Mariusz Lewandowski: Przecież się nie powieszę

Nie gram i poprawy sytuacji nie widać. Mogę odejść, ale kto za mnie zapłaci pięć milionów euro? - mówi "Gazecie" pomocnik Szachtara Donieck i reprezentacji Polski

Hiszpanie w komplecie, Chelsea drży, Cypryjczycy się modlą... - podsumowanie LM

Szachtar wygrał w środę z Bazyleą 5:0, ale po raz kolejny nie awansuje do 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Robert Błoński: Czy prezydent Szachtara Rinat Achmetow jest zadowolony, czy też traktuje to zwycięstwo jak łyżkę miodu w beczce dziegciu? Przed sezonem wydał na transfery kolejne kilkanaście milionów euro. A drużyna znowu nie awansowała.

Mariusz Lewandowski: Zadowolony raczej nie jest. Ze Szwajcarami wygrać musieliśmy, by zagrać wiosną w Pucharze UEFA. Zrealizowaliśmy więc plan minimum, ale tutaj nikt nie jest minimalistą. A już na pewno nie prezydent.

UEFA to tylko osłoda po rozczarowaniu. Choć, jak tak sobie pomyśleć, to może nawet lepiej się stało. Bo co byśmy osiągnęli po awansie? W 1/8 trafilibyśmy na Manchester, Chelsea albo Real i z góry byłoby wiadomo, kto awansuje. W Pucharze UEFA mamy większe szanse na sukces.

Ale Rinat Achmetow nie wydaje co roku milionów, by grać w półfinale Pucharu UEFA.

- To prawda. Nacisk na awans w Lidze Mistrzów był duży. Jak znam prezydenta, to niedługo kupi kolejnych piłkarzy, by spełnić swoje marzenie i w następnej edycji wyjść z grupy.

Co się dzieje z Szachtarem? Po 16 kolejkach jest piąty w lidze i ma aż dziewięć punktów straty do Dynama Kijów. A to i tak najwyższa lokata klubu z Doniecka w sezonie.

- Mieliśmy katastrofalny początek. Graliśmy jak kadra na Słowacji. Trzy razy prowadziliśmy jedną albo dwoma bramkami, by zremisować, tracąc gole w ostatnich sekundach. I to po stałych fragmentach, gdzie - żeby wybić piłkę - wystarczy być odpowiednio skoncentrowanym. Gdyby nie te sześć straconych punktów, bylibyśmy wiceliderem. W Lidze Mistrzów to samo. Przyjechała do nas Barcelona i do 87. min prowadziliśmy 1:0. Wtedy nasz bramkarz podarował im gola, za chwilę strzelili drugiego i koniec. W Bratysławie z reprezentacją to samo. Pomyślałem, że jakaś klątwa wisi nade mną i Szachtarem. Ostatnio chyba wszystko się odwróciło, od miesiąca wygrywamy, ale niesmak pozostał.

Celem minimum jest wicemistrzostwo, które zagwarantuje nam grę w kwalifikacjach Champions League. O tytuł będzie ciężko.

Dlaczego pan nie gra?

- Przed wyjazdem na mecze kadry z Czechami i ze Słowacją grałem. Wróciłem i usiadłem na ławce. Trener wystawia jednego defensywnego pomocnika, a wybiera z czterech. Ostatnio stawia na Hubschmanna. I Czech gra dobrze, reszta czeka.

Występuje pan chociaż w rezerwach?

- Raz zagrałem, ale to nie ma sensu. Chyba że poszłoby jeszcze trzech kolegów z pierwszej drużyny. A tak to nie mam z kim grać, to nie ten poziom. To taka ukraińska Młoda Ekstraklasa.

Mecz z Barceloną na Camp Nou 9 grudnia będzie deserem na koniec roku?

- Deserem? Żeby nam tylko w gardle nie stanął... Ale oczywiście chcemy poprawić sobie humory.

A panu, co może poprawić humor?

- Mnie? Ja przecież mam dobry humor, nawet na ławce rezerwowych. Zawsze się cieszę, nie przeżywam niepowodzeń. Nie wpływam źle na atmosferę w zespole.

Jest szansa na odmianę losu? Trener Mircea Lucescu, zdaniem ukraińskich gazet, miał odejść w grudniu.

- A ja czytałem, że zostaje do końca sezonu. Zobaczymy, co zrobi prezes. Jak Lucescu zostanie, trzeba będzie z nim pracować dalej.

To będzie pan miał kłopoty z graniem.

- Wiem.

Nie ma szans na transfer?

- Niech tylko znajdzie się klub, który zapłaci za mnie pięć milionów euro i sprawa załatwiona.

Wierzy pan w to?

- Wątpię.

I kółko się zamknęło.

- I co mam zrobić? Przecież się nie powieszę. Dobry humor to jedyne, co mi zostało. Fizycznie i mentalnie będę gotowy do gry w kadrze. Na razie moje niegranie w klubie nie przekłada się na formę w reprezentacji.

Ale w końcu może źle wpłynąć. Ma pan przykład Jacka Krzynówka, który nie gra w klubie od wielu miesięcy, i to widać.

- Trochę jednak gram. Problem będzie, jak posiedzę na ławce albo trybunach pół roku. Mentalnie nie pękłem. Gram dobrze w kadrze i czekam, żeby przełożyć to na klub. Zabawne, bo kiedyś była odwrotnie. Błyszczałem w Szachtarze, nie umiałem tak samo zagrać w kadrze. Zacząłem być ważnym elementem reprezentacji, mam problemy w klubie.

Jak pan oceni rok reprezentacji? Jest pan jej drugim kapitanem.

- Kością w gardle nam stoi mecz ze Słowakami. O Euro już zapomnieliśmy. Awansowaliśmy i było fajnie, w finałach nie pokazaliśmy tego, co powinniśmy i co umiemy. Zaczęły się nowe eliminacje i gdyby nie Bratysława, bylibyśmy liderem. Gole straciliśmy głupio, sami spowodowaliśmy, że szanse na awans mają cztery drużyny. Mecz w Dublinie poprawił humory. Pokazał, że potencjał mamy, ale trzeba to udowadniać od pierwszej do ostatniej minuty. A nie tylko do 80. Ze Słowacją i Irlandią traciliśmy gole pod koniec.

Z Czechami też.

- Jak się wygrywa, to się zapomina. Jesteśmy nieobliczalni. Czasem nawet za bardzo, bo sami siebie zaskakujemy. Nasz problem wynika z indywidualnych błędów. Jeden, dwóch się zdekoncentruje, traci na tym cały zespół. Ale najważniejsze, że Leo Beenhakker odkrył w nas potencjał, który pozwala nam wygrywać z lepszymi od siebie. Nie bał się stawiać na młodych zawodników, po powołaniach których "fachowcy" pukali się w głowę. W obecnej jedenastce tylko Michał Żewłakow przekroczył trzydziestkę, a całkiem niedawno wydawało się, że będziemy najstarszą drużyną Europy.

Mówi pan, że umiecie wygrać z lepszymi od siebie. Wiosną kadrę czekają mecze o punkty z teoretycznie słabszą Irlandią Północną. Oba trzeba wygrać i pokonać San Marino u siebie.

- Nie ma już miejsca na błąd i stratę punktów. W Belfaście będziemy faworytem, i to nie jest dla nas dobre. Bo rywale staną na swojej połowie, zmuszą do ataku i zaczekają na kontry. Ale Irlandia Północna jest słabsza od Irlandii. Czeka nas więcej biegania. Jeśli szybko strzelimy gola, będzie dobrze. Ale to dopiero za cztery miesiące. Na razie cieszę się już na wakacje z rodziną. Lecimy odpocząć do Dubaju.