Fatalny start Ruchu: zero punktów, zero goli

Zero punktów, zero goli, kara za chuligańskie burdy podczas derbów Śląska - Ruch Chorzów rozpoczął piłkarską wiosnę w fatalnym stylu.

Prezes Ruchu narzeka: Zamiast kiboli karane są kluby ?

- Spokojnie, naszym celem nie jest mistrzostwo Polski - przypomina Dariusz Smagorowicz, przewodniczący rady nadzorczej niebieskiej spółki. Nie da się jednak ukryć faktu, że chorzowianie nie uciułali dotąd nawet punktu. Najpierw po bezbarwnym meczu oddali punkty Górnikowi Zabrze, a w sobotę polegli w Gdańsku. Grali już lepiej, ale koszmarnie nieskutecznie. - Mogę tylko żałować, że moi piłkarze nie opanowali sztuki wykańczania akcji - przyznaje trener Bogusław Pietrzak.

- Zaczęliśmy fatalnie, ale to dopiero początek. Przecież gdybyśmy w Gdańsku wykorzystali chociaż jedną z kilku znakomitych okazji, nikt by nie mówił o kryzysie. Musimy się otrząsnąć i zrobimy to! - podkreśla Mirosław Mosór, dyrektor klubu.

Po Ruchu spodziewano się znacznie więcej. Nadzieje na sukces rozbudził ubiegłoroczny debiut giełdowy. Niebiescy są pierwszym polskim klubem, którego akcje są notowane na rynku papierów wartościowych. Chwilę po debiucie cena akcji poszybowała w górę z 1,70 do 2,30 zł, ale teraz - zgodnie ze światowym trendem - pogrąża się w marazmie (ostatnie notowanie to 70 gr).

Mimo wszystko Ruch na akcjach nie stracił - został bowiem dokapitalizowany kwotą 1,8 mln zł (zanim zaczął straszyć kryzys, działacze liczyli nawet na 5 mln). - Kurs akcji ma dla nas drugorzędne znaczenie. Chcieliśmy pokazać swoją odmienność na piłkarskim, często grząskim, podwórku. Postawić na przejrzystość finansów i zarządzania, które są domeną giełdowych spółek. To jest inwestycja i pomysł na długie lata - wyjaśnia Smagorowicz, który odpowiada w chorzowskim klubie za finanse.

O tym, że Ruch nie zraził się do giełdy, świadczy to, że w najbliższych tygodniach przygotowuje kolejną emisję akcji. Nieoficjalnie mówi się, że klubowy budżet może zyskać dzięki tej operacji nawet 5 mln zł. - Chcielibyśmy to zrobić jeszcze w marcu, ale, niestety, decydują o tym czynniki, które nie zależą od nas. To byłyby realne pieniądze w budżecie klubu. Pochodziłyby od nowych udziałowców - wyjaśnia Mariusz Klimek, właściciel klubu.

Z drugiej strony z Cichej wciąż płyną informacje o kryzysie finansowym. Katarzyna Sobstyl, prezes Ruchu, podkreśla, że przed niebieskimi dwa trudne lata. - Kluby jeszcze długo nie będą na tyle silne, by same generować zyski. Jesteśmy uzależnieni od innych firm, czyli sponsorów oraz reklamodawców. Ale ci też szukają oszczędności - mówi.

W czasie przerwy zimowej piłkarze żalili się, że klub zalega im z wypłatą pensji. By ograniczyć koszty, działacze zwolnili kilku pracowników administracyjnych i zaproponowali rozwiązanie kontraktu Maciejowi Scherfchenowi, który - jak podkreślał Klimek - był za drogi dla chorzowskiego klubu.

Nieoficjalnie mówiło się, że z tego samego powodu z Ruchem może się też rozstać Marcin Zając. Napastnik jeszcze wiosną nie zagrał i zaczęto spekulować, że ma to związek z brakiem pieniędzy na jego koncie. - Bzdura! Jest dokładnie odwrotnie. Pieniądze systematycznie spływają na konta zawodników. Nikt nie rozwiązuje kontraktów. Zając ma po prostu problemy z kolanem. Tym samym, z którego wycięto mu łękotkę i w którym miał uszkodzone wiązadła - mówi Smagorowicz. - Zając trenował z drużyną przed meczem z Lechią, ale trenerzy uznali, że w jego przypadku ryzyko związane z powrotem do gry wciąż jest zbyt duże. Wierzę, że w najbliższej kolejce pomoże nam wygrać z Polonią Bytom - dodaje Mosór. Sam piłkarz odmawia komentarza.

- Nie mamy mocarstwowych planów. Do sukcesów chcemy dochodzić powoli i systematycznie. Nadal będziemy stawiać na młodzież. Nie pójdziemy drogą ŁKS, który zatrudnił doświadczonych Tomasza Hajtę czy Piotra Świerczewskiego. To są doraźne rozwiązania, a takie Ruchu nie interesują - kończy Smagorowicz.

Następne Wielkie Derby Śląska już na Cichej - czytaj tutaj ?