Radwańska: Ćwierćfinał to cel minimum

- Zdaję sobie sprawę, że w Eastbourne straciłam dużo punktów w rankingu, a w Londynie bronię aż 500. Muszę więc mierzyć wysoko, ale losowanie mam dość trudne - mówi Agnieszka Radwańska.

Atak polskiej diaspory na kobiecy tenis ?

Jakub Ciastoń: Zaczyna się pani ulubiony turniej. Czy to znaczy, że pod koniec czerwca zawsze ma pani dobry humor?

Agnieszka Radwańska: Kiedyś cieszyłam się bardziej, teraz się przyzwyczaiłam, że po Roland Garros jest trawa na Wimbledonie. Normalka.

Lubi pani ten turniej, bo najlepiej gra właśnie na trawie, ale dlaczego jeszcze?

- Bo jest najlepiej zorganizowany. W mojej ocenie turniejów decyduje to, czy jako zawodowa tenisistka mam wszystko pod ręką i na czas. W Londynie tak jest. Zawsze są korty do treningu, nie ma tłoku, nie trzeba na nic czekać. Nie muszę nawet jeździć samochodem, bo można wynająć na dwa tygodnie dom obok kortów. Na trening mam sto metrów. Takich warunków nie ma nigdzie.

Przed Londynem nie udało się obronić tytułu w Eastbourne.

- To był zupełnie inny turniej niż rok temu. Z dziesiątki brakowało tylko Safiny i sióstr Williams, ale faworytki się posypały, byłam w ćwierćfinale jedyną rozstawioną obok Karoliny Woźniacki. Wydawało się, że będzie szansa na powtórkę, ale... niestety trafiłam na świetnie grającą Virginie Razzano.

Czy w porównaniu z poprzednim sezonem na trawie dostrzegła pani jakieś mankamenty w swojej grze?

- Z Razzano rok temu w Eastbourne wygrałam. To były podobne mecze, decydowało kilka piłek. Nie wydaje mi się, żebym mogła zrobić coś lepiej. Ona dominowała tego dnia, pomagał jej serwis i właściwie zupełny brak błędów. Dlatego minimalnie przegrałam.

Czego oczekuje pani po Wimbledonie?

- Z moim rankingiem nie mogę mierzyć niżej niż w ćwierćfinał, czyli tak jak było rok temu. Zdaję sobie sprawę, że w Eastbourne straciłam sporo punktów, a w Londynie bronię aż 500. Muszę mierzyć wysoko.

W I rundzie we wtorek gra pani z Hiszpanką Marią Jose Martinez Sanchez.

- Trudna rywalka. Niby specjalistka od gry na ziemi, ale inne nawierzchnie też jej pasują. Nigdy nie grałam z nią w singlu, ale w deblu przegrałam chyba wszystkie mecze. I to niezależnie, kto był moją i jej partnerką.

Jak gra Hiszpanka?

- Jest leworęczna, co zawsze przeszkadza, bo takich dziewczyn nie ma dużo. Trzeba się przestawić. Dlatego, przed pierwszą rundą, trenuję z leworęcznymi - w sobotę z Petrą Kvitovą. Hiszpanka gra dobrze przy siatce, posyła płaskie, niebezpieczne piłki. Myślę, że zagra ze mną "serve and volley".

Patrzyła pani dalej w drabinkę czy tradycyjnie koncentruje się na pierwszym meczu?

- Nie patrzyłam, a kto może być dalej?

W drugiej Alexa Glatch albo Shuai Peng, potem Na Li...

- Trudne losowanie, szczególnie na trawie. W Paryżu było łatwiej.

W pani głosie słychać mniej pewności siebie niż kiedyś. Czy to może efekt tego, że w poprzednim sezonie na tym etapie miała pani na koncie trzy wygrane turnieje, lepsze wyniki w Szlemie. Ten sezon jest po prostu słabszy.

- Nie przeliczam wszystkiego na punkty i wygrane. Jasne, że pod względem wyników jest słabiej. Ale to dlatego, że startowałam z innego pułapu. Zaczęłam sezon w dziesiątce i zgodnie z przepisami muszę grać wyłącznie w największych turniejach. Nie mogę już nabijać punktów w małych. Stąd różnica. Dostałam się do elity i ceną jest to, że ciągle gram z elitą. Jeśli przegrywam, to raczej z kimś z okolic mojego rankingu. Jedyny mecz, który zepsułam zupełnie z własnej winy, to był ćwierćfinał Indian Wells z Pawluczenkową.

Może rywalki poznały panią lepiej? Więcej z nich wie, jak grać i stąd więcej porażek?

- Nie sądzę. Na wynik wpływa mnóstwo czynników - piłki, pogoda, forma dnia, wiatr. Z tego, że raz wygrywasz z kimś 6:1, 6:1, a za dwa tygodnie przegrywasz 3:6, 3:6, nie da się wyciągnąć prostych wniosków, że ktoś się nauczył z kimś grać. Tenis to zawsze bardzo złożona sprawa. Nie umiem tego inaczej wyjaśnić.

Wystąpi pani w deblu?

- Z Ulą [siostra Agnieszki]. Od razu bardzo mocne rywalki. Gramy z Nadią Pietrową i Bethanie Mattek. W Szlemie debla nie odpuszczamy. To nic nowego.

Rafael Nadal wycofał się z powodu kontuzji kolan. Federer ma otwartą drogę po tytuł?

- Nadal zawsze był postrzegany jako zwierzę, maszyna do wygrywania. Okazało się, że nikt nie jest w stanie grać na takim poziomie bez przerwy. Federer powinien zrobić swoje.

O kobiecy tenis chyba nie mam co pytać...

- No, tu nic się nie da przewidzieć (śmiech). Siostry Williams teoretycznie zawsze mocne, ale nie grały na trawie przed Wimbledonem, więc nie wiadomo co z formą.

Safina przegrywa z Tanasugarn, Kuzniecowa odpada w I rundzie w Eastbourne. Janković dołuje, Ivanović wypadła z dziesiątki, Dementiewa też przegrywa. Mamy poważny kryzys kobiecego tenisa!

- Zwycięstwo Tanasugarn mnie nie dziwi. Zawsze była mistrzynią na trawie. "Kuzi" chyba nie doszła jeszcze do siebie po French Open, ale w Londynie będzie groźna jak zawsze. Nie nazwałabym tego kryzysem, to brak stabilności. Przestawienie się na trawę zawsze trochę trwa. Dopiero Wimbledon da jakąś odpowiedź.

Rusza Wimbledon. Radwańskiej nie wypada odpaść przed ćwierćfinałem

Wrażenia z Wimbledonu - na blogu Jakuba Ciastonia ?