Jan Mucha w bramce Legii, czyli pół gola na mecz

Na półmetku Legia ma 30 pkt i wciąż szanse na mistrzostwo. Czy miałaby je nadal, gdy w jej bramce nie stał Jan Mucha? Wątpliwe. Słowacki bramkarz uratował przynajmniej sześć punktów. W tym bezcenne z Wisłą Kraków

Kiedy latem ubiegłego roku z klubu odchodził Łukasz Fabiański, a przychodził perspektywiczny Wojciech Skaba, nie spodziewano się, że rezerwowy do tej pory golkiper ze Słowacji stanie się w krótkim czasie niezastąpiony. Co więcej - że zacznie się o nim mówić jako o najlepszym fachowcu polskiej ligi i trafi do reprezentacji Słowacji. Odkąd Mucha wszedł do bramki Legii, opuścił tylko jedno spotkanie ligowe. Przepuścił tylko 25 strzałów w 44 występach, co daje średnią niewiele ponad 0,5 gola na mecz. W tej rundzie do jego siatki wpadło tylko osiem goli. Żaden z bramkarzy ekstraklasy nie ma lepszego bilansu. - Jest świetny na linii. Gdyby poprawił grę nogami, byłby w europejskiej czołówce - uważa trener Jan Urban.

W ubiegłym sezonie Mucha nie puścił gola w pierwszych sześciu meczach sezonu. Doliczając występy z wcześniejszych rozgrywek, kiedy od czasu do czasu zastępował Fabiańskiego, zanotował serię 634 minut z czystym kontem. To trzeci wynik w historii stołecznego klubu, dziewiąty w całej historii ekstraklasy. Tej jesieni także szło mu znakomicie. Miał serię 509 minut aż do końcówki wygrywanego 3:0 meczu z Piastem Gliwice, kiedy rozluźniona obrona nie upilnowała gracza przyjezdnych. Słowakowi zdarzały się błędy przy dośrodkowaniach, ale nigdy nie kończyły się dla Legii wymierną stratą, czyli stratą gola. Trudno przypomnieć sobie sytuację, kiedy po jego błędzie piłka wpadła do siatki. Wydaje się, że ostatnio stało się to w ćwierćfinale Pucharu Ekstraklasy z Górnikiem Łęczna przed dwoma laty. Wówczas za daleko wyszedł z bramki, podał piłkę rywalowi, a następnie został przelobowany.

Odkąd do obrony Legii wrócił Inaki Astiz, ta traci bardzo mało goli. Kiedy nie było Hiszpana, legioniści stracili cztery bramki w trzech meczach ligowych, odkąd jest znowu - zaledwie trzy w kolejnych 12.

Nie zawsze jednak Astiz zapobiegał niebezpieczeństwu. W bardzo dobrym dla Legii, superprestiżowym spotkaniu z Wisłą to przede wszystkim Mucha stanął na wysokości zadania. Przepuścił uderzenie Pawła Brożka w pierwszej połowie, ale potem kilkakrotnie powstrzymywał najlepszego snajpera ligi (zresztą nie tylko jego), w niesamowity sposób broniąc choćby strzał w ostatnich sekundach. To dzięki niemu Legia wygrała.

W piątek na Stadionie Śląskim w Chorzowie w meczu z Ruchem obronił rzut karny (który sam spowodował, chociaż sytuacja była kontrowersyjna), a potem w drugiej połowie - choć najpierw niepotrzebnie interweniował po uderzeniu z dystansu Macieja Scherfchena - później naprawił błąd, broniąc dobitkę z bliska Marcina Zająca. Dopiero potem zwycięskiego gola dla Legii strzelił Takesure Chinyama. Gdyby nie Mucha, tego zwycięstwa by nie było. Całkiem możliwe, że nie byłoby także remisu.

- Janek ma bardzo dobrą cechę - świetnie reaguje na strzały z małej odległości. Potrafi do końca odczytać zamiar przeciwnika i do końca nie siada, co zdarza się wielu bramkarzom. Trudno się nie zdziwić, że w reprezentacji Słowacji jest tylko rezerwowym. Puszcza bardzo mało bramek, kontynuując dokonania poprzedników w Legii. Na jego korzyść działa dobra gra obrony. Zdarzają się mecze, w których nie ma nic do roboty. Chociaż czasem obrona daje mu się wykazać - mówi Krzysztof Dowhań, trener bramkarzy Legii.

Więcej o: