Michał Rutkowski, Paweł Wujec: Nie-bycza historia

Michał Rutkowski, Paweł Wujec: Nie-bycza historia

Kiedy Michael Jordan zakończył karierę w Chicago, dziennikarze wypytywali menedżera Bulls Jerry'ego Krause'a, co dalej. Krause odpowiedział: "To nie zawodnicy zdobywają tytuły, tylko organizacje". Minęło trzy i pół roku, a organizacja pod nazwą Chicago Bulls jest pośmiewiskiem ligi. I nikt w NBA nie jest w stanie zrozumieć, jak to się dzieje, że antypatyczny, zdziwaczały Krause wciąż jeszcze ma gdzie pracować.

Cała ta historia nie wydarzyłaby się, gdyby Jordan, Pippen, Jackson i spółka mieli nieco więcej sympatii dla Jerry'ego Krause'a. Gdyby nie drwili z niego przy każdej sposobności. Zakompleksiony menedżer Byków postanowił się zemścić i w 1998 r. sprawnie rozpędził mistrzowski skład. Gdyby choć trochę się postarał, zapewne udałoby mu się nakłonić Jordana do dalszej gry... Zapewne MJ zgodziłby się pracować z innym niż Phil Jackson trenerem... Zapewne Byki miałyby na koncie jeden czy dwa tytuły mistrzowskie więcej...

Krause miał jednak wielki plan: stoczyć się szybko na samo dno, zatrudnić młode talenty poprzez draft (Krause uważa, że jest geniuszem draftu) oraz zarezerwować mnóstwo pieniędzy na pozyskiwanie gwiazd, którym kończą się kontrakty w innych klubach. Przecież każdy chciałby grać w drużynie sześciokrotnych mistrzów NBA, nieprawdaż?

Otóż, jak się okazało, nikt by nie chciał. Misterny plan Krause'a zakończył się totalną katastrofą. Po łowach na Tima Duncana, Granta Hilla, Tracy'ego McGrady i Eddiego Jonesa, do Chicago trafili w 2000 tylko przeciętni Ron Mercer i Brad Miller. Historia powtórzyła się ubiegłego lata - zamiast Chrisa Webbera, Michaela Finleya, Antonio Davisa czy Dikembe Mutombo, nowym zawodnikiem Bulls został niejaki Eddie Robinson. Dla wszystkich innych wizja pracy pod skrzydłami Jerry'ego Krause'a była nie do zniesienia.

Wzmacnianie za pomocą draftu szło niewiele lepiej. Wprawdzie w 1999 roku z numerem pierwszym Bulls wybrali Eltona Branda, który natychmiast stał się ich najlepszym graczem, zdobywając średnio ponad 20 punktów i 10 zbiórek, ale inni zawodnicy, wybrani przez Krause'a w drafcie (Dalibor Bagarić, Marcus Fizer, Jamal Crawford), nie spełniali pokładanych w nich nadziei.

Proces odbudowy drużyny miał trwać rok, może dwa. Tymczasem Bulls grali z sezonu na sezon coraz gorzej i nic nie zapowiadało poprawy. Bili kolejne rekordy. Największy regres. Najdłuższa seria porażek. Najmniejsza liczba zdobytych punktów. Najgorszy bilans trenera. W końcu i kibice, którzy wykupili abonamenty jeszcze za tłustych czasów ery Jordana, przestali przychodzić na mecze. Brand dzielnie walczył w każdym meczu, ale ponieważ sam niewiele mógł wskórać, drużyna wciąż przegrywała.

Latem zeszłego roku Krause poddał się i... zaczął wszystko od nowa. Podczas draftu dokonał kontrowersyjnego transferu. Eltona Branda wymienił na wybranego z numerem drugim w drafcie Tysona Chandlera - 18-letniego chłopca, prosto po szkole średniej, który na razie niewiele potrafi, ale za to ma ponoć wielki potencjał. Potem, z numerem czwartym, wybrał kolejnego nastolatka - Eddiego Curry. Krause gra o wysoką stawkę - za kilka lat młodzieńcy okrzepną, w NBA nie będzie już Ewingów, Olajuwonów, Robinsonów, Mourningów, a do końca kariery będzie się zbliżał Shaq. I jeśli obaj wysocy (ponad 210 cm) zawodnicy wyrosną na gwiazdy, Byki mogą być znów wielką siłą.

Tyle że to wszystko gdybanie. Już dziś słychać, że szczuplutki Chandler nie ma etosu pracy, który pozwoliłby mu stać się naprawdę wielką gwiazdą, a z kolei Eddie Curry za dużo je i już teraz ma kłopoty z nadwagą. Można podejmować ryzyko - ale nie za cenę oddawania najlepszego gracza! Bo to, że Elton Brand ma przed sobą znakomitą karierę, wiadomo już teraz na pewno.

Do porażek doszły jeszcze konflikty wewnątrz drużyny. Presji nie wytrzymał trener. Tim Floyd, dla którego praca w Chicago była pierwszą posadą trenerską w NBA. Decyzje Krause'a spowodowały, że przez trzy lata Floyd pobił rekordy w liczbie porażek i stał się zgorzkniałym frustratem.

Jego następcą został 44-letni Bill Cartwright, członek drużyny, która zdobyła dla Chicago pierwsze trzy tytuły mistrzowskie, od sześciu lat pełniący funkcję asystenta. Cichy, trochę nieporadny człowiek, którego wszyscy lubią i któremu wszyscy dobrze życzą. Miejmy nadzieję, że za kilka lat nikt nie oceni go tak, jak trener Orlando Doc Rivers odchodzącego Floyda: - To nie jest zły trener, tyle że znalazł się w sytuacji bez szans. Nie popełnił ani jednego błędu. No, może jeden - że przyjął tę pracę.

Pierwsze dwa mecze pod wodzą Cartwrighta Bulls wygrali.

Kronika towarzyska

Znany kibicom NBA i polskiej koszykówki center Olivier Miller grał ostatnio w cyrkowej ekipie Harlem Globetrotters. Ale i z niej wyleciał. Za co? Za to samo, co zawsze: za dużo jadł, za mało trenował, i przypominał bardziej zawodnika sumo niż koszykarza.

Tako rzecze Shaq

"Żołnierze potrzebują swojego generała. Żołnierze potrzebują swojego Pattona. A zatem Patton wkrótce powróci" - o słabszej postawie Los Angeles Lakers, kiedy on pauzował z powodu bolącego palca u nogi.

Bohater tygodnia

Rozgrywający Minnesoty Maurice Evans w zeszłym tygodniu zadebiutował w NBA. Na minutę pojawił się na parkiecie podczas meczu z Chicago. "Nie mogłem w to uwierzyć. Zadzwoniłem do rodziny, do kumpli, do swojego agenta, krzycząc: - Grałem, grałem, widzieliście mnie?" A oni wszyscy na to: - Kiedy wszedłeś? Oglądaliśmy uważnie cały mecz i cię nie zauważyliśmy. Nikt mnie nie zauważył..." - przyznał Evans.

Niezłe numery

Po rozegraniu najgorszego meczu w karierze (tylko 6 punktów w przegranym meczu z Indianą), Michael Jordan w dwóch kolejnych zwycięskich meczach z Charlotte i New Jersey, zdobył odpowiednio 51 i 45 punktów. Stary człowiek znowu może!

Złota myśl

"Nigdy nie byłem mistrzem NBA, więc nie wiem, jakie to uczucie. Ale na pewno podobne do tego, co czuję teraz" - skrzydłowy Houston Walt Williams po meczu, w którym Rakietom udało się przełamać serię 15 porażek z rzędu.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.