż bajecznie utalentowanego, co nieprzystosowanego, bo nawet wypad do sąsiedniej dzielnicy wywołuje w nim lęk.

Wreszcie Antonio Escribano zaordynował dietę cud. Piłkarze nadali mu przydomek "doktora od zupek dla dzieci" - choć na uniwersytecie dochrapał się profesury - ale wypijali, co im dał, i w przerwie meczów, i po meczach, a w domach unikali zakazanych sosów, niedogotowanych makaronów etc. Tłuszczu ubywało, mięśni przybywało, potrafili "zabiegać" każdego. Nie tylko w Hiszpanii.

Kadry się zmieniają, idee trwają. Sevilla wypuszcza kolejne partie futbolowych klonów - ponaddźwiękowych, wibrujących skrzydłowych (Reyes, Dani Alves, Navas, Capel, Perrotti etc). Trzyma się coraz mniej modnej w elicie taktyki z dwoma wysuniętymi snajperami, koniecznie królującymi w powietrzu, oraz dwoma środkowymi pomocnikami zorientowanymi raczej defensywnie, z atutami odległymi od atutów klasycznego rozgrywającego. Wypracowała autorski styl gry i nie porzuciła go wraz ze zmianą trenera. Wypracowała już mniej autorski, lecz wciąż miejscami nowatorski model biznesowy i go rozwija. Otworzyła własną telewizję i pierwszą w Hiszpanii klubową rozgłośnię radiową, latem wykonała obowiązkowy ukłon w stronę Azji, umieszczając na koszulkach logo bukmacherów z filipińskiego 12BET.

W akademii szkoli kilkuset chłopców podzielonych na 20 drużyn. Gdyby nie mniej atrakcyjna marka, byłaby kopią pewnego katalońskiego giganta. Ale małą Barceloną, owszem, jest, bo dziś już nie tylko potentaci są molochami. Stabilności zawdzięcza powolny, acz konsekwentny wzrost. W minionych sezonach zdobywała kolejno w lidze 50, 55, 60, 68, 71, 64 i 70 punktów. Dwukrotnie doskoczyła do podium, co nie udało jej się od 40 lat.

Właśnie systematyczne postępy i totalna ufność w swój koncept czynią Sevillę wschodzącą potęgą wyjątkową. Szeroką europejską czołówkę tworzą słynne korporacje o magicznie brzmiących nazwach (wszystkie te Reale i inne Manchestery), parweniusze zawdzięczający gwałtowny awans nagłym przypływom gotówki (do Chelsea dołączy wkrótce Manchester City) oraz liczni reprezentanci wyższej klasy średniej, którzy miewają imponujące wzloty, lecz na podniebnym pułapie utrzymać się nie umieją i niemal z dnia na dzień wpadają w głęboką depresję. Hiszpanie naoglądali się takich fabuł bez liku, bohaterami ostatniej są piłkarze Atletico.

Sevilla ze schematu się wyłamuje. Wyróżniają ją ciągłość idei, stabilność, odporność na wstrząsy, uparte rozwijanie wciąż tego samego projektu. Nieprzypadkowo to jej piłkarze jako jedyni w minionym dwudziestoleciu zdołali obronić europejskie trofeum (Puchar UEFA), w środę naruszyli hegemonię Barcelony, a w grach z Realem Madryt w ostatnich pięciu sezonach wypracowali - kto by pomyślał! - dodatni bilans.

Fanom stęsknionym za przełamaniem monopolu globalnych korporacji w Lidze Mistrzów przez drużyny małe i skromne trzeba jednak drużynę z Sanchez Pizjuan odromantycznić - za jej sukcesami stoi cierpliwa praca grupy sprawnych menedżerów, którzy średnią firmę usiłują rozkręcić w wielką. Metoda to szlachetniejsza niż oddanie klubu szejkom, więc Sevilla szerszą kibicowską sympatię ma zagwarantowaną. Nawet jeśli bilety na najciekawsze mecze ligowe kosztują 110 euro. Najtańsze.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Więcej o: