Jak kryzys zmieni Premier League czyli Koniec dobrych wujków

- Jeśli zarabiasz 100 funtów, a wydajesz 110, musi się to zemścić - mówi trener Arsenalu Arsene Wenger. Przez ostatnie lata na tej zasadzie działała większość klubów Premier League. Jak poradzą sobie w czasie wielkiego finansowego krachu?

Kryzys omija LM: Najlepsi zarobią po 40 mln ?

Długi klubów Premier League sięgają już 3 mld funtów. Cztery (West Ham, Portsmouth, Everton i Newcastle) są wystawione na sprzedaż, dwa (West Ham i West Bromwich Albion) grają bez sponsorów na koszulkach. Tottenham i West Ham zapowiedziały, że w styczniu nie będą miały pieniędzy na transfery. - Futbol jest zależny od telewizji i sponsorów. Oni już odczuwają skutki kryzysu. Dlatego piłkarze będą mniej zarabiać, a kluby mniej wydawać na transfery - twierdzi Wenger. Trener Bayernu Jürgen Klinsmann dodaje, że obecny kryzys zakończy dominację angielskich klubów w Europie. - Zdziwię się, jeśli sytuacja z poprzednich sezonów Ligi Mistrzów, zdominowanej przez Anglików, nie zmieni się w ciągu dwóch sezonów - mówi profesor Tom Cannon z Uniwersytetu w Liverpoolu.

Tak naprawdę, kłopoty zaczęły się już kilka lat temu, gdy angielski klub wydawał się

kurą znoszącą złote jajka

Od założenia Premier League każdy kolejny kontrakt na sprzedaż praw telewizyjnych był wyższy. Za ostatni, na lata 2007-10, Sky Sports i Setanta zapłaciły 1,7 mld funtów. Sprzedaż praw za granicę dajE kolejne 625 mln funtów. Do tego dochodzą gigantyczne zyski ze sprzedaży pamiątek, biletów i karnetów. Nie ma klubów w Europie, które w dniu meczu generowałyby takie pieniądze jak najlepsze angielskie zespoły.

Przykład dał Roman Abramowicz, który w 2003 r. zapłacił za Chelsea 60 mln funtów, spłacił 80 mln jej długów i stworzył jeden z najlepszych klubów w Europie. Po nim na ligę angielską rzucili się Amerykanie, Rosjanin, Islandczyk i Anglik (patrz ramka). Stworzenie drugiej Chelsea wydawało się lekkie, łatwe i przyjemne.

Mało kto zauważył, że Abramowicz kupił klub, bo inne drogie zabawki, z największym na świecie jachtem na czele, już miał. Wiedział, że na piłce można co najwyżej mało tracić. Do dziś wpompował w Chelsea prawie 600 mln funtów. W wyniku kryzysu niegdyś 15. najbogatszy człowiek świata stracił już 20 mld dolarów. Zostały mu 3 mld i prosi premiera Putina o ratunek rządowymi pożyczkami. Zubożenie właściciela już odczuł i jeszcze odczuje jego klub. Kilka tygodni temu zwolnił 15 z 35 skautów i zapowiedział, że w styczniu nie przeprowadzi wielkich transferów. Angielskie brukowce twierdzą nawet, że właściciel chce, by za dwa lata Chelsea była samowystarczalnym przedsiębiorstwem.

Jeśli car Roman ma kłopoty, nie mogły one także ominąć właścicieli West Hamu, Newcastle i Portsmouth. Najbardziej cierpią w West Hamie. Kryzys zabrał im sponsora z koszulek, a bank islandzkiego dobroczyńcy WHU przejęło państwo. O zakupach nawet nie marzą, w styczniu czeka ich wyprzedaż piłkarzy. Być może staną się jedną z niewielu drużyn w historii Premier League, która przez rok nie kupiła ani jednego gracza. - Czas dobrych wujków minął. Nowi, jeśli się pojawią, będą rozsądniej wydawali pieniądze - uważa profesor Cannon. Ci, którzy zostali, starają się niewydajną

kurę sprzedać

A nie jest to łatwe. Nabywców nie widać. Wie o tym Mike Ashley, który jeszcze kilka tygodni temu próbował wcisnąć Newcastle konsorcjum z Nigerii. Dziś wie, że na początku następnego sezonu ciągle będzie właścicielem klubu. Podobnie wygląda sytuacja Evertonu i Portsmouth. Dokonana przez Bjorgolfura Gudmundssona wycena West Hamu brzmi jak żart. Islandczyk zapłacił 108 mln funtów (łącznie z długami). Dziś chce 250 mln. Przez dwa lata prezesowania, klub nie wybudował stadionu, nie zbliżył się do Ligi Mistrzów, nie sprowadził wielkiego piłkarza. Prowadził za to nierozsądną politykę transferową, na początku sezonu miał w kadrze 41 graczy (w Chelsea czy MU 40. piłkarzem jest 16-letni junior), których zarobki pochłaniały 50 mln funtów rocznie.

W skali mikro WHU powtórzył drogę Leeds, które pod koniec ubiegłego stulecia szalało na rynku transferowym, w Premier League i Lidze Mistrzów. Ceną sukcesów był ciągle rosnący dług. W końcu klub musiał wyprzedać piłkarzy. Dziś gra w trzeciej lidze.

Taki los nie czeka pewnie Manchesteru United i Liverpoolu, ale i one mają kłopot z dobrymi wujkami. Wujkami z Ameryki. Pierwsi radzą sobie z wartym 666 mln funtów kredytem zaciągniętym przez Malcolma Glazera na zakup klubu. Drudzy kłopoty mogą mieć już za miesiąc. 25 stycznia upływa termin, kiedy właściciele Liverpoolu muszą oddać bankom 350 mln funtów. Jeśli nie dadzą rady, przyjdzie im sprzedać klub. Kilka miesięcy temu zainteresowani byli szejkowie z Dubaju. Dawali pół miliarda funtów. Gdyby teraz doszło do sprzedaży, Liverpool stałby się

kurą karmioną złotem

tak jak dziś karmiony jest jedyny klub Premier League, którego kryzys się nie ima, a wręcz może mu pomóc. Sulaiman Al-Fahim przyszedł do Manchesteru City z pieniędzmi nieporównywalnie większymi nawet od Abramowicza. 800 mln funtów ma sfinansować budowę wielkiej drużyny, w której znaleźć się mają m.in. David Villa i Gianluigi Buffon. Obaj piłkarze nie palą się do odejścia, ale kluby powoli przekonują ich do transferu. Zwłaszcza oglądająca każde euro z dwóch stron Valencia, dla której 60 mln funtów za najlepszego piłkarza byłoby życiodajnym zastrzykiem.

Większość klubów Premier League także ofertom szejków się nie oprze. Kilku graczy West Hamu już szykuje się do przeprowadzki na City of Manchester Stadium. Może szejkowie, choćby pośrednio ułatwią Anglikom przebrnięcie przez kryzys...

Właściciele klubów Premier League

Długi angielskich klubów*

*w milionach funtów