Polonia Warszawa - Zagłębie Lubin 0:1. Pierwszy cud Smudy

Polonia poniosła trzecią porażkę z rzędu, ale najbardziej dotkliwą i niespodziewaną - ze zdecydowanie najgorszym zespołem ekstraklasy.

Bilans "Czarnych Koszul" w tym sezonie jest niepokojący. Cztery porażki w sześciu meczach, w każdym spotkaniu stracony przynajmniej jeden gol, dwie przegrane na własnym boisku. Poloniści osiadają coraz niżej w tabeli, są dziś na 11. miejscu.

Nic nie dała zmiana trenera i przeprowadzone przez niego roszady w składzie. Duszan Radolsky pracuje w klubie dwa i pół tygodnia. Zdążył już przegrać z Ruchem Chorzów, a teraz z Zagłębiem. Ma najgorszy start ze wszystkich szkoleniowców, którzy pracowali ostatnio w Polonii. Za tydzień Polonię czeka wyjazdowy mecz w Gdyni, potem pucharowy w Szczecinie z Pogonią, który wobec kiepskiej sytuacji ligowej klubu może się okazać ostatnią szansą na załapanie się do pucharów.

Tymczasem ruch, którego dokonał właściciel Zagłębia - państwowy koncern KGHM - okazał się na razie strzałem w dziesiątkę. Lubinianie, sportowy kopciuszek polskiej ligi, a finansowy potentat, dostawał razy od Legii, Wisły, Piasta, Ruchu. W Pucharze Polski odpadli z czwartoligowym Piastem Kobylin. W Lubinie postawiono na Franciszka Smudę, z którego w ostatniej chwili zrezygnował Józef Wojciechowski. Smuda przyszedł, by "dokonać cudu", i jakże prostym sposobem udało mu się.

- Nie była to gra oszołamiająca. Przyjechaliśmy walczyć o zwycięstwo. Jesteśmy na dnie. Powtarzałem to już swoim zawodnikom w Lechu, jak się gra o zwycięstwo, to w najgorszym wypadku jest remis, jak się spekuluje, to jest porażka. Nie rozpracowywałem Polonii, myślałem tylko, jak mam wygrać - tłumaczył trener Zagłębia.

A wystarczyło - fakt, że przy drastycznych zmianach w składzie - cierpliwie czekać, skupić się na obronie przez 60 minut, przeprowadzić trzy, cztery ataki i Zagłębie zdobyło pierwsze punkty w tym sezonie. Kluczową akcję przeprowadził Mouhamadou Traore, wypatrzony właśnie przez Smudę w trakcie przerwy na występy reprezentacji z pierwszoligowego GKP Gorzów. Bramkę po akcji wypracowanej przez Senegalczyka strzelił Dariusz Jackiewicz wprowadzony chwilę wcześniej na boisko. - Trzeba mieć tego nosa - mówił z przekąsem Smuda.

Polonia tylko w ostatnich minutach i na początku drugiej połowy potrafiła narzucić swój styl. Trener Duszan Radolsky był tak zdeterminowany, że kazał iść do ataku obrońcy Piotrowi Dziewickiemu, który miał zgrywać piłki głową do napastników. Bo ci zawiedli na całej linii. Jacek Kosmalski z trzech metrów nie zdołał pokonać jeszcze w pierwszej połowie Aleksandra Ptaka. Filip Ivanovski prawie w ogóle nie dochodził do sytuacji strzeleckich. Najlepiej z graczy ofensywnych wypadł Marcelo Sarvas. Brazylijczyk w doliczonym czasie strzelił kąśliwie, tak że z trudem piłkę wybił za boisko bramkarz lubinian.

Ani Ptak nie jest jednak największym zwycięzcą tego meczu, ani Zagłębie, lecz Smuda. Miał pracować w Polonii, ograł ją. Jako kandydat do prowadzenia reprezentacji Polski - wydobywając już jedną nogą swój zespół z bagna - dał argument swoim zwolennikom, jeśli tacy są. - Gdyby on w reprezentacji takie cuda czynił, to... by było szkoda, bo stracilibyśmy fajnego trenera. Przyszedł do nas, ustawił zespół, wprowadził jakiś porządek - mówił Piotr Świerczewski.

- Potrzebna jest robota, robota, robota - mówił o recepcie na zmianę sytuacji Słowak. - Przyjdzie czas i znowu będziemy wygrywali - dodawał napastnik Filip Ivanovski. Tylko jak długo starczy cierpliwości na zrealizowanie tego planu właścicielowi klubu Józefowi Wojciechowskiemu? Wczorajszą porażkę przyjął z zadziwiającym jak na siebie spokojem.