Rafał Stec: Przestańmy oszukiwać w siatkówce

Prezes FIVB ogłosił, że nie podaruje polskim siatkarzom zaproszenia na finał Ligi Światowej. Ale jeszcze uczciwiej będzie, jeśli zaprotestujemy, gdy znów będą nam wciskać dzikie karty. Jeśli zaapelujemy, by je wreszcie zlikwidować

Cudowną moc dzikich kart poznaliśmy w 2002 roku. Choć nasza reprezentacja poniosła klęskę w eliminacjach do mistrzostw świata, międzynarodowe władze zdyskwalifikowały, podając kuriozalne powody, Koreę Południową, by sprezentować mundial właśnie Polakom.

Oto idea dzikiej karty. Wyciągać za uszy tych, którzy nie umieją wygrać na boisku. Wyciągać wedle jednej tylko stałej zasady - braku jakichkolwiek zasad.

Regulaminy są zazwyczaj ściśle tajne, siatkarskie władze nie lubią ich upubliczniać ani przed rozpoczęciem, ani w trakcie rozgrywek. Każdego dnia Pucharu Świata w 2002 roku wypytywałem sekretarza generalnego FIVB, ile punktów do międzynarodowego rankingu można zyskać na tym turnieju. "Pan znowu swoje", "ale pan niecierpliwy", "to nie kwestia przepisów", "decyzję podejmę ja i prezes Acosta" - powtarzał cierpliwie Jean-Pierre Seppey, zwolniony później przez prezesa pod zarzutem finansowych malwersacji. On prezesa też oskarżał o malwersacje, ale wojnę domową w FIVB przegrał.

Dzikie karty zyskały szaloną popularność

Bo nie skazują działaczy na uzależnienie od wyników. Dzięki nim w ważnych turniejach grają ci, którym turnieje podarujemy. Wszystko dla tzw. promocji siatkówki.

Proceder przybiera na sile. Przed kilkoma tygodniami CEV ofiarowała Polsce dodatkowe miejsca w Lidze Mistrzów. W elicie zagrają siatkarze z Jastrzębia oraz siatkarki z Dąbrowy Górniczej, które w mistrzostwach kraju zajęły zaledwie piąte miejsce, notabene najwyższe w króciutkiej historii klubu.

W miniony weekend zagraniczni działacze zaprosili Skrę Bełchatów do reaktywowanego Pucharu Świata. W Katarze wystąpi naturalny kandydat - triumfator Ligi Mistrzów Itas Diatec Trentino - oraz uhonorowane dzikimi kartami Skra z rosyjskim Zenitem Kazań. - Spotkało nas ogromne wyróżnienie, ponieważ zostaliśmy uznani za czołową europejską drużynę - skomentował wzruszony prezes Konrad Piechocki.

"Zostaliśmy uznani" - ta fraza kryje brak jakichkolwiek kryteriów sportowych. Gdyby spojrzeć na ostatni sezon, na awans zasłużyłby choćby Iraklis Saloniki, który w LM był drugi. A gdyby zanalizować dowolny inny okres, w żadnym razie nie zasłużyłaby na wyróżnienie Skra. Bełchatowianie wystąpili w turnieju finałowym najważniejszych europejskich rozgrywek tylko wtedy, gdy jako organizatorzy nie musieli się przebijać przez eliminacje.

W Lidze Światowej też liczyliśmy na wsparcie

Do turnieju finałowego mieli ponoć awansować zwycięzcy grup, gospodarz oraz posiadacz dzikiej karty. Piszę "ponoć", bo np. Włosi sądzili, że do Belgradu pojedzie wicelider z najokazalszym dorobkiem punktowym. Regulamin jak zwykle nie istnieje.

Prezes PZPS łaskawie - łaskawie z punktu widzenia naszych konkurentów - zapowiedział, że będzie zabiegał o prezent dla reprezentacji, jeśli ta nie przyniesie wstydu. W domyśle - wypracuje przynajmniej drugie miejsce w grupie. Chyba. Mirosław Przedpełski w duchu obyczajów siatkarskiej rodziny wypowiedział się nieprecyzyjnie.

Rywale dysponowali nikłymi mocami perswazyjnymi - żadna zagraniczna telewizja nie zbiera takiej oglądalności siatkówki jak Polsat, w żadnym kraju LŚ nie ściąga też do hal tłumu kibiców porównywalnego z polskim. Na najazd naszych fanów liczyli organizujący finał Serbowie, którym obiecywano, że wskażą drużynę zasługującą na dziką kartę.

Szef FIVB Jozhong Wei ostatecznie zmienił plan. Być może częściowo pod rosnącym naciskiem naszych konkurentów, być może częściowo wskutek kiepskiej postawy Polaków, którzy w najlepszym razie - przy mało realnych wysokich zwycięstwach nad Finlandią w środę i czwartek - zajmą drugie miejsce w grupie z najsłabszym dorobkiem punktowym wśród wiceliderów.

Decyzja Chińczyka nie rozwiązuje jednak problemu. Dzikie karty się rozmnażają, coraz chętniej rozdaje je również europejska CEV, a faworyzowanie Polski robi się żenujące. O ile "zapraszanie" do rozgrywek, do których trudno zebrać chętnych, znajduje sensowne usprawiedliwienie, o tyle arbitralne wskazywanie finalistów turniejów prestiżowych i pożądanych przez wszystkich zabija w siatkówce sport. Czy wręczamy prezenty Polakom, czy komukolwiek innemu.

Ten system to patologia

Nasi działacze po kolejnych zwieńczonych powodzeniem kampaniach o dzikie karty bezwstydnie triumfują, choć skalę swego sukcesu winni mierzyć wygranymi na boisku.

Rosnący w siłę system uznaniowy to patologia. Nie znamy kryteriów przyznawania kart, więc jest korupcjogenny. Daje złudzenie stałej obecności w ścisłej czołówce, więc demoralizuje. Premiuje przegranych, więc jest nieuczciwy - krzywdzi zwycięzców.

Siatkówka coraz częściej kojarzy się z jawnym oszustwem. W Pekinie były selekcjoner Polaków Raul Lozano chciał się ze mną zakładać dzień przed losowaniem, że w olimpijskim ćwierćfinale zagramy z Włochami. Zgadł.

Na wrześniowych mistrzostwach Europy nasi siatkarze przed półfinałami nie wpadną na żadnego z czterech najwyżej sklasyfikowanych w światowym rankingu przeciwników - Rosję, Bułgarię, Serbię, Włochy. Przekręt? Nie wiem, ale to pierwsze skojarzenie. Lata sztucznego wspomagania polskich drużyn zrobiły swoje.

Działacze PZPS zwierzali się, że marzą o skoku na najwyższe stanowiska w globalnej siatkówce. Prezes chciałby nią nawet rządzić. O jego i związkowej świty sile miały świadczyć m.in. układy, dzięki którym naszej kobiecej kadrze było łatwiej o awans na igrzyska.

Proponuję wyzwanie ambitniejsze. Popracować nad bossami międzynarodowych władz, aby przywrócić siatkówce wartość w sporcie podstawową - równość szans. Aby przywrócić jej przejrzystość i uczciwość. Aby w tym sporcie było więcej sportu.

Jeśli wciskają nam dziką kartę, wolno jej nie przyjąć. I spytać, czy zaproponowano ją także naszym rywalom, którzy na boisku wypocili więcej punktów. Inaczej polskie gwiazdy zaczną - mam nadzieję - purpurowieć ze wstydu, że traktuje się je jak sportowców specjalnej troski.

O Katarzynie Skowronskiej informacje dobre i złe ?