Lech był lepszy od Deportivo!

Lech Poznań nie tylko nie przestraszył się Deportivo La Coruna, ale zdominował siódmy zespół Primera Division. Odrobił stratę z początku meczu, potem miał mnóstwo okazji, lecz tylko zremisował. Piłkarze Franciszka Smudy wciąż mają szanse na awans w Pucharze UEFA - piszą ze stadionu w Poznaniu Piotr Leśniowski i Andrzej Grupa.

Jakie szanse na awans Lecha - analiza

Dla poznaniaków potyczka z Deportivo była meczem o być albo nie być w Pucharze UEFA. Po tym jak w dwóch pierwszych spotkaniach w grupie zdobyli tylko punkt, z Hiszpanami nie mogli przegrać. Przed tym arcyważnym meczem aura nie sprzyjała gospodarzom. Gdy goście z La Corunii opuszczali przyjemną o tej porze roku Galicję (temperatura 14-15 st. C) spodziewali się w Polsce arktycznych warunków. Zastali tylko kilkustopniowy chłód, który jak przyznali "jest do zniesienia".

Lechowi odpadł więc jeden ważny atut. Drugim byli kibice, którzy znów zapełnili stadion do ostatniego miejsca - tym razem, przy całkowicie zburzonej jednej i w połowie drugiej trybunie - na widowni było 21 tys. osób. Takie wsparcie dotychczas pomagało lechitom w pucharach, którzy w pierwszych minutach pakowali przeciwnikom po bramce. Prawdopodobieństwo, że będzie tak również w czwartek było spore, bo Hiszpanie często dawali się zaskakiwać tuż po rozpoczęciu meczu.

Tym razem jednak to oni zaskoczyli rywala. Choć właściwie to Lech sam przyczynił się do straty gola. Niepewny w pucharach Zlatko Tanevski swym nonszalanckim zachowaniem zafundował Deportivo rzut rożny. Choć Andres Guaradado nie popisał się jakimś cudownym dośrodkowaniem, a Daniel Colotto precyzyjnym strzałem, to jednak piłka wtoczyła się do siatki. Ivan Turina nie był bez winy, zdążył tylko trącić piłkę rękawicą.

Gorszego scenariusza być nie mogło. Zespół z kraju mistrzów Europy, choć dopiero siódmy w tabeli Primera Division, to jednak doskonale wie, co zrobić z piłką. Utrzymywał się przy niej długo i trzymał drużynę Franciszka Smudy z dala od swojego pola karnego. Hiszpanie nie biegali przy tym jak opętani - ot każdy z nich przesuwał się po boisku dokładnie tam, gdzie było trzeba. Po kilka, kilkanaście metrów. Wystarczyło, by spłoszeni niefortunnym początkiem lechici nie byli w stanie sklecić sensownej akcji.

Pierwszy celny strzał oddali dopiero w 31. min, ale uderzenie Jakuba Wilka było zbyt słabe, by dać wyrównanie. Dało jednak sygnał, że można się przebić pod bramkę Daniela Aranzubii.

W następnej akcji baskijski golkiper musiał już wybiec poza pole karne, by kopem w stylu karate uprzedzić Hernana Rengifo.

Poznaniacy uwierzyli w siebie i ostatni kwadrans przed przerwą zagrali znakomicie. Byli agresywni, zdecydowani i z łatwością zabierali piłkę Hiszpanom. Bramkę strzelili po pięknej akcji, a jej bohaterem był Manuel Arboleda, który najpierw popisał się dryblingiem (a jest stoperem!), a po wymianie podań, idealnie zagrał w polu karnym do Rengifo. Ten strzelił nie do obrony. Było 1:1.

Była 42. min, a Hiszpanie nawet nie przypuszczali pewnie, że to dla nich nie koniec złych emocji przed przerwą. Aranzubia musiał jeszcze zatrzymać piłkę po strzale znów świetnego Semira Stilicia, a w ostatniej minucie Rengifo nie trafił w bramkę w sytuacji sam na sam!

CSKA zagrało dla Lecha - sprawdź inne wyniki

Nic dziwnego, że schodzących do szatni piłkarzy Smudy żegnały głośne brawa. Zawodnicy Lecha mogli żałować, że to już przerwa. Dla gości gwizdek był niczym gong, który uwalnia od ataków boksera zapędzonego do narożnika.

Tyle że po przerwie lechici nie mieli zamiaru przestać okładać Deportivo. Wciąż mieli wyraźną przewagę, grali z niezwykłym poświęceniem. Różnice w umiejętnościach dawno się zatarły - Lech dominował, bo był tak bardzo zdeterminowany. Nie mógł jednak wyprowadzić decydującego ciosu, choć kilka razy wydawało się, że to właśnie ta akcja, ten strzał. W 63. min Sławomir Peszko dobrze znalazł Jakuba Wilka, ale jego strzał z bliska Aranzubia obronił nogami. Po chwili Wilk zrobił wszystko jak trzeba w kontrataku, jednak Stilić uderzył niechlujnie, za lekko i bramkarz Deportivo złapał piłkę bez problemów. W następnej akcji musiał jednak pofrunąć pod poprzeczkę, bo tam, precyzyjnie przymierzył młody Bośniak. Gola znów nie było. Ale Hiszpanie znaleźli się w bardzo poważnych tarapatach.

W 72. min żaden z nich nie potrafił wybić piłki z pola karnego, w wielkim zamieszaniu trafiła ona do Arboledy. Kolumbijczyk strzelił jak należy, w długi róg. Bramka? Nie, piłka przeleciała tuż obok słupka.

- Lewandowski! Lewandowski! - ryknęły trybuny. Wejście napastnika reprezentacji, który tej jesieni zamienia na gola niemal każdą sytuację, miało pomóc nieskutecznemu Lechowi. Nie pomogło. Pasjonująca końcówka nie przyniosła już tak idealnych okazji, choć poznaniacy walczyli do ostatnich sekund. Niewiele brakowało, by przegrali, ale w doliczonym czasie gry Turina powstrzymał pędzącego Cristiana i wygarnął mu piłkę.

- Do Holandii po zwycięstwo! - pożegnali piłkarzy kibice. Jeśli 17 grudnia poznaniacy wygrają w Rotterdamie z Feyenoordem (awans ma już z głowy), to niemal na pewno wyjdą z grupy.

Trener Deportivo słabo zna polski futbol

Lech Poznań - Deportivo La Coruna 1:1 (1:1)

Bramki: 0:1 Colotto (2., po dośrodkowaniu Guardado), 1:1 Rengifo (42., po podaniu Arboledy)

Lech: Turina - Wojtkowiak, Tanevski, Arboleda, Djurdjević - Bandrowski, Murawski, Wilk - Peszko (79. Lewandowski), Stilić Ż - Rengifo.

Deportivo: Aranzubia - Piscu, Lopo, Colotto, Kasmirski - Sergio, De Guzman - Cristian, Valeron (78. Verdu), Guardado (71. Lafita) - Mista (59. Riki).

Sędziował: Craig Thomson ze Szkocji

Widzów: 21 tys.

STATYSTYKI

Lech - Deportivo