Sacchi: Barbarzyństwo zalewa futbol

- Nie podoba mi się obojętność na zalewające piłkę barbarzyństwo. Zbyt słabo reagujemy lub wcale nie zwalczamy takich procederów jak powszechne obrażanie. Wszyscy piłkarze, kiedy to usłyszą, powinni dać mocny przykład i w geście solidarności zejść z boiska - mówi rozmowie z dziennikarzem Sport.pl i "Gazety" Arrigo Sachi, trener drużyny wszech czasów.

- Jeśli w tym zawodzie zatrzymasz się na jeden dzień, jesteś skończony. Trener musi być wynalazcą, ale też musi mieć szczęście, by trafić na piłkarzy i działaczy podzielających jego wizję i pasję. Inaczej nie da rady, nawet najwybitniejszy nie jest magiem - mówi twórca klubowej drużyny wszech czasów

Zanim Arrigo Sacchi (rocznik 1946) przed ponad dwiema dekadami objął przejęty chwilę wcześniej przez Silvia Berlusconiego Milan, był postacią niemal anonimową - nigdy zawodowo nie kopał piłki. Zarabiać na życie zaczął od sprzedawania butów, i to wcale nie futbolowych, pracował z dzieciakami i wprowadził Parmę z trzeciej do drugiej ligi. A jednak wspaniale pokierował plejadą gwiazd.

Drużyna z trzema wybitnymi Holendrami - Marco van Bastenem, Ruudem Gullitem i Frankiem Rijkaardem - i odnawiająca ducha holenderskiego futbolu totalnego z lat 70. przeszła do legendy. Grała spektakularnie, dwukrotnie z rzędu wywalczyła Puchar Europy, czego do dziś nikt nie powtórzył, w półfinale potrafiła rozbić Real Madryt 5:0, a w finale Steauę Bukareszt 4:0.

Po odejściu z Mediolanu Sacchi prowadził przez pięć lat reprezentację Włoch, w finale mundialu w 1994 roku przegrywając po rzutach karnych z Brazylią. Trenować przestał jako 55-latek ze względu na problemy ze zdrowiem wywołane stresującą pracą. W 2005 roku był dyrektorem sportowym Realu Madryt. Zrezygnował wskutek konfliktu z szefami, po zwolnieniu trenera Vanderleia Luxemburgo.

Co się panu nie podoba we współczesnym futbolu?

- Nie podoba mi się złe wychowanie, którego pełno na stadionach. Wybuchające petardy, ogień, brak szacunku dla przeciwnika, wulgarność, przemoc i nienawiść. Obojętność na zalewające piłkę barbarzyństwo, które powoduje, że zbyt słabo reagujemy lub wcale nie zwalczamy takich procederów jak powszechne obrażanie Balotellego [włoski piłkarz, syn imigrantów z Ghany, nielubiany za boiskowe wybryki, ale też wyzywany w kontekście rasistowskim]. Wszyscy piłkarze, kiedy to usłyszą, powinni dać mocny przykład i w geście solidarności zejść z boiska.

Nie podobają mi się drużyny wyjałowione ze stylu, bez wewnętrznej harmonii, piękna, które jest konieczne, żeby czerpać z futbolu rozkosz. Chcę piłki bogatej, przepełnionej entuzjazmem, muzykalnej, z wyraźnym scenariuszem i myślą przewodnią. Cierpię, kiedy widzę zbiór wielkich gwiazd, które nie tworzą poezji, choć powinny, bo zostały do tego stworzone. Nawet jeśli wygrywają, to ja chcę jeszcze czegoś. Ale tego nie da się kupić, to się ciężko wypracowuje, do tego trzeba idei.

Wielbiciele jogo bonito coraz częściej narzekają, że futbol opanowują siła, szybkość, wytrzymałość...

- Na szczęście się mylą. W piłce mieści się wszystko, są i wygrywają drużyny stawiające na fizyczność, są i wygrywają drużyny stawiające na poezję.

Np. Barcelona. Jej sukcesy to triumf katalońskiej wizji futbolu czy raczej pokolenia małych fenomenów w typie Messiego, Xaviego czy Iniesty?

- Ziścił się tam ideał, o którym opowiadałem. Zawodnicy wybitni, owszem. Ale zawodnicy zrośnięci ze stylem, którego żąda trener. Trener sam znający z boiska styl, którego żąda. Styl wywiedziony z tradycji, którą klub pielęgnuje. Wyzbyty z obstrukcji, wyrosły na kulturze akceptującej zwycięstwo tylko wskutek gry lepszej niż gra przeciwnika. Idea, której pieniądze tylko pomagają, nigdy nie przesłaniają. Wszystko tworzące spójną, zamkniętą całość. Całość dającą fantastyczne sukcesy, ale to nie znaczy, że należy ją naśladować. Włosi czy Anglicy nigdy nie będą tak grali, bo mają inną historię, mentalność i upodobania. My np. najlepiej czujemy się, kiedy jesteśmy okrążeni.

Pan pracował kilka lat temu jako dyrektor sportowy w Realu Madryt, ale długo tam nie wytrzymał...

- To wielki klub, szanuję go, ale ja wolę projekty, w których liczy się przede wszystkim futbol, nie komercja. W których liczy się funkcjonalność, przydatność zawodnika, a nie jego nazwisko. Tego lata, po powrocie Florentino Pereza, początkowo sądziłem, że niczego się na nauczył i popełni wszystkie stare błędy. Że drużynę zepsują walczące egoizmy i zazdrość piłkarzy o popularność kolegów, że reguły - tak jak kiedyś - będą obowiązywać tylko tych mniej sławnych.

Ale chyba tak nie jest, z czasem zrewidowałem poglądy. Kupił obrońcę Albiola, pomocnika Xabiego Alonso, chyba postanowił, że zawodnicy muszą się nawzajem uzupełnić. Tutaj ważne są detale. Widział pan wczorajsze derby Italii [rozmawialiśmy w zeszłą niedzielę]? Juventus trzyma przed bramkarzem Buffonem Chielliniego i Cannavaro, świetnych obrońców, ale mających te same zalety i te same wady. Oni nie mogą się uzupełniać, dlatego turyńczycy mają w istocie jednego świetnego środkowego defensora, a powinni mieć dwóch.

Manchesterowi United, który jako jedyny w tej dekadzie dwukrotnie z rzędu dotarł do finału LM, bliżej chyba do spójnej koncepcji barcelońskiej niż wciąż otwierającego nowe plany Realu?

- Alex Ferguson pracuje w miejscu wspaniałym, wymarzonym dla trenera, unikalnym ze względu na kompetencje i powagę ludzi zarządzających klubem. Wybitnie sprzyjającym ciągłemu unowocześnianiu się. Wolnym od megalomanów, którzy wchodzą do piłki, by tę megalomanię karmić. Ale to oczywiście nie umniejsza zasług Fergusona - jego piłkarze też grają do tej samej melodii, biegają jak szaleni, osiągnęli szczyt umiejętności pracy grupowej. Z tego punktu widzenia ostatni finał LM był idealny - zmierzyły się w nim drużyny, które są futbolowym dziełem doskonałym. W Anglii piłka to sport twardych zasad z najważniejszą - akceptowaniem porażki, w Hiszpanii to spektakl. A we Włoszech, niestety, szukanie zwycięstwa za wszelką cenę, jakimikolwiek metodami.

Przedstawicieli Serie A nie było nawet w ćwierćfinale. Co się dzieje z włoską piłką?

- Przeżywa niedobre chwile. Mamy kluby i stadiony wypełnione agresją, przemocą, chaosem. Mamy działaczy zachowujących się odwrotnie do tych z MU, o których wspominałem. W tym sezonie w Serie A zwolniono już ośmiu trenerów! Nawet dla doskonałych fachowców osiągnąć sukces w tym chaosie to zadanie prawie niemożliwe, nawet najwybitniejsi nie są magami. Nasi trenerzy żyją z dnia na dzień, wiedząc, że dwie porażki przesądzają o ich losie. A prezesi kupują i wciskają im graczy, których oni nie potrzebują, niepasujących do pomysłu na zespół. Nie obchodzi ich, jak wygląda gra, sprawdzają wynik ostatniego meczu. Podobnie zresztą jak prasa, która sprawdza, co się dokładnie dzieje z drużyną na boisku, tylko po porażce. Reprezentacja przegrywa z Egiptem, to mamy aferę. W eliminacjach wygrywamy, to panuje spokój, niezależnie od stylu.

A potem brakuje tego, o czym już mówiłem - scenariusza. Na boisku przeważają spece od destrukcji, tych od konstrukcji brakuje. Na utratę piłki reaguje się w jeden prostacki sposób - gremialną ucieczką na linię swojego pola karnego. Drużyny są zbyt rozciągnięte, nie umieją się ustawić na niewielkiej powierzchni i przemieszczać grupowo, w zorganizowanym bloku, co w dzisiejszym futbolu jest niezbędne. Nie ćwiczy się gry na spalonego, nie wytrenowuje sposobów gry pomnażających zalety jednostek. Nie widać płynności w grze, długie utrzymywanie się przy piłce to rzadkość. I Barca bez Messiego oraz Ibrahimovicia niszczy Inter. Ten sam Inter, który niszczy wszystkich w Serie A.

Cały wywiad z Sacchim - czytaj na Sport.pl ?

Więcej o: