Mistrzowie świata jak mumie

Z piłkarzami Włoch jest tak źle, że Gianluigi Buffon po odpadnięciu z Pucharu Konfederacji odetchnął z ulgą. Dzięki temu mistrzowie świata uniknęli Hiszpanii i prawdopodobnej katastrofy.

Na rok przed mundialem obrońcy tytułu grają albo średnio, albo beznadziejnie. Przede wszystkim - szokująco łatwo strzelić im gola. Dwa tygodnie temu pokonali w sparingu Nową Zelandię 4:3, ale słabiutcy rywale aż trzykrotnie obejmowali prowadzenie. Puchar Konfederacji rozpoczęli od zwycięstwa nad USA, ale również pierwsi stracili bramkę. Potem ulegli Egiptowi 0:1, a w niedzielny wieczór Brazylii - 0:3. Szlagierowych emocji nie było, mecz rozstrzygnął się jeszcze przed przerwą.

Powtórzył się scenariusz z lutowego sparingu, podczas którego "Canarinhos" też błyskawicznie objęli prowadzenie (2:0), by później bez specjalnego wysiłku go utrzymać. Włosi przyzwoicie wypadają tylko w eliminacjach mistrzostw świata, w których nie wylosowali żadnego uczestnika ostatnich turniejów - Euro 2008 lub poprzedniego mundialu.

W reprezentacji Marcello Lippiego odbija się całe calcio, nieco podstarzałe, wiekowych mistrzów traktujące z szacunkiem wręcz nabożnym. Selekcjoner niechętnie rozstaje się z piłkarzami, z którymi zdobył złoto MŚ, choć niemal wszyscy przekroczyli trzydziestkę. Komentatorzy apelują o śmielsze odmładzanie kadry wstrzemięźliwie, zastrzegając zarazem, by nie wycinać zasłużonych weteranów. Z trudem do podstawowej jedenastki przebija się nawet 22-letni Giuseppe Rossi, który jako jedyny nie zawodzi i ocalił drużynę w meczu z USA, cały turniej na ławce przesiedział Davide Santon, rewelacyjny nastolatek z Interu Mediolan, przez trenera José Mourinho uważany za wystarczająco dojrzałego, by kolejka w kolejkę grać o tytuł w Serie A.

Wycieńczeni sezonem klubowym włoscy piłkarze tłumaczą, że nie wytrzymali turnieju fizycznie. Nie wszystkich przekonują, bo Brazylijczycy oraz Hiszpanie również bili się w wymagających rozgrywkach europejskich. Ci ostatni mają nawet w nogach więcej meczów - Barcelona wygrała przecież Ligę Mistrzów, pracowity sezon skończyli biegający po angielskich boiskach Cesc Fabregas z Arsenalu czy Fernando Torres z resztą hiszpańskiego zaciągu z Liverpoolu. A jednak mistrzowie Europy nie wyhamowują. Nie przegrali od 35 meczów i wyrównali rekord wszech czasów.

Legendy włoskiego futbolu alarmują, że tak słabej reprezentacji nie widziały nigdy, gracze Lippiego mówią o katastrofie, wszystkich przeraża przede wszystkim styl gry. A precyzyjniej - brak stylu. Włosi stali się drużyną bez tożsamości i ofensywnej wyobraźni, nawet wirtuoz od rzutów wolnych Andrea Pirlo trafia w mur lub pudłuje. Najbardziej zabolało 0:1 z Egiptem, czyli bezprecedensowa porażka z przeciwnikiem z Afryki. "To my jesteśmy mumiami" - skomentowała "La Gazzetta dello Sport" "plamę na historii reprezentacji". Zezłoszczeni piłkarze nie rozmawiali z prasą, tylko wspomniany Buffon obiecywał, że są w stanie pokonać Brazylię dwa razy (w domyśle - także w finale Pucharu Konfederacji).

Po meczu bramkarz wyraził tylko zadowolenie, że Włosi odpadli. Gdyby strzelili choć jednego gola, awansowaliby, wpadli w półfinale na rozpędzonych Hiszpanów i ryzykowali - zdaniem Buffona - katastrofę. Trener Lippi tuż po meczu piłkarzy bronił, w nocy wszystko przemyślał i na konferencji obiecał zmiany. - Nigdy nie mówiłem, że ta drużyna pojedzie na mundial. Będzie rekonstrukcja - ogłosił. On powody do zadowolenia jednak ma. Pierwszy: do mundialu jeszcze rok. Drugi: FIFA wymyśliła turniej, dzięki któremu mógł się przekonać, że w reprezentacji coś nie gra. Czy raczej - że nic nie gra.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca