Kowalczyk: Serwismeni dostali opieprz, trener dostał... I było w porządku

- Serwismeni dostali opieprz, trener dostał. Potem się jeszcze pobeczałam. Znaczy: było w porządku - mówiła w sobotę po zdobyciu złotego medalu na MŚ w biegach narciarskich Justyna Kowalczyk

Cudowny finisz i złoty medal ?

Jak to wszystko wyglądało?

- Państwo widzieli to najlepiej. Ja robiłam, to co umiem najlepiej. Starałam się jak mogłam, nie chciałam tylko niczego spieprz..., bo na trasie było kilka momentów, w których o błąd było łatwo. Na samym końcu wiedziałam, że Kristin jest do ogrania na finiszu. Na samym końcu długiego, ostatniego podbiegu specjalnie jej nie wyprzedziła, tylko leciałam równo z nią. Ona podciągnęła tempo, a mnie zależało by Aino-Kaisa nas nie dogoniła... Zresztą, muszę przyznać całą robotę odwaliła dziś Kristin (śmiech). I za to wielkie jej dzięki. Wiozłam się za nią, w pewnym momencie pomyślałam nawet, że nie wytrzymam. Ale ona wiedziała, że jest słaba na finiszu. Dlatego musiała wykonać tę robotę. Kiedyś ja tak pracowałam na trasach, bo wiadomo, jaka ja jestem na ostatnich metrach.

Taktycznie rozegrała pani bieg świetnie.

- To fakt. I dostałam za to tytuł mistrzyni świata (śmiech). To kolejna nagroda za te lata ciężkiej pracy. Już kilka ich otrzymałam, ale ta jest najpiękniejsza. Cenniejsza nawet od brązowego medalu olimpijskiego. Na ostatnich metrach pomyślałam sobie: "o nie, nie przegram na finiszu, nie tym razem. Przecież na ostatnich metrach straciłam złoto igrzysk olimpijskich". Teraz sytuacja nie mogła się powtórzyć. Ja to wiedziałam, Kristin była bardzo zmęczona. Równo z nią, to taka moja była zagrywka. I przed atakiem - teraz albo nigdy... I pojechałam

Dwa kilometry przed metą uniosła pani kijki i bez odpychania, samą techniką jechała pani równo ze Steirą. Wyglądała pani jak panczenistka...

- Tak, w ten sposób trochę się odpoczywa, reguluje oddech. Nauczył mnie tego jakiś czas temu pan Wiesław Kmiecik [były trener kadry panczenistów - rb]. Co drugi dzień jeżdżę na takiej specjalnej desce właśnie jak łyżwiarze szybcy. To jest piekielnie ciężkie ćwiczenie, ale oszczędza serce, puls spada. To moja mocna strona, dlatego mogłam sobie na to pozwolić.

Ten wyścig był jak zawody kolarskie. W pewnym momencie zostało pięć zawodniczek i z czasem jedna po drugiej odpadały...

- (śmiech) na szczęście, że odpadały. Jakby Saarinen została przy nas, to mogłoby się to różnie skończyć. A tak.. To poradziłam sobie z Kristin i jeszcze raz jej dziękuję. Jeszcze do mnie dotarło, że jestem pierwszą polską mistrzynią świata. Będę miała na to czas wiosną.

W niedzielę wybiera się pani do Polski?

- Pojadę do Szklarskiej Poręby na zakupy. Rozluźnić się. W Jakuszycach lekko potrenuję, a potem będzie czas wolny.

Narty jechały?

- Świetnie, nie ma o czym mówić. W piątek warunki były ohydne, dziś wszystko się udało. Na zjazdach mogłam sobie odpoczywać. Na podbiegach, "klasykiem", trzymały się torów.

Co trener krzyczał do pani 750 m przed metą? - Żebym Broń Boże nie oglądała się za siebie. Żebym jechała, że Saarinen jest 15 m za mną. Żebym walczyła. I tyle.

Była jakiś szczególnie trudny moment?

- Na drugim kółku łyżwowym Kristin naprawdę mocno zaatakowała. Pomyślałam sobie: "cholera jasna, jak nie wytrzymam to kaplica. Wtedy dogoni mnie Saarinen. Finka, jak widzi że ktoś słabnie potrafi wykrzesać z siebie wszystkie siły...". Na szczęście Kristin "siadła" troszkę na podbiegi i swoim równym tempem ją dogoniłam.

Kiedy pani uwierzyła, że będzie medal?

- Jak już zostałyśmy we dwie... Wiedziałam, że mam siły, że nie "zdechnę". A w złoto uwierzyłam za metą. Nie obejrzałam się ani na chwilę, choć przez głowę przeleciało: a jak ona gdzieś tam wsadzi nogę przede mnie? Na szczęście nic mi nie odebrało złota.

Łezka była?

- Pewnie, że była. Naprawdę ciężko pracowaliśmy z trenerem na ten medal. Poświęciłam rodzinę, naukę, życie prywatne... Nie ma mnie w kraju przez 300 dni. To są ogromne wyrzeczenia, ale nie narzekam. Takie są realia. Ciężko pracowaliśmy i się udało. Warto było!

Tylko ci wścibscy dziennikarze...

- Dziś to nawet was chyba polubię.

Zamieniła pani kilka słów ze Steirą?

- Ona wie, mniej więcej to samo, co ja. Że trzeba było uciec Saarinen na podbiegach. Obie z Norweżką jesteśmy tak samo "dobrymi" sprinterkami po długim biegu, więc trzeba było mieć przewagę. Ogólnie jest tak, że zwykle to my we dwie pracujemy, a potem kilka sprinterek nas wyprzedzają. Dziś wygrałam ja. Na podbiegu zobaczyłam, że słabnie i potem - zupełnie spontanicznie - zaatakowałam.

Biegła pani na nowych nartach?

- Tak, założyłam je dziś po raz pierwszy. Oczywiście te od "łyżwy". Na tych "klasykach" startowałam wiele razy.

Stres był?

- Tak, i to duży. Serwismeni dostali opieprz, trener dostał. Potem się jeszcze pobeczałam. Znaczy: było w porządku (śmiech).

Więcej o: