Polka najszybsza w biegu łączonym na 15 km. Mistrzostwo absolutne

W wielkim stylu Justyna Kowalczyk została mistrzynią świata! Gdyby przed biegiem opracować idealny scenariusz, nie różniłby się on niczym od sobotnich wydarzeń na trasie w Libercu.

ZCzuba.tv Justyny Kowalczyk bieg po złoto ?

Czterdzieści minut po godzinie 13, w sobotę 21 lutego, nic jeszcze nie było jasne. Ale nie upłynęła kolejna minuta i mieliśmy już polską mistrzynię świata w biegach na nartach. Pierwszą w historii!

Jakieś 250 metrów przed metą Polka minęła umęczoną do granic Norweżkę Kristin Steirę i samotnie wpadła na metę. Uniosła ręce, wytarła twarz i znowu wyrzuciła je w górę. A potem uśmiechnęła się i od razu rozpłakała. Mistrzowie świata, choć skrajnie wyczerpani, nie padają za metą na twarz. Kowalczyk też nie upadła.

- Cieszyłem się, jakbym to ja ten medal zdobył. Biegłem razem z Justyną. Raz miałem tętno 20, za chwilę chyba 200. Przydałyby się wtedy jakieś kropelki na skołatane serce - opowiadał Józef Łuszczek. 20 lutego 1978 roku w fińskim Lahti zdobył brązowy medal MŚ w biegu na 30 km. Dwa dni później był mistrzem świata na 15 km. Teraz komentuje biegi dla TVP. - Powiedziałem Justynie, że na darmo tu nie przyjechałem. Niesamowite było to, że po cichu do siebie szeptałem, co ma robić, a ona to robiła na trasie - uśmiechał się Łuszczek.

Justyna Kowalczyk właśnie skopiowała jego dzieło sprzed 31 lat w Libercu. 19 lutego wywalczyła brązowy medal na 10 km, w sobotę nikt jej nie pokonał na 7,5 km techniką dowolną + 7,5 km techniką klasyczną.

- Jeszcze dwa złote medale i związek będzie w opałach finansowych - prezes PZN Apoloniusz Tajner wręcz promieniał. - W dzisiejszej rzeczywistości, aby wywalczyć mistrzostwo świata, trzeba naprawdę prezentować mistrzostwo absolutne. Justyna swój wielki talent poparła wielką pracą i ogromnym poziomem sportowym.

Wyścig miał dwie bohaterki. Pierwsza to oczywiście Kowalczyk, która po mistrzowsku rozdała karty, największe atuty zostawiając sobie na moment, kiedy na stole leżała cała pula.

Drugą była Norweżka Kristin Steira. Konferencję prasową Polka rozpoczęła od słów: "Kristin, thank you". Bo było za co dziękować. Steira, jak Kowalczyk, nie jest za mocna na finiszu. Dlatego przez całą drugą połowę wyścigu narzucała niesamowite tempo. Biegło ich wówczas pięć: Kowalczyk, Steira, Finka Saarinen, Włoszka Longa i Ukrainka Szewczenko - taka czołówka ukształtowała się - już na trzecim kilometrze! I w tej kolejności - patrząc od końca - odpadały od maleńkiego peletonu.

Najpierw Ukrainka, potem Włoszka nie wytrzymały morderczego tempa. Na przedostatniej, 2,5-kilometrowej pętli medalistki były znane. Saarinen, liderka PŚ i triumfatorka na 10 km klasykiem, została kilkanaście metrów z tyłu. Polka też miała kryzysowy moment po 11. kilometrze, ale nie dała Steirze uciec. Na czele była więc Norweżka w czerwonym kombinezonie i Polka - w czarnym stroju i czerwonej opasce na głowie. W poprzednim wyścigu Kowalczyk też biegała w czerwonym, ale Norwegowie poprosili o zmianę koloru - czerwony rezerwując tylko dla swoich zawodniczek.

Z dwóch biegaczek, których finisz nie jest atutem, lepsza okazała się ta mniej zmęczona. Po mistrzowsku rozegrała ostatnie metry i spełniła swoje dziecięce marzenia..

3

- tyle medali ma Justyna Kowalczyk. Brązowe z igrzysk w Turynie i MŚ w Libercu. Oraz złoty z Liberca

Trener Kowalczyk: Czasem mam ochotę rzucić wszystko w diabły. czytaj tutaj dlaczego ?