Rajd Dakar 2010. Odpoczynek w mieście z kurzu

Jeden dzień w czasie całego rajdu kierowcy mieli okazję się wyspać. W sobotę Rajd Dakar zatrzymał się w Antofagaście. Mechanicy nie mieli jednak chwili wytchnienia. Niektóre pojazdy zostały praktycznie złożone od nowa

Dojechać do Antofagasty, jednego z większych miast w Chile, to jak przejechać przez Tatry. 350 tys. ludzi mieszka wciśniętych między Pacyfik a góry. Niewielki skrawek płaskiego terenu, składającego się głównie ze skał i kurzu, na którym zbudowano metropolię północnego Chile. Góry mają po 2 tys. m n.p.m.. Dzięki nim nie ma tu takiego upału jak w pozostałej części kraju. Piloci rozpoznają miasto po chmurach które je przykrywają właściwie przez całe lato, bo szczyty zatrzymują obłoki znad oceanu. Za górami jest pustynia Atakama, a na niej ścigają się uczestnicy Rajdu Dakar.

W Atofagaście wszyscy żyją zawodami. Rajd Dakar przegrywa na popularności tylko z wyborami prezydenckimi. W przerwie między pierwszą a drugą turą w sobotę biwak w poszukiwaniu głosów odwiedziła pani prezydent Michelle Bachelet. Ona w wyborach nie startuje, ale popierany przez nią Eduardo Frei wyraźnie przegrał w pierwszym starciu z Sebastianem Pinerą. Na murach też widać przewagę Pinery.

W sobotę uczestnicy mieli dzień przerwy, ale na biwaku nie było osoby która nic by nie robiła. - Co wymieniamy? Co się da. Przede wszystkim silniki - powiedziała jedna z osób pracujących przy motocyklach Orlen Teamu. - Motocykliści mają okazję odpocząć, ale mechanicy zostają nawet do drugiej w nocy - dodała.

Podobnie było z samochodem Krzysztofa Hołowczyca i jego pilota Jean-Marca Fortina. - Jest okazja, żeby rozłożyć i obejrzeć każdą część - powiedział polski kierowca, który na półmetku Rajdu jest w klasyfikacji generalnej szósty. - Na razie maszyna sprawuje się doskonale. Nawet szkoda ją rozbierać i składać, bo po tym zawsze pojawiają się jakieś problemy - zażartował.

Rajd Dakar 2010 (żeby obejrzeć galerię kliknij zdjęcie)

 

Dakarowy biwak to małe miasteczko, które liczy sobie 2,5 tys. mieszkańców. Ulice są umowne. Chodzi się wszędzie, byle tylko nie wpaść pod przejeżdżającego quada lub, co gorsze, ciężarówkę. Miasteczko bardzo zróżnicowane. Jest w nim miejsce dla pojedynczych uczestników, dla których wyścig to przygoda i liczy się dojechanie do mety, jak i teamow fabrycznych. Obóz Volkswagena jest właściwie wyścigowym kombinatem, nastawionym na sukces. Jeśli przypadkiem nie wpadnie się na obecnego lidera rajdu, to na pewno na poprzedniego lub przyszłego. - Z Volkswagenem trudno konkurować, bo oni właściwie mogą w czasie takiego dnia jak dziś złożyć samochód z nowych, fabrycznych części. Zresztą gdyby chcieli, mogliby to robić co etap - zauważa Hołowczyc. Ale i on nie jest na biwaku anonimowy. Ludzie go znają i życzą sukcesu. W sobotę jego nissana navarrę obsługiwał zespół ośmiu mechaników. - Chyba ugruntowałem swoją pozycję. Wiadomo, że przed nami są teamy fabryczne, ale za nimi jesteśmy my. Ekipy za mną mają dość dużą stratę. Mogę nawet następny etap przejechać spokojnie i bez ryzyka - twierdzi Hołowczyc.

W niedzielę na rajdowców czeka 472-kilometrowy odcinek specjalny z Antofagasty do Copiapo, w większości po piachu i wydmach. Najsmutniejszy chyba dla Marca Comy. Hiszpan, choć do tej pory na każdym etapie miał jakieś problemy, to wciąż zagrażał prowadzącemu wśród motocyklistów Francuzowi Cyrilowi Despresowi. W sobotę jednak walka o wygraną się dla niego skończyła. Doliczono mu 6 godzin kary, za zbyt szybki przejazd przez teren zamieszkany.

Więcej o rajdzie w specjalnym serwisie - Dakar 2010 ?

Więcej o: