Prezes Legii: Limit błędów się wyczerpał

Nie wyobrażam sobie, by kolejny sezon był dla nas tak rozczarowujący jak ten ostatni, w którym nie zdobyliśmy nic - mówi Leszek Miklas prezes KP Legia Warszawa w rozmowie z Robertem Błońskim

Robert Błoński: Wicemistrzostwo Polski to powód do dumy dla prezesa Legii?

Leszek Miklas: Oczywiście, że nie. Gdybyśmy szanse na tytuł stracili pół roku temu, może teraz bym się cieszył, że więcej zdobyć się nie dało. Ale do mistrzostwa zabrakło jednej bramki - z Wisłą w Krakowie. Frustracja jest we mnie ogromna, niewiele mniejsza niż w 1997 roku, kiedy w osiem minut Legia straciła trzy gole z Widzewem i tytuł pojechał do Łodzi.

Dlaczego Legia nie wygrała ligi?

- Jesienią w 11 z 17 spotkań strzeliliśmy więcej niż jednego gola. Wiosną za to jedenaście występów kończyliśmy z zerem bądź jedną bramką. Graliśmy jak oddział saperów - każde zagrożenie powodowało strach o wynik. Grze Legii brakowało szybkości i dynamiki. Akcje kończyły się przeważnie 30 m od bramki rywali. Zawiódł środek pola. Iwański, Radović i Roger grali wiosną poniżej możliwości. Transfery Hiszpanów oraz Kumbeva i Rockiego nic nie dały drużynie. Na dobrą sprawę ja nawet nie wiem, jak grają Tito i Descarga, bo wiecznie leczyli urazy. O Aruabarrenie wiem, że bardzo dużo biega, ale jest nieskuteczny do bólu. Trener Legii: dlaczego frajersko przegraliśmy walkę o tytuł

To co jeszcze robi w klubie odpowiedzialny za fatalne transfery dyrektor sportowy i trener od przygotowania fizycznego.

- Powiedziałem coś innego. Nasza gra była słaba i nieciekawa, bo nie stwarzaliśmy sytuacji. Jeśli zespół nie byłby przygotowany do sezonu, wiedziałbym o tym. W wielu meczach nasi piłkarze biegali więcej niż ci z finału Ligi Mistrzów. Ale drużynie brakowało jakości, dlatego straciła tyle punktów.

Co z tego, że Roger człapał po 12 km w meczu, jeśli był wolniejszy i mniej dynamiczny od rywali.

- Wyniki badań pokazują, że problem nie tkwił w przygotowaniu fizycznym, ale w psychice. Gdy przychodziła niemoc, zespół stawał. Od Lecha byliśmy lepsi fizycznie, ale nie umieliśmy strzelić drugiego gola. Na Wiśle zaczęliśmy zbyt asekuracyjnie, potem nie wykorzystaliśmy świetnych okazji. To nie szybkość pojedynczych zawodników była decydująca. Zaważyła szybkość rozgrywania akcji.

Kumbev, Rocki, Tito, Descarga, Aruabarrena kosztowali przez rok kilkaset tysięcy euro. Pieniądze zostały wyrzucone w błoto.

- Prawda. Ale to nie przez nich nie wygraliśmy ligi. Kumbev i Rocki nie byli sprowadzeni do podstawowej jedenastki. Rocki dawał drużynie, ile mógł, okazało się, że może niewiele. Kumbev grał w Groclinie więcej i lepiej niż w Legii. U nas brakowało mu pewności. O Hiszpanach mówiłem. W lidze straciliśmy 17 goli, niewiele ponad pół gola na mecz. Gra obronna drużyny była świetna. Zawiodła ofensywa.

Jak piłkarz trafia do Legii?

- Prezes, dyrektor sportowy, trener i przedstawiciele zarządu omawiają, na jakich pozycjach drużyna potrzebuje wzmocnień. Potem zastanawiamy się, jakimi środkami dysponujemy. W tym sezonie nikogo nie kupimy, jeśli kogoś nie sprzedamy. Nowy piłkarz może zarabiać tyle, ile jego poprzednik. Gdy znajdujemy kandydata, oglądamy materiały filmowe. Później dyrektor sportowy, skaut i asystenci Jana Urbana jeżdżą i oglądają zawodnika na żywo. Trener robi to rzadko. Nim jednak wydam decyzję o transferze, zawsze mam na biurku pismo Jana Urbana i Mirosława Trzeciaka o sensowności sprowadzenia tego piłkarza.

Czyli obaj zdecydowali o sprowadzeniu Hiszpanów?

- Znali ich świetnie. Descarga grał w Primera Division, a Trzeciak pracował z "Arru".

Jan Urban mówił w wywiadach, że tak naprawdę to chciał tylko Descargę.

- Musi wziąć odpowiedzialność za grę i ocenę wszystkich zawodników. Z punktu widzenia właścicieli wydawało się, że nie ma lepszego rynku, z którego można sprowadzać piłkarzy, niż Hiszpania. Panowie Urban i Trzeciak spędzili tam po kilkanaście lat. Ostateczny dowód na wyższość ligi hiszpańskiej nad polską dał nam Astiz. Rok temu sprowadziliśmy go z rezerw Osasuny i został gwiazdą ligi. Wydawało się, że teraz dyrektor z trenerem też się nie pomylą, że każdy Hiszpan, który zechce przyjść do Legii z I lub II ligi, będzie wzmocnieniem.

Czy dyrektor i trener wytłumaczyli się z tych transferów?

- Tak. Obaj pozostają na stanowiskach. Limit błędów się wyczerpał. Jeśli teraz sprowadzimy kogoś z zagranicy, będziemy chcieli wypożyczać go na rok i zapisać w kontrakcie opcję pierwokupu z konkretną kwotą transferową. Jeśli obcokrajowiec się zaaklimatyzuje i będzie dobry, kupimy go. Nie będziemy więcej brać zawodników, którzy tylko wydają się wzmocnieniami. Muszą nimi być, nawet kosztem liczebności drużyny. Mamy szeroką kadrę, ale brakuje jakości. Chcemy wymienić kilku "tanich" graczy na jednego-dwóch droższych, ale dobrych.

Dlaczego Mirosław Trzeciak zachował posadę?

- Bo jest w Legii dwa lata i nie wykonał tylko złych transferów. Pretensje można mieć o trzech Hiszpanów. Rockiego i Kumbeva znał cały sztab trenerski. Oni zdecydowali o sprowadzeniu ich do Legii. Za kadencji Mirka dokonaliśmy 19 transferów z klubu i do niego. Doszli Chinyama, Iwański, Giza, Astiz, Borysiuk i Rybus. Janczyka sprzedał za prawie trzy miliony euro. Podobnie Wawrzyniaka czy Fabiańskiego. Sprzedał wówczas zawodników niechcianych: Surmę, Burkhardta i Włodarczyka.

Minusy nie przysłoniły plusów.

- Kiedy Trzeciak przychodził do Warszawy, Legia była siódma w lidze. Podzielona na grupę polską i zagraniczną, a trener Wdowczyk nie dawał sobie rady w szatni. Trzeba było przebudować cały zespół. Saldo transferów jest dodatnie.

W XXI wieku zdobyliśmy już dwa tytuły mistrzowskie, a opinia o Legii jest taka, jak byśmy byli w dramatycznej sytuacji jak nigdy w przeszłości. W ostatnich sześciu sezonach zawsze byliśmy w czołowej trójce ligi. To się nie zdarzyło nigdy w historii.

Zatrudniając dyrektora i trenera bez doświadczenia, zaryzykowaliśmy. Obaj popełnili błędy, których już nie powtórzą. Trener zrozumiał, że do polskich zawodników nie wolno podchodzić jak do profesjonalistów. Metody motywacji muszą być inne niż w Hiszpanii. Tam piłkarzowi nie trzeba ciągle tłumaczyć, jak się ma zachowywać. Wystarczy powiedzieć raz. W Polsce nie ma kultury uprawiania zawodu piłkarza. Piłkarz lubi być prowadzony za rękę i wyręczany we wszystkim. Niektórym zawodnikom wydaje się, że praca w klubie polega wyłącznie na przychodzeniu na treningi i bieganiu, tak jak im trener każe.

Dyrektor i trener dostali ostatnią szansę?

- Nie wyobrażam sobie kolejnego sezonu z taką liczbą straconych szans. Bardzo ważny będzie występ w pucharach. Ostatnie pięć lat w Europie, pomijając nawet Wilno, to było rozczarowanie za rozczarowaniem. W rankingu UEFA nasz współczynnik to tylko 3,583 i dlatego nie będziemy pewnie rozstawieni w III rundzie eliminacji Ligi Europejskiej. Wielkim zadaniem tego sezonu dla Jana Urbana będzie zdobycie tylu punktów, żebyśmy za rok byli rozstawieni w IV rundzie. Oby eliminacji do Ligi Mistrzów.

Jak reaguje prezes, gdy w brukowcu widzi zdjęcie Macieja Rybusa z papierosem?

- Ciśnienie mi skacze. Rozmawiałem z Maćkiem. To młody chłopak, któremu nikt chyba nie powiedział, jak należy się zachować. Ale gdy przypomnę sobie swój początek pracy w sporcie, to takich i gorszych sytuacji było mnóstwo, tylko tabloidów nie było.

Kto odejdzie z Legii?

- Tito i Rockiego już nie ma. Descarga, Aruabarrena, Kumbev i Ekwueme mogą sobie szukać klubów. W Legii minął też czas Rogera.

Ma jakieś oferty?

- Do nas nie wpłynęła żadna. Może ma je zawodnik, tylko ukrywa przed nami? Jeśli nie sprzedamy Rogera, w grudniu odejdzie pewnie za darmo.

W Legii każdy jest na sprzedaż?

- Mucha, Chinyama, Choto, Astiz, Iwański to szkielet drużyny. Wszystkich na pewno nie sprzedamy. Jednego - może, o ile pojawi się bardzo dobra oferta. Tyle że nie ma konkretnych ofert. Zawodnicy Legii są sprzedawani zazwyczaj do klubów lepszych niż Legia, a tam nie są postrzegani jako zakupy pierwszej potrzeby, tylko drugiej czy nawet trzeciej. Dlatego kupuje się ich przed zamknięciem okna transferowego nie przed otwarciem.

Kogo Legia chce kupić?

- Na pewno napastnika, choć wiem, że za kilka tygodni możemy mieć do dyspozycji Chinyamę, Grzelaka i może Aruabarrenę. Musimy mieć pewność, że sezon zaczniemy przynajmniej z dwoma napastnikami, na których bezwzględnie możemy polegać.

Dawid Nowak z Bełchatowa?

- Nie rozważaliśmy nawet tego transferu. Rozmawialiśmy z Markiem Saganowskim, ale szansa na transfer jest niewielka. Woli I ligę angielską. Szukamy więc na południu Europy i jeszcze dalej.

Ile jest w kasie na nowych zawodników?

- Nic. Odejdzie dwóch zawodników po sto złotych, będzie mógł przyjść jeden za 200.

W Młodej Ekstraklasie grał w Legii Robert Lewandowski, ale teraz jest gwiazdą Lecha i całej ligi.

- Za naszą Akademię Piłkarską odpowiada Jacek Mazurek, na podstawie wniosków trenerów mu podległych uznał, że w Legii nie znajdzie miejsca. Robert, kiedy był w Legii, nikogo do siebie nie przekonał. Dodatkowo doktor Machowski znalazł u niego jakiś problem ze zdrowiem. Potem rozmawialiśmy z Robertem, kiedy był w Zniczu, ale nie mogliśmy mu zagwarantować gry w pierwszym zespole. Mieliśmy Chinyamę i zdrowego Grzelaka. Nie mamy też w zwyczaju płacić kilkudziesięcioprocentowych prowizji menedżerom.

Menedżerem Lewandowskiego jest były piłkarz Legii Cezary Kucharski, który głośno namawia do dymisji Urbana i Trzeciaka.

- Niestety, łączenie funkcji menedżera i komentatora sprawia, że jego wypowiedzi nie zawsze mogą wyglądać na bezinteresowne. Chociaż nie podejrzewam go o to.

Co pana zdaniem było największą porażką Legii w sezonie?

- Mieliśmy szansę na trzy trofea, nie mamy żadnego. Najbardziej brakuje mi szansy występu w Lidze Mistrzów, bo po zmianach przepisów po raz pierwszy otworzyła się realna możliwość awansu do tych rozgrywek. Mistrzowi Polski będzie łatwiej awansować do fazy grupowej LM niż nam do grupy Ligi Europejskiej. I to jest mój największy ból - mając taką szansę i takie perspektywy, nie wydarliśmy Wiśle tytułu.

Legia ściga kiboli za race - czytaj tutaj ?