Dzień Świstaka - reporter Gazety już w Salt Lake City

Jedyna myśl, jaka przychodzi do głowy po przyjeździe, to jak jak najszybciej stąd wyjechać - powiedział podobno mormon James Brown po zeskoczeniu z kozła wozu taboru. Musiało to być 150 lat temu w nocy. W świetle dnia ten sam Brown zapewne pomyślał: Rany, co ja wygadywałem! Przecież tak właśnie powinna wyglądać Ziemia Obiecana - pisze po przylocie do Salt Lake City wysłannik Gazety Radosław Leniarski.

Dzień Świstaka - reporter Gazety już w Salt Lake City

Jedyna myśl, jaka przychodzi do głowy po przyjeździe, to jak jak najszybciej stąd wyjechać - powiedział podobno mormon James Brown po zeskoczeniu z kozła wozu taboru. Musiało to być 150 lat temu w nocy. W świetle dnia ten sam Brown zapewne pomyślał: Rany, co ja wygadywałem! Przecież tak właśnie powinna wyglądać Ziemia Obiecana - pisze po przylocie do Salt Lake City wysłannik Gazety Radosław Leniarski.

Góry Wasatch, otaczające miasto i jezioro niczym parawanem, są monumentalne. Granitową surowością i ogromem przypominają Alpy. Wczoraj temperatura spadła do minus 10 stopni, w mieście jest tylko trochę śniegu, za to szczyty górskie są w całości ośnieżone. Zdaje się, że tak będzie jeszcze długo. Poinformował o tym świstak.

W sobotę rano poczułem się bowiem jak Bill Murray w filmie "Dzień Świstaka". Rano obudził mnie w telewizorze obraz wielkiego gryzonia wypełzającego z nory. Po chwili przerażenia wrócił mi rozsądek. To działo się naprawdę, ale na szczęście daleko. W Punxsutawney w Pensylwanii burmistrz jak co roku pierwszego dnia lutego otworzył norę świstaka. Tłuste zwierzę wyszło na zewnątrz. - Hurra! Mamy przed sobą jeszcze sześć tygodni zimy! - wykrzyknął burmistrz przebrany dla wywołania większego wrażenia (na świstaku?) w strój z epoki Abrahama Lincolna.

Hurra?! Co na to Salt Lake City? Do miasta nadciągają tłumy sportowców - ma ich być 2505, działaczy i trenerów - ma ich być 2055 i dziennikarzy - około 9 tys. "Normalni" narciarze omijają je z daleka.

"Świat jedzie właśnie do Salt Lake City w stanie Utah, a u nas 50 procent zniżki. Zapraszamy - Sun Valley w Idaho" - taką reklamę puściła lokalna stacja radiowa. Podobnie zachęcają turystów Vail i Aspen w Kolorado. - Chyba sam tu zostanę - powiedział w jednej z lokalnych gazet Dan Marston, menedżer biura podróży zajmującego się narciarstwem w okolicach SLC.

Ale czy w Aspen chodzą po mieście komandosi w pełnym ekwipunku, tak jak w Salt Lake City?

Pełny ekwipunek oznacza, że żołnierz wyposażony jest w karabin, hełm z kevlaru, krótkofalówki, kamizelkę kuloodporną, latarki, noże bojowe, odznakę "Airborne" i bardzo groźną minę. Brakuje mu mapy albo kompasu, bo sam widziałem, jak w centrum prasowym pytał jednego z wolontariuszy o drogę do toalety. Mimo to widok żołnierzy ubranych w "full metal jacket" szokuje. Od czasu do czasu mam wrażenie, że jestem korespondentem z oblężonego Kandaharu, a nie z olimpiady. Za pomocą specjalnego detektora przed przylotem do Salt Lake City sprawdzono, czy nie mam w butach materiałów wybuchowych, a w paszporcie, czy skończyłem już 21 lat, bo do obiadu zamawiałem piwo (w sierpniu skończę 38 i to widać na pierwszy rzut oka).

Groźnymi żołnierzami zupełnie nie przejmują się wolontariusze. Na widok broni nie tracą humoru, wręcz otwierają się im zasoby pamięci. Podczas drobiazgowej kontroli butów, sprzętu elektronicznego i akredytacji okazało się, że jeden z wolontariuszy pochodzi z Wielkopolski, drugi był kiedyś w Warszawie, a trzeci - jak obaj zgodnie twierdzą - miał kiedyś dziewczynę z Polski.