Ivan Miljković: Polacy nie mają mentalności zwycięzców

- Nie ma przeciwnika, którego nie można pokonać. Dopóki ostatnia piłka nie spada po naszej stronie, nie ma przegranych meczów. Polakom brakuje jednak mentalności zwycięzców - uważa Serb Ivan Miljković, jeden z najlepszych siatkarzy na świecie

Lozano trenerem reprezentacji Niemiec? 

Kariera 29-letniego Miljkovicia to pasmo sukcesów: mistrzostwo olimpijskie w Sydney (zdobył je, mając zaledwie 20 lat), złoty medal mistrzostw Europy, srebrny mistrzostw świata, mistrzostwo ligi włoskiej oraz triumfy w europejskich pucharach. W tym sezonie, po ośmiu latach gry we Włoszech, przeniósł się do Grecji, by grać w Olympiakosie Pireus. W nowym klubie zarabia ponoć 550 tys. euro rocznie. W ubiegłym tygodniu poprowadził Greków do zwycięstwa z Jastrzębskim Węglem w 1/16 Pucharu Konfederacji (CEV).

Marcin Fejkiel: Dlaczego zdecydował się pan zmienić najsilniejszą siatkarską ligę świata na ligę grecką?

Ivan Miljković: Nie miałem pewności, czy mój dotychczasowy klub Roma Volley w ogóle wystartuje w nowym sezonie. Czasu było mało, bo jeszcze trzy dni przed upływem ostatecznego terminu na uzyskanie licencji nikt nie wiedział, co będzie dalej. Ostatecznie prezydent klubu Massimo Mezzaroma wycofał Romę z rozgrywek. Większość zawodników postąpiła jak ja. Miałem dwie propozycje z klubów włoskich, jedną z Rosji oraz z Olympiakosu. Myślałem, że we Włoszech zostanę dłużej, bo czułem się tam świetnie. W ciągu ośmiu lat zmieniłem tylko dwa kluby [pierwszym był Lube Banca Macerata]. Liczyłem, że w Romie pogram jeszcze dwa lata, ale stało się inaczej. Musiałem spróbować czegoś innego i postawiłem na Grecję. Nie wiem, czy to najlepsza z możliwych opcji, ale mnie zadowala.

Pomówmy o reprezentacji Serbii. Zmianę pokoleniową przeszliście dość gładko.

- Były z tym pewne problemy. Odeszła przecież większość siatkarzy z fantastycznego pokolenia, które zdobywało medale wszystkich światowych imprez. I nadal czujemy ich brak na newralgicznych pozycjach. Dla rozgrywającego Nikoli Grbicia również był to ostatni rok w kadrze. Zobaczymy, jak drużyna zareaguje na nowego wystawiającego, bo każdy wie, że taki gracz stanowi 70-80 proc. wartości zespołu. Na szczęście serbska siatkówka ma wiele talentów zdeterminowanych, by osiągać co najmniej takie sukcesy jak ich poprzednicy. Młodzi Serbowie szybko opuszczają ojczyznę, by grać w najsilniejszych ligach świata, a to przynosi profity dla zespołu narodowego.

Jak podsumuje pan ten rok? Osiągnęliście świetny wynik w Lidze Światowej - drugie miejsce - ale mieliście nieudane igrzyska olimpijskie w Pekinie.

- Nie sądzę, żeby nasz występ w Pekinie można było określić jako niewypał. W LŚ zagraliśmy wyjątkowo dobrze. Zawsze chciałbym widzieć taką właśnie Serbię. Prawdziwa twarz tego zespołu to były jednak igrzyska. Szczytem możliwości obecnej drużyny był ćwierćfinał, no, może półfinał. Udało się zakwalifikować do ćwierćfinału i jestem usatysfakcjonowany. Nie zgodzę się z opinią, że nasza najwyższa forma przyszła za wcześnie. I tak graliśmy niezwykłą siatkówkę, a to, co osiągnęliśmy w Rio de Janeiro w LŚ, było trochę na wyrost, powyżej naszych normalnych możliwości. Dobrze pracuje nam się z trenerem Igorem Kolakoviciem, który w obecnej sytuacji jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Czy poprzednicy byli lepsi? Najlepszy trener to taki, który prowadzi drużynę do zwycięstw.

Waszym znakiem firmowym była silna psychika.

- To prawda. Zawsze walczymy do końca, każdy z nas jest w stanie maksymalnie poświęcić się dla partnera z zespołu i pójść za nim nawet w ogień. Nieraz udowadnialiśmy, że niełatwo nas złamać. Ostatnio potwierdziliśmy to w turnieju kwalifikacyjnym w Turcji do igrzysk olimpijskich. Dopóki ostatnia piłka nie spada po naszej stronie, nie ma przegranych meczów. Siatkówka to bardzo dziwny sport, o czym boleśnie przekonała się chociażby Polska w 2005 r. w Belgradzie w LŚ [Polacy prowadzili 2:0 w setach i 22:17 w trzeciej partii, ale zostali pokonani]. Jak to racjonalnie wytłumaczyć? To wasz zespół roztrwonił przewagę i zmarnował wielką szansę na finał. Polacy grali bardzo dobrze, a my tylko poprawnie. Ale to my bardziej chcieliśmy wygrać niż oni.

Co pan sądzi o naszej kadrze?

- Zagraliście świetnie na MŚ w Japonii i tego nikt nie kwestionuje. Argumenty, że to przypadek, mijają się z prawdą. W siatkówce na tym poziomie nie ma rzeczy incydentalnych. Pokolenie siatkarzy, którzy w 1997 r. zdobyli MŚ juniorów, potwierdziło klasę w seniorach. Polacy zagrali bardzo dobry turniej, ale Brazylia była poza ich zasięgiem. Wasza reprezentacja z każdym rokiem robi coraz większe postępy, a polskie kluby przebijają się do europejskiej elity. To też jest dobra baza dla kadry narodowej. Macie dobrych i utalentowanych siatkarzy, ale ten zespół nie ma ducha i mentalności zwycięzców. Nie jestem w stanie ocenić tych cech indywidualnie, u każdego z osobna, ale drużynie jako grupie właśnie tego brakuje.

Kto będzie dyktował warunki w światowej siatkówce w najbliższych latach?

- Ciężko powiedzieć. Amerykanie? Jeszcze przed igrzyskami powiedziałem, że są jedyną ekipą, która może pobić Brazylię, i nie pomyliłem się. Silny serw i gra zespołowa zapewniły im wielki sukces. Ale oni mają wielu starych graczy i nie wiem, kto zostanie w drużynie w przyszłym roku. Układ sił się raczej nie zmieni. Jest wielka trójka, która będzie walczyć o medale, a więc: Brazylia, Rosja i może USA. Tuż za nimi są kolejne trzy zespoły, które mogą wiele zdziałać, a więc: Serbia, Polska i Włochy. Mit wielkiej Brazylii został lekko podważony, a zdecydował o tym brak Ricardo w składzie. Potwierdza to tylko moje przekonanie, jak wiele zależy w siatkówce od rozgrywającego.

Jak pan odbiera nowy trend w polskiej siatkówce z zatrudnianiem Serbów?

- Nic złego z tego nie wyniknie (śmiech). Marco Samardzić i Bojan Janić [obaj Trefl Gdańsk] to doświadczeni gracze, którzy ciągle gdzieś tam przewijają się wokół kadry, a dla trenera Ljubomira Travicy [Resovia Rzeszów] najlepszą rekomendacją są wyniki, jakie osiągnął z reprezentacją Serbii. Każdy z nich może wnieść dużo dobrego, ale najpierw muszą przystosować się do nowych warunków pracy. Jeśli ktoś zatrudnił Travicę, to na pewno po to, by doprowadził klub do tytułu mistrzowskiego. I wiem, że on zrobi wszystko, by tak się stało.

Czy pan również zgodziłby się zagrać w polskiej lidze?

- A czy ktoś mi to zaproponował? Żebym mógł zaakceptować jakąś ofertę, musiałbym ją najpierw otrzymać. Nigdy nie wiesz, co się może zdarzyć.

Czy po tych wszystkich sukcesach znajduje pan jeszcze motywację do ciężkiej pracy?

- Tak. Szczególnie teraz, kiedy zostanę jedynym doświadczonym zawodnikiem w kadrze. Chcę się przekonać, czy jestem w stanie stać się prawdziwym liderem dla tych młodych chłopaków.

Kto wymyślił pana przydomek Iwan Groźny?

- Włoscy dziennikarze, którzy lubują się w wyszukiwaniu barwnych określeń. Kiedy przechodziłem do Maceraty, natychmiast ochrzczono mnie "Mister Miliardo" [Pan Milion]. Wzięło się to stąd, że mój transfer był wtedy najdroższym w historii włoskiej siatkówki.

Co do Iwana Groźnego, jako bardzo młody zawodnik grałem bardzo dobrze i być może byłem postrachem dla rywali. Ja nigdy i nikogo się nie bałem. Ostatnimi, którzy się o tym przekonali, byli siatkarze Jastrzębskiego Węgla.

Więcej o: