Zbigniew Bartman dla "Gazety Sport.pl": Nie jeździłem czarną wołgą

- Polska liga nie jest zła, ale nie żałuję, że postawiłem na Włochy. Wracam tam, gdzie grałem przez dwa lata, tyle że teraz jestem już innym człowiekiem. Wierzę, że z uśmiechem, a nie przygnębiony wrócę w maju na zgrupowanie kadry. Na razie jest świetnie - mówi jeden z najzdolniejszych polskich siatkarzy

Mistrz Europy z Turcji zadebiutował w niedzielę w Prismie Taranto w przegranym 0:3 meczu przeciwko Bre Banca Lannutti Cuneo z Nikolą Grbiciem, Vladimirem Nikolovem, Luigi Mastrangelo i Hubert Henno, gwiazdami światowej siatkówki w składzie.

Przemysław Iwańczyk: Głośne rozstanie z rosyjskim klubem Gazprom Surgut, powrót do Polski, a po kilku dniach spektakularny transfer do włoskiej Prismy Taranto. Ostatnie dni są doskonałym odbiciem pana wybuchowego temperamentu.

Zbigniew Bartman: W Rosji nie poszło mi zgodnie z planem, więc trzeba było coś zmienić. Po co miałem się męczyć, po co miał męczyć się mój klub.

Zmęczyło pana życie w mroźnym Surgucie? Co pan tam robił poza grą w siatkówkę?

- Jak za Uralem łapie dobry mróz, a temperatura spada poniżej minus 30 stopni Celsjusza, wystawia się nos za drzwi tylko po to, żeby przejść do najbliższego sklepu po butelkę mleka. Albo wsiąść do samochodu, bo akurat przyjechał kierowca. Bo w Surgucie siatkarze mają do dyspozycji szoferów. Nie w czarnych wołgach, jeździliśmy toyotą corollą.

Życie tam to właściwie monotonia w rytmie: trening - dom - trening - dom - mecz etc. A jak już zdarzał się dzień wolny, to wizyta w spożywczaku, powrót do domu, filmy DVD, gra w play station. Od telewizora odrywałem się tylko na posiłki. A propos kuchni, w Rosji serwowano nam głównie soljankę albo gotowanego kurczaka.

W wywiadzie dla portalu Sport.pl mówił mi pan, że wszystko w Gazpromie postawione było na głowie, a o pana powrocie zadecydowały przede wszystkim pieniądze.

- Kontrakt został rozwiązany z winy klubu i na tym zakończmy temat. Informacja o moim rozstaniu z Gazpromem szybko się rozeszła, dostałem kilka ofert, wybrałem Włochy. Ale nie jest też tak, że wszystko, co rosyjskie, jest złe. Są kluby, w których można nieźle zarobić, pytanie tylko, czy za duże pieniądze warto odmrażać sobie tyłek albo walczyć z radziecką myślą inżynieryjną, bo proszę mi wierzyć - podróże Aerofłotem nie są szczytem komfortu, choć zawsze dolatują na miejsce.

W Polsce też można nieźle zarobić...

...to dlaczego nie został pan w Polsce? Miał pan przecież oferty z Resovii i AZS Częstochowa.

- Oferta Resovii nie była oficjalna, tak naprawdę padła przed sezonem. AZS złożył naprawdę konkretną, był jeszcze trzeci klub, ale prosił, bym nie ujawniał naszych kontaktów.

Nie żałuję, że postawiłem na kierunek włoski. Nie przeraża mnie kolejna zagraniczna przygoda, bo odkąd w wieku 16 lat zacząłem występować w polskiej ekstraklasie, więcej czasu spędziłem poza krajem - Włochy, rok w Turcji, teraz Rosja i znów Włochy. Wracam tam, gdzie grałem wcześniej przez dwa lata, tyle że teraz jestem już innym człowiekiem - starszym, bardziej doświadczonym. Wierzę, że teraz będzie inaczej, że z uśmiechem, a nie przygnębiony wrócę w maju do Polski na kolejne zgrupowanie kadry.

Na razie jest świetnie. Mieszkam z kolegami z drużyny w domu wynajętym przez klub, żyjemy w ośmiu na jednym piętrze, gotujemy wspólne obiady, natychmiast nawiązałem znajomości. Choć jestem tam kilka dni, czuję się jak w rodzinie. Życie ułatwia mi znajomość języka włoskiego.

Obok Łukasza Kadziewicza i Łukasza Żygadły jest pan jedynym polskim siatkarzem, który grał w Polsce, Rosji i we Włoszech. Która liga jest najlepsza?

- Nie da się porównać jabłka, banana i pomarańczy. Każda liga jest inna, a też każdy co innego lubi. Sam mam wątpliwości, której przyznać nr 1, wiem jednak, że we Włoszech i Rosji rozgrywki są bardzo, ale to bardzo wyrównane. Tam trudno trafić wyniki, w Polsce niektóre rezultaty można z powodzeniem przewidzieć.

W "Gazecie" mówił o tym niedawno Sebastian Świderski. Dodał też, że na miejscu Bartosza Kurka wyjechałby do Włoch.

- Bo Włochy to nie tylko walka na boisku. Nie ma meczów spacerków, nie ma rywali słabeuszy, a w takim systemie siatkarz eksploatuje się nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, bo zawsze zaangażowany jest na 100 proc.

Polska liga też nie jest zła. Kibice mówią, że się wyrównała, ale jedni twierdzą tak w przekonaniu, że podniosła wartość, a inni, że obniżyła loty. Prawda leży pewnie pośrodku, ale jeszcze pięć lat temu o kontrakcie 200 tys. euro można było śnić, a teraz można tyle wynegocjować. Dwunastu z czternastu mistrzów Europy grało w poprzednim sezonie w Polsce - to też jest niezła rekomendacja.

Nie jest pan zmęczony?

- Nie, a dlaczego miałbym być?

Większość siatkarzy z kadry narzeka na zmęczenie.

- Ja nie narzekam, jakiś czas temu mogłem co najwyżej użalać się na zmęczenie psychiczne. Niektórzy kadrowicze mieli ciężkie lato, grali więcej ode mnie, a przecież mecz treningowi nierówny. Gra nawet w trzech krótkich setach, utrzymanie koncentracji kosztuje wiele więcej niż np. trzygodzinny trening. Michał Bąkiewicz czy Bartek Kurek przyjechali z kadry, zaczęli ligę, wyjechali na klubowe mistrzostwa świata, a tam naprawdę można było się wykończyć, atakując najczęściej z drugiej linii. Później znów orka - liga, puchary.

Kibice muszą zdać sobie sprawę z uciążliwości naszych podróży. Byłem w Japonii na Pucharze Wielkich Mistrzów, gdzie jest osiem godzin do przodu, wróciłem do Polski, a zaraz potem poleciałem do Surgutu, gdzie jest plus cztery godziny. Trzy zmiany czasu w jednej wyprawie.

Skoro już o podróżach mowa, wyobraża sobie pan Marcina Możdżonka, który ma 211 cm wzrostu, w fotelu lotniczym w klasie ekonomicznej? On nawet kolan nie może wcisnąć, a co dopiero lecieć kilkanaście godzin. Masakra! Po czymś takim siatkarz jest wypruty, a co tu dopiero mówić o grze.

Mistrzowie Europy powinni latać w klasie ekonomicznej?

- Leo Beenhakker po wyprawie kadry piłkarzy do RPA w klasie ekonomicznej nazwał to skandalem. Podpisuję się pod tym obiema rękami.

Wracając do mistrzostw Europy - polska siatkówka wykorzystała ten sukces?

- Przez pierwszy tydzień był szał, teraz wszystko ucichło. Myślę jednak, że nasz medal zwiększył popularność siatkówki. Mam wielką nadzieję, że przez nas więcej dzieciaków garnie się teraz do sportu.

Nie żałował pan, że zaraz po medalu wyjechał do Rosji, zamiast odwiedzać programy Wojewódzkiego i Majewskiego? Pan jest do tego stworzony.

- Tyle że ja mógłbym w ogóle z tych zaproszeń nie skorzystać.

Nie rozumiem. Pan, wulkan energii, którego wszędzie pełno?

- Ludzie się zmieniają, dorastają, widzą w życiu inne fajne sprawy. Czy w moim życiu potrzebni są Wojewódzki, Majewski, zgiełk, harmider, czy może lepiej mieć spokój... Niech mi przyszywają łatki, niech mówią o mnie, niech myślą, co chcą, przestałem o to dbać. Tak jak mam dość udzielania wywiadów, ocen, kłamstw, przeinaczeń. Zwłaszcza w internecie, gdzie wyjmuje się nic nieznaczący cytat, fragmencik z wywiadu i robi z tego wielkie halo. Sam jestem ciekaw, co z naszej rozmowy zostanie wyjęte i przeinaczone.

Ale w środowisku siatkarskim wciąż można usłyszeć, że jest pan dużym dzieciakiem, którego karierą kierują rodzice. Że gdyby nie ojciec, który wszystko wie najlepiej, osiągnąłby pan wiele więcej.

- Mam polemizować ze złośliwościami i z zazdrością? Niech mówią, co chcą. Biorę do siebie tylko to, co mówią ludzie życzliwi i godni zaufania.

Jak pan wyobraża sobie dalszą karierę?

- Dotychczas wszystko planowałem i wszystko się spełniało. Aż życie zaczęło mi płatać figle. Dlatego teraz nie wybiegam wprzód, tylko robię to, co do mnie należy - gram w siatkówkę. Zakończę karierę, usiądę i odpowiem sobie na pytanie, czy mi się udało, i zacznę nowy etap, bo nie samą siatkówką człowiek żyje.

Zbigniew Bartman

Ma 22 lata, jest wychowankiem Metra Warszawa. Siatkówki uczył się także w MOS Wola. W lidze zadebiutował w Politechnice Warszawa, grał także w Polskiej Energii Sosnowiec, a później wyjechał do Włoch (Marmi Lanza Werona) i Turcji (Halkbank Ankara). Po powrocie do kraju występował w AZS Częstochowa, a po zdobyciu złotego medalu mistrzostw Europy przeniósł się do rosyjskiego Gazpromu Surgut. Po rozwiązaniu kontraktu związał się z włoską Prismą Taranto.

Takich jak Murek jest niewielu ?

Więcej o: