Jelena Isinbajewa - caryca wróciła na tron

Jelena Isinbajewa wygrała konkurs Złotej Ligi w Zurychu w jednym z najefektowniejszych sportowych powrotów - bijąc rekord świata (5,06 m). Siergiej Bubka byłby wstrząśnięty, choć przecież i on miał takie doświadczenia

Isinbajewa podczas mistrzostw świata w Berlinie nie zaliczyła żadnej wysokości i przegrała ze wszystkimi pozostałymi finalistkami. Mistrzynią w najbardziej sensacyjnym konkursie została Anna Rogowska, przed Moniką Pyrek i Chelsea Johnson.

Rosjanka, dwukrotna mistrzyni świata z 2007 i 2005 roku, nie potrafiła jej niczym wyjaśnić berlińskiej porażki. - Może to znak od Boga, a może przyszedł czas, abym zaczęła przegrywać - powiedziała w niezwykle emocjonalnej przemowie, przerywanej co chwila, aby zaczerpnąć tchu i nie wybuchnąć płaczem.

Między startem w mistrzostwach świata a konkursem w Zurychu było kilkanaście dni na przemyślenie. W tym czasie Jelena znalazła dość przekonujące wyjaśnienie, którym się podzieliła w przeddzień mityngu Złotej Ligi.

- Jeśli mam nad najgroźniejszą przeciwniczką w każdym konkursie 30-40 cm przewagi, trudno mi się zmobilizować, zachować ten sam poziom motywacji. A wtedy możliwe są błędy, trudniej wykrzesać energię - mówiła na konferencji prasowej w Zurychu.

Isinbajewa przez sześć lat od mistrzostw świata w Paryżu w 2003 roku przegrała zaledwie kilkakrotnie, w mityngach które albo były niezbyt ważne dla jej kariery, albo toczyły się w trudnych warunkach. W ostatnich dwóch takich mniej ważnych porażkach oraz jednej gigantycznej sensacji na mistrzostwach świata, Rosjanka przegrała z Polkami Rogowską i Pyrek.

- Źle wyglądało to jej skakanie w Berlinie. Nie wydawało mi się, aby Jelena była w stanie pobić rekord świata - powiedział "Gazecie" Jacek Torliński, trener wicemistrzyni świata Rogowskiej, która w Zurychu była druga, pokonując wysokość 4,76 m. - Ale w Zurychu była w formie z najlepszych czasów.

- Berlin wiele mnie nauczył - powiedziała Rosjanka. Pobiła rekord świata po raz 27.

Jej historia przypomina trochę konkursy jej mentora Siergieja Bubki.

On również miał rywali skaczących kilkanaście centymetrów niżej. Ukrainiec pokonał 6 m lub więcej aż 45 razy. Od czasu gdy przeskoczył 6 metrów po raz pierwszy, czyli od 1985 roku, "sześciometrowców" jest zaledwie 13, większość pokonało tylko tę wysokość i tylko raz jeden w życiu.

I on również przeżył dramat podobny do Isinbajewej. Na igrzyska w Barcelonie w 1992 roku jechał jako rekordzista świata z przewagą blisko 20 centymetrów nad najgroźniejszym przeciwnikiem. I nie pokonał żadnej wysokości. Kilka dni po finale olimpijskim pobił rekord świata!

Później bił go jeszcze trzykrotnie, ostatni raz w 1994 roku, kiedy właściwie wszyscy uważali, że to schyłek największego tyczkarza. I w tamtym schyłkowym okresie miał wciąż kilkanaście cm przewagi.

Isinbajewa dzięki porażce znów ma motywację. Za trzy lata w Londynie właśnie dzięki klęsce w Berlinie po raz trzeci może zdobyć tytuł mistrzyni olimpijskiej.