Radwańska: Proszę już nie pytać o Warszawę. Czas na Paryż

- Byłoby dobrze powtórzyć wynik z poprzedniego roku, czyli 1/8 finału. Ale mam apetyt na kolejny ćwierćfinał Wielkiego Szlema. Tenisistka z moim rankingiem, nie może mierzyć nisko w takim turnieju jak Roland Garros - mówi Sport.pl Agnieszka Radwańska, rozstawiona z nr 12. Roland Garros rusza w Paryżu w niedzielę, ale Radwańska zagra swój pierwszy mecz w poniedziałek lub we wtorek

Jakub Ciastoń: Nie mogę nie zadać tego pytania. Skomentuje pani to co wydarzyło się w ostatnich dniach w Warszawie, a w szczególności maila, którego ujawnił dyrektor turnieju Stefan Makarczyk.

Agnieszka Radwańska: - Nie będę już niczego komentować. Nie chcę się bawić w dyskusje na tak niskim poziomie. To co się stało w Warszawie przeszło wszelkie granice. Proszę mnie już nie pytać o Warszawę. Zostawiam to za sobą, teraz jestem w Paryżu i liczy się tylko ten turniej. To mój jedyny komentarz.

Jak zdrowie, plecy już nie bolą?

- Jeszcze nie jest idealnie, trochę pobolewają, ale znacznie lepiej niż w poprzednim tygodniu. Jestem już w stanie prawie normalnie trenować.

Nie grała pani w turniejach od dwóch tygodni. Czy ta długa przerwa nie zaszkodzi w Paryżu?

- Raczej pomoże. Wyleczyłam uraz pleców, odpoczęłam. Wcześniej miałam bardzo intensywny miesiąc. Zagrałam pod rząd Puchar Federacji, Stuttgart, Rzym i Madryt.

Co powie pani o losowaniu? W pierwszej rundzie Rossana de Los Rios z Paragwaju.

- Losowanie bez wielkiej historii. Nic szczególnego. Miewałam gorsze. Ale tak naprawdę, okaże się po meczu. Tak to już jest, że jak się przegra, to losowanie zawsze okazuje się złe.

Teraz nie ma chyba takiego niebezpieczeństwa. Paragwajka to specjalistka od kortów ziemnych, ale ma już swoje lata.

- Ma chyba prawie 34 lata i nastoletnią córkę, która przychodzi z nią na mecze. W zeszłym roku w Paryżu wygrała z nią Marta Domachowska. Ja pokonałam ją dość łatwo na mączce w 2007 r. we włoskiej Bielli, a niedawno Ula zwyciężyła ją na korcie twardym. Trudno powiedzieć, co się od tego czasu zmieniło. Mam nadzieję, że będzie dobrze.

Sięgała pani wzrokiem dalej w drabinkę? Jest m.in. Patty Schnyder, potem znów - nie wiem już po raz który - w pani ćwiartce znalazła się Swietłana Kuzniecowa i Serena Williams. Jakoś panią prześladują...

- Na pytanie o dalsze rundy, mam zawsze tą samą odpowiedź. O drugiej nie rozmawiam przed wygraniem pierwszej. Kuzniecowa, Williams? Jak będę z nimi grać, to się będę nimi martwić.

Nie chce pani patrzeć dalej w drabinkę, a jakiś cel minimum sobie pani stawia?

- Jasne, że byłoby dobrze powtórzyć wynik z poprzedniego roku, czyli 1/8 finału. Ale mam apetyt na kolejny ćwierćfinał Wielkiego Szlema. Tenisistka z moim rankingiem [WTA 12] nie może mierzyć nisko w takim turnieju.

Jak to jest z tym Paryżem, w zeszłym roku powiedziała pani wprost, że nie lubi tu grać.

- Nie ukrywamy z Ulą [18-letnia siostra Agnieszki], że to jest najgorszy Szlem.

Może pani wyjaśnić o co chodzi z tym "nielubieniem"?

- Ja Paryż lubię, to fajne miasto, jest gdzie pójść, co zobaczyć. Wieża Eiffla, te sprawy... Sklepy są też baaaaardzo w porządku. Ale tenisistki mają na turniejach takie swoje różne drobiazgi, które albo je denerwują, albo odwrotnie - są miłe i przydatne. Ja np. bardzo nie lubię restauracji dla zawodników w Paryżu. Jest ciasno, przychodzą różne VIP-y, nazywamy ich z Ulą "krawaciarzami". Czasem nie ma przez nich gdzie usiąść. Takie drobiazgi mają decydujące znacznie dla naszej oceny turnieju. Jeśli na jedzenie czeka się czasem 40 minut w kolejce, to rozbija ci to trening, niepotrzebnie się denerwujesz. Inny denerwujący drobiazg to, że Francuzi z reguły nie mówią po angielsku, a ich ulubione słowo to "Impossible" (śmiech). Ale żeby tak wszytkiego nie krytykować, to pochwalę szatnię. Jest najfajniejsza ze wszystkich Szlemów. Są komputery i mała siłownia. Ktoś fanie to wymyślił.