W Australii nauczyłem się tańczyć rock and rolla

- Z Melbourne przywiozłem mojej narzeczonej Halinie, dziś żonie z 50-letnim stażem, czerwony sweter z prawdziwej wełny. Przywiozłem też rock and rolla, którego nauczyli mnie tańczyć Amerykanie - mówi Alfons Niklas, lekkoatleta bydgoskiego Zawiszy, Członek sławnego polskiego wunderteamu, olimpijczyk z Melbourne w roku 1956. Doktor wychowania fizycznego. Nauczyciel akademicki na bydgoskich uczelniach. Za rok skończy 80 lat.

Wojciech Borakiewicz: Jak zaczęła się pana droga na olimpiadę w Melbourne?

Alfons Niklas: - To skomplikowana historia i wcale niełatwo ją rozpocząć. Można powiedzieć, że do Melbourne wystartowałem z Chełmna. Pochodzę z tego miasta. Tam spędziłem lata wojny i chodziłem do szkoły średniej. Jako uczeń Państwowego Gimnazjum i Liceum w Chełmnie, byłem bardzo aktywnym harcerzem. Od razu po wojnie się zapisałem, w 1945 roku. Stworzyliśmy z kolegami zastęp Żubrów, który jest słynny w Chełmnie do dzisiaj. To było ponad 60 lat temu, wszyscy mieliśmy po 17-18 lat. Byliśmy chłopakami w pełni sił, dorastającymi mężczyznami właściwie, którzy wyrywali się do życia po wojnie. Pięć lat okupacji i harcerskie powołanie wzbudziła w nas wielką żądzę zobaczenia ojczyzny. Dlatego w 1947 roku, w wakacje wybraliśmy się w wycieczkę dookoła Polski. W zastępie było nas dziewięciu. Poszło siedmiu.

Jak to poszło?

- Tak, bo to była wyprawa na piechotę. Wybraliśmy sobie trasę szlakiem Ziem Odzyskanych. Z Chełmna pierwszy etap był do Tucholi. Potem Człuchów, Połczyn- Zdrój, Łobez i Szczecin, który był jeszcze całkowicie zrujnowany. Potem na południe, przez Gryfice, Nową Sól do Gorzowa, Zielonej Góry i dalej na sam kraniec Polski, do Jeleniej Góry. Wtedy, pierwszy raz w życiu, widziałem góry. Wybraliśmy się do Karpacza i weszliśmy na Śnieżkę. Później, ciągle na piechotę, przez Wrocław, Brzeg, Opole, Katowice. Zwiedziliśmy na Śląsku Hutę Kościuszko, widziałem, jak się spuszcza stal z pieca martenowskiego. Pamiętam, że wszędzie witano nas prawie jak bohaterów. Mamy w kronice, którą prowadziliśmy, podpisy wojewodów, prezydentów miast. W Krakowie spaliśmy pod mostem z widokiem prosto na Wawel. Pluskwy nas potwornie oblazły, wszystko było w tej drodze. Choć byłem potem w Krakowie już wielokrotnie, ciągle mam w pamięci ten pierwszy widok Zamku Królewskiego. Byliśmy już potwornie zmęczeni i cudem jakimś spotkaliśmy leśniczego z Puszczy Niepołomickiej. A wie pan, z czego ona jest znana?

Nie bardzo.

- Jak w Białowieży, są też tam żubry. Ten leśniczy zobaczył go wymalowanego na naszym harcerskim proporczyku. Nawet nie wiedział, gdzie leżało Chełmno, ale zaprosił nas do siebie. Wyruszyliśmy więc do Puszczy Niepołomickiej i pierwszy raz zobaczyliśmy prawdziwego, żywego żubra. Leśniczy z Niepołomic był fantastycznym człowiekiem. Ściął siedem świerków, zwodował je na Wiśle i powiedział, żebyśmy zbudowali tratwę i wracali na niej do Chełmna. Staliśmy się więc na jakiś czas flisakami. Na tratwie spaliśmy w namiocie, mieliśmy palenisko. I tak płynęliśmy wyposażeni we flisacze bosaki. Wisła płynęła leniwie, ale jako że była nieuregulowana, czasem błądziliśmy, wpływając w jakieś ślepe odnogi. Podzieliliśmy się na dwuosobowe wachty, jeden na dziobie, a drugi na rufie tratwy. W miejscu, gdzie San wpada do Wisły, jest zapora wodna. Jak nocą spuszczono z niej wodę, poziom rzeki podniósł się o metr. Tratwa się nam urwała. Trzeba było o piątej rano wchodzić w szuwary i ratować nasz transport do domu. Przygoda z tratwą skończyła się w Sandomierzu. Musieliśmy z niej zejść, bo byśmy nie zdążyli do szkoły na 1 września. Na piechotę już doszliśmy do Warszawy. Latem 1947 roku tramwaj na Marszałkowskiej jeszcze jechał w tunelu wśród gruzów.

Kiedy miał pan pierwszy kontakt ze sportem?

- Też w Chełmnie, w Harcerskim Klubie Sportowym, którym rządził Jan Szmelter, stary sokolnik z przedwojennych czasów, elektryk z zawodu i miłośnik sportu, głównie lekkiej atletyki i gimnastyki. Z harcerza zrobił sportowca. Pchałem kulą, rzucałem dyskiem i oszczepem, ale wyniki miałem marne. Pamiętam, że jeździliśmy na zawody ciężarówką pod plandeką. Nieraz się zaczadziliśmy spalinami, kiedy rura wydechowa była nieszczelna. Chorowaliśmy jak koty, ale startować było trzeba.

Pamięta pan dzień, gdy pierwszy raz wziął młot do ręki?

- Pewnego razu przywieziono do Chełmna kule z drutem, a na jego końcu była drewniana rączka. Nie wiedzieliśmy, co z tym robić, dopóki Szmelter nam nie pokazał, że to lekkoatletyczny młot. Pojechaliśmy na zawody do Torunia i wtedy powiedział mi: "Ali, ty będziesz rzucał młotem". Startowaliśmy na piłkarskim boisku, ale ze środka. Tam zrobili koło ogrodzone drutem. Rzucało się bez siatki ochronnej. Młot mógł polecieć w każdą stronę. Rzuciłem wtedy w pierwszej próbie ponad 30 metrów. Sobecki z Torunia, maszynista kolejowy, który podobno ćwiczył, jak jego lokomotywa stała pod semaforem, machnął ponad 40 metrów. Podpatrzyłem, jak się obraca w kole i miałem prawie tyle co on. To mnie zachęciło, żeby postawić na młot, skoro oni jeszcze przed wojną rzucali, a ja za jednym obrotem niemal im dorównałem.

Droga do Melbourne się rozpoczęła wtedy na dobre?

- Ale gdzie tam, była z tym cała afera. Całe życie w czasie socjalizmu i PRL musiałem pewne rzeczy ukrywać. Chodziłem do szkoły, jak to po wojnie, w trybie przyspieszonym. Gimnazjum skończyłem w dwa lata, a liceum w jeden rok, a i tak byłem trochę przerośnięty, ale miałem w klasie kolegów i po 30 lat mających. Zdawałem maturę w 1950. Miałem zamiłowanie do nauk przyrodniczych. W ostatniej klasie, wiosną 1950 roku zainteresowała się nami bezpieka. Całą naszą klasę wzięli w obroty.

Jak to się zaczęło?

- "Niklas do dyrektora" - usłyszałem kiedyś na lekcji. Wracałem potem rozdygotany po trzech godzinach maglowania przez ubeka. Wszystkich nas z klasy brali.

O co wypytywali?

- Pytali o broń, że podobno ją schowaliśmy. Byliśmy podejrzani jako harcerze i sportowcy. Wzywali nas w szkole, wzywali na przesłuchania także w siedzibie UB w Chełmnie. Tam, w pokoju z gołymi ścianami, stało tylko krzesło, biurko, a na nim lampa świecąca prosto w oczy. I wyzwiska, i groźby. Dwóch chłopaków z naszej klasy aresztowali. Dostali po 10 lat więzienia. Siedzieli w Koronowie i Krakowie. Jednym z nich był, jak pamiętam, syn organisty. Podobno chował broń w kościele, w organach.

A jak było naprawdę z tą bronią?

- Od razu po wojnie, w 1945 czy 46 roku, w cegielni w Chełmnie strzelaliśmy z cekaemów. Jak to chłopaki, dla zgrywy. I to wszystko. Ktoś pewnie potem doniósł. Pamiętam, że nas przed 1 maja zaczęli przesłuchiwać. Może myśleli, że chcemy jakąś demonstrację zrobić. Nie wiem.

Pan nie trafił do więzienia?

- Nie, ale dostałem wilczy bilet. Zdałem maturę i chciałem studiować chemię na uniwersytecie w Toruniu. Złożyłem papiery na tę uczelnię. W lipcu przyjechałem na egzamin wstępny. Miałem go zdawać w Collegium Maius. Na tablicy przy swoim nazwisku zobaczyłem notatkę: "Z powodu negatywnej opinii komisji rekrutacyjnej w Chełmnie niedopuszczony do egzaminu". Nie byłem jedyny z taką notatką. Nogi się pode mną ugięły. Zamiast studiować, trzeba było pójść do pracy.

Co pan wtedy zrobił?

- Trafiłem do technicznej obsługi rolnictwa. Traktory poznałem od podszewki. Umiałem je rozebrać na części. Potem dostałem powołanie do wojska, do batalionów budowlanych. Pan wie, co to było?

Nie, proszę powiedzieć.

- Powołanie do batalionów budowlanych było równoznaczne z wysłaniem do karnej pracy w kopalni.

Kolejna kara za sprawę ze szkoły?

- Tak to można traktować. W wojsku byłem najpierw w Grudziądzu. O piątej pobudka, potem gimnastyka. Jak trzeba było sobie napchać siennik, wyciągało się słomę prosto spod śniegu. Potem, jak topniał, kapało z sienników niemiłosiernie. Wszystko było mokre. Od rana pracowaliśmy na budowie, a po południu mieliśmy szkolenie wojskowe. Dostałem za swoje. Na szczęście byłem tam jedynym chłopakiem z maturą i zostałem kompanijnym pisarczykiem. I tam nie było lekko, bo musiałem w sztabie palić w piecu. Nie było czym, a dowódców w ogóle to nie obchodziło.

Jak pan się stamtąd wydostał?

- Dzięki sportowi. Wzywa mnie pewnego dnia dowódca batalionu. Przestraszyłem się, bo zdarzało się, że chłopaki z mojego batalionu dostawali i po 10 lat więzienia w pokazowych procesach za różne rzeczy. Ale nic. Idę. Okazało się, że w Bydgoszczy szukali ludzi do kompanii sportowej w OWKS. Wtedy tak nazywał się Zawisza. Jednostka była, jak dziś, na Powstańców Warszawy, blisko stadionu. Pamiętam, że przed wyjazdem do Bydgoszczy dostałem nowy mundur, plecak, żeby jakoś porządnie wyglądać.

Pamięta pan swój pierwszy dzień w bydgoskiej jednostce?

- Pamiętam, że powiedziałem, że jestem młociarzem. Zapytali mnie, ile wynosi rekord świata w rzucie. Odpowiedziałem: 60,32. I tak zostałem lekkoatletą i młociarzem. Czułem się, jakbym z piekła wrócił do nieba.

Zaczął się prawdziwy trening?

- Kiedy przychodziłem do Bydgoszczy rzucałem 44 metry. W jednym roku poprawiłem się potem o 10 metrów. Rekord świata Amerykanina Connolly`ego był całkiem blisko. Mam do dziś moje zeszyty, w których zapisywałem wszystkie swoje treningi i wyniki, rok po roku. W 1956, roku olimpiady w Melbourne rzucałem ponad 60 metrów.

Miał pan jeszcze kłopoty z bezpieką?

- W 1954 roku były mistrzostwa Europy w Bernie, za żelazną kurtyną. Byłem już wtedy w reprezentacji. Przygotowywaliśmy się razem ze sławnym Tadeuszem Rutem do tych mistrzostw. Ubrali nas nawet w eleganckie, kadrowe garnitury, żeby dobrze w tej Szwajcarii wyglądać. Pamiętam, że trochę za ciasne buty dostałem i pęcherze mi się porobiły. Wyciągnęli mnie już prawie z samolotu do Berna.

Jak to wyglądało?

- Autobus z nami miał wyjechać z AWF w Warszawie na lotnisko. Siedzieliśmy już w środku. Wchodzi jakiś człowiek w długim, gabardynowym płaszczu i każe wyjść mi oraz jeszcze jednemu koledze z zespołu. W portierni powiedział, że nasz wyjazd jest wstrzymany. Wróciłem do pokoju. Pamiętam, że pilnowali jeszcze, żebym zaraz nie wyszedł. Widocznie miałem taką opinię za sprawę z Chełmna. Poszła za mną na studia i dalej, jak byłem już reprezentantem Polski.

Stracił pan wtedy wielką szansę na duży sukces.

- Jak Rut startował w Bernie, w tym samym czasie w Bydgoszczy rzuciłem tak daleko, że miałbym medal mistrzostw Europy. Mam nawet wycinki z prasy. Pisali "gdyby Niklas był w Bernie, Polska zdobyłaby medal". Nikt jednak nie wytłumaczył, czemu nie pojechałem.

Za granicę pan jednak jeździł.

- Potem puścili mnie do Budapesztu, do socjalistycznych Węgier. I tak mnie jednak wzywali później jeszcze. Chyba dlatego nie zostałem w wojsku i zacząłem uczyć WF bydgoskich studentów. Miałem uraz. Nie mam jednak żalu. Może, gdyby nie ten wilczy bilet, zostałbym chemikiem, a tak trafiłem do sportu.

Do Melbourne, po przełomie 1956 roku, już pan wyjechał. To była pewnie wyprawa, którą na długo pan zapamiętał?

- Sama podróż trwała cztery dni. Wylecieliśmy z Polski czwartego listopada, a ósmego dotarliśmy do Melbourne. Z Warszawy wyruszyliśmy holenderskim samolotem Królewskich Linii Lotniczych KLM do Rzymu. Potem z Włoch mieliśmy lecieć na Chartum w Sudanie, ale były tam jakieś rozruchy, więc trasę zmieniono na Teheran i Karaczi w Pakistanie. Stamtąd przez całe Indie do Bangkoku. Gorąco było niesamowicie. W Bangkoku nocowaliśmy w hotelu na palach, gdzie jaszczurki biegały po suficie - niesamowite wrażenie. Pamiętam, że zamiast normalnych wanien były gliniane, wielkie wazy, w których się kąpaliśmy. Z Bangkoku przez Manilę i równik dotarliśmy do Australii, wylądowaliśmy w Port Darwin. Pamiętam, że to była wtedy wojskowa baza. Pozostał jeszcze skok przez Australię i po czterech dniach byliśmy wreszcie w Melbourne.

Igrzyska w 1956 roku zaczynały się wyjątkowo późno...

- Dokładnie 22 listopada, a my przyjechaliśmy prawie trzy tygodnie przed ich inauguracją. Wioska olimpijska była ogrodzona płotem, ze szlabanem przy bramie wjazdowej. Mieszkałem w ładnej, piętrowej willi razem z naszymi tyczkarzami i oszczepnikami. Życie było jak w Madrycie.

Owoce, jakie tylko można sobie wymarzyć, napoje, czekolada do woli.

Tam zetknąłem się pierwszy raz z Amerykanami.

Dogadaliście się? Pan, człowiek zza żelaznej kurtyny i oni, z wolnego świata.

- Razem przez trzy tygodnie trenowaliśmy. W sumie było nas 25 młociarzy z całego świata.

Polityczna wrogość z tamtych czasów była odczuwalna?

- Zupełnie nie. Rosjanie, Amerykanie, Polacy dobrze się dogadywali. Wśród tyczkarzy z USA był taki wspaniały człowiek. Nazywał się Bob Richards. Zdobył w Melbourne złoty medal. Był pastorem i naprawdę kapłanem z powołania. Uczył naszych techniki skakania. W Australii nauczyłem się też tańczyć rock and rolla.

Od kogo?

- Właśnie od tych Amerykanów. Na terenie wioski były też sale na potańcówki i się w nich razem bawiliśmy. Było wesoło. Poznałem tam miłą dziewczynę, skoczkinię wzwyż z Niemiec. Z nią tańczyłem.

Przez trzy tygodnie przed igrzyskami poznaliście się z innymi zawodnikami bardzo dobrze.

- Znaliśmy się wszyscy jak łyse konie. Rzut młotem był w drugim dniu olimpiady. Pogoda była wspaniała, słońce świeci mocno. Siatka biała, aż oczy bolały. W pierwszej kolejce wszyscy najlepsi: Rut, Amerykanin Connolly i Rosjanin Kriwonosow spalili swoje próby. Tylko ja zaliczyłem byle jaki rzut - 57,70. W drugiej próbie zakręciłem się w kole i machnąłem daleko. Młot spadł na taśmie oznaczającej rekord olimpijski. Kątem oka zobaczyłem, że sędzia podnosi czerwoną chorągiewkę. Spaliłem swój najlepszy rzut. Skończyłem na dziesiątym miejscu.

Olimpiada skończyła się 8 grudnia, więc pewnie przywiózł pan swoim bliskim prezenty z dalekiej Australii pod choinkę. 52 lata temu to musiałoby wywołać sensację.

- Startowaliśmy już drugiego dnia i potem miałem dużo czasu. Opiekowała się nami Polonia australijska. Razem z Januszem Sidło i Tadziem Rutem poznaliśmy Polkę, która była udziałowcem w fabryce wełny. Robili w niej swetry. Dostałem od niej sweter i dałem go w prezencie mojej przyszłej żonie. Był czerwony. Nosiła go wiele lat na wyjątkowe okazje.

Dałem jej też figurkę koali, takie same pamiątki dostała wtedy moja rodzina. Sam też rozdałem w Melbourne prawie wszystkie moje olimpijskie ubrania. Wróciłem tylko w marynarce, którą miałem na otwarciu. Dwa lata później na ślub dostałem jeszcze prezent od jednego z australijskich przyjaciół, piękny koc. Mam go do dzisiaj.