Kogo obchodzą mistrzostwa Europy siatkarzy?

Czołowe tureckie telewizje transmitowały wszystkie mecze rozgrywanych w Polsce mistrzostw Europy koszykarzy i przeżuwały je - komentując, analizując, zachwycając się co dorodniejszymi akcjami - do późnej nocy. Zmagania siatkarzy nie zajmowały prawie nikogo.

Już w ostatni poniedziałek tubylcy pytali mnie, czy w ogóle jeszcze trwają. Na ulicach nie wisiały plakaty, nie słychać było ani widać reklam, z gazet po odpadnięciu gospodarzy zniknęły mikroskopijne wzmianki, gadające głowy w sportowych serwisach telewizyjnych o siatkówce ani westchnęły, cheerleaderkom w hali odechciało się pląsać, trenerzy w przerwach ściszali głos, by ich zaleceń nie podsłuchali rywale, za tłum na trybunach robili głównie wolontariusze, porządkowi (rozespani i odwróceni plecami do boiska), statystycy drużyn, rezerwowi gracze, rodziny i znajomi siatkarzy. Izmirscy taksówkarze bez burzliwych konsultacji z kolegami nie umieli nawet namierzyć hali, w której toczyły się mistrzostwa.

Na meczach polskiej reprezentacji było trochę żywiej, bo grupka jej kibiców - szczupła, nie więcej niż kilkadziesiąt gardeł i trąbek - wywoływała harmider dający złudzenie, że w hali dzieje się coś ważnego. Nasi dolatywali wraz z rozwojem turnieju, więc w półfinałach Bułgarzy i Rosjanie po raz pierwszy ujrzeli dziwo tureckiej przyrody - kibica w liczbie mnogiej.

Oni przybyli ze Stambułu, który gościł sławniejszych graczy, lecz ich podrygami również interesował się tłumek o rozmiarach błędu statystycznego. Ponury rekord padł na meczu Serbii z Rosją, absolutnym hicie europejskiej siatkówki. Wysiłek gwiazd formatu Nikoli Grbicia, Ivana Miljkovicia czy Aleksieja Kazakowa podziwiało z bliska 175 osób, i to według szacunków organizatorów, którzy zawsze je zawyżają. Choć przeciętna frekwencja w Izmirze i Stambule oficjalnie przekraczała 600 widzów, to regularnych kibiców - płacących marne 10 zł za bilety! - siedziało na trybunach niekiedy kilkudziesięciu.

Na wydarzeniach niszowych zazwyczaj nie cierpię. Kiedy przed laty pod warszawski Iluzjon schodziło się nas zaledwie trzech maniaków kinowych archiwaliów, chętnie robiliśmy zrzutkę na dodatkowe bilety i wykupywaliśmy minimalną liczbę wejściówek, by seans w ogóle się odbył.

Pustki w Izmirze mnie uwierały. To nienaturalne, by wybitni sportowcy walczyli przy pustych ścianach. Tutaj nikt nie czuł się elitarnie. Raczej prowincjonalnie. Bohaterowie rozgrywek licealnych bywają fetowani energiczniej.

Przed dwoma laty organizatorów turnieju w Moskwie mieli ocalić od wstydu zaciągnięci na trybuny żołnierze. Wypadli groteskowo, miałem wrażenie, że trwają manewry i umundurowane w kolor nudy oddziały ćwiczą deprymowanie wroga beznamiętnymi wyrazami twarzy.

Były szef FIVB Ruben Acosta zyskał sławę prezesa, który dzięki oryginalnemu pomysłowi na Ligę Światową przeobraził siatkówkę ze sportu świetlicowego w efektowne show. Tureckie mistrzostwa Europy z wielkim widowiskiem łączyła tylko gigantyczna elektroniczna tablica, którą wniesiono do izmirskiej hali w połowie turnieju, byśmy jeszcze lepiej widzieli wynik meczu. Wcześniej też widzieliśmy, ale gospodarze ewidentnie chcieli wykonać skok technologiczny, tablica wygląda na co najmniej XXII-wieczną.

W świetlicy w mojej szkole podstawowej nie stała taka fajna tablica. Ale było w niej więcej życia.

Od ponad 10 lat bywam korespondentem "Gazety" z imprez rangi międzynarodowej. Gdyby nie zwycięstwa Polaków, napisałbym, że smutniejszej jeszcze nie obsługiwałem.

Specjalny siatkarski serwis o ME Izmir 2009 ?

Więcej o: