Siatkówka: Kto selekcjonerem kobiet? Jerzy Matlak: Nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą

Gdyby to był konkurs świadectw, nikt by ze mną nie wygrał. Jest to jednak konkurs na układy i lepsze koneksje. Nawet nie chcę się domyślać, co jeszcze - mówi o wyborze trenera kadry siatkarek najbardziej utytułowany szkoleniowiec polskiej ligi

Dlaczego Matlak nie poprowadzi kadry

Jerzy Matlak, Ma 63 lata i jest najbardziej utytułowanym polskim trenerem. W ekstraklasie zdobył 18 medali (5 złotych, 9 srebrnych i 4 brązowe) oraz dziewięć Pucharów Polski. W Europie jego największym sukcesem było czwarte miejsce z Naftą Piła w Lidze Mistrzyń osiem lat temu. Prowadził Polonię Świdnica, ŁKS Łódź, Stal Bielsko-Biała, Dick Black Andrychów, Stal Mielec i Naftę Piła, gdzie pracuje do dziś. W latach 1984-85 był trenerem reprezentacji Polski.

Przemysław Iwańczyk: Szef polskiej siatkówki uważa pana za jednego z dwóch kandydatów na selekcjonera. Ostatnio stwierdził pan jednak, że rezygnuje z walki o tę posadę. Dlaczego?

Jerzy Matlak: Pan żartuje czy mówi poważnie?

Poważnie.

- To ja poważnie odpowiem. Nie wystartuję, bo nie będzie żadnego konkursu. Usłyszałem, że na 90 procent trenerem kadry jest już Alojzy Świderek. Bo jest Polakiem, bo sporo w niego zainwestowano itd.

Pan też jest Polakiem, dlaczego więc nie daje pan sobie szans w tym starciu?

- Gdyby to był konkurs na osiągnięcia, nikt nie miałby ze mną szans. Dlaczego jednak najpoważniejszym kandydatem jest pan Świderek - nie rozstrzygając, czy jest dobry, czy zły - pozostaje tajemnicą prezesa PZPS Mirosława Przedpełskiego. Sam w Polsce znalazłbym kilku groźniejszych kandydatów w starciu ze mną. Takich, którzy mają dłuższy staż i lepsze wyniki w siatkówce kobiecej niż pan Świderek. Wszyscy jednak, podobnie jak ja, mają ten mankament, że nigdy nie pracowali we Włoszech.

Fakty są takie, że nikt na ten temat ze mną nie rozmawiał. A ja nie lobbuję, nigdzie nie jeżdżę, nie proszę, nie zjawiam się na tzw. nieoficjalnych spotkaniach, gdzie mógłbym przekonać do siebie różnych ważnych ludzi. Nie będę wciskał się tam, gdzie mnie nie chcą, co, niestety, odczuwam od wielu lat.

Powtórzę: gdyby to był konkurs świadectw, nikt by go ze mną nie wygrał. Jest to jednak konkurs na układy i lepsze koneksje. Nawet nie chcę się domyślać co jeszcze.

Gdyby jednak został pan selekcjonerem, jak by ją pan zbudował? Za 10 miesięcy mistrzostwa Europy w Polsce.

- Nie robiłbym tego, co moi poprzednicy. Nie urządzałbym wycieczek po całej Europie jak Marco Bonitta, który pytał i prosił dziewczyny, czy nie zagrałyby w kadrze. Nie zabiegałbym o względy pań siatkarek bez względu na to, jak się nazywają i jaki jest ich status materialny. Wszystkie dziewczyny, które są w kadrze lub jej pobliżu, kiedyś lub obecnie pracowały ze mną, więc dogadałbym się z nimi. Na pewno też nie zrobiłbym z kadry kobiet cyrku, jaki był ostatnio. Mam na myśli wzajemne pretensje, plotki i skakanie sobie do oczu.

Jest pan autokratą, który w klubach wszystko robi sam. Umiałby pan podzielić się władzą ze współpracownikami?

- Marzę o tym! Chciałbym choć raz w życiu nie robić wszystkiego sam. Bym mógł wybierać zawodniczki, a nie uczyć je wszystkiego od podstaw. Bo w klubie nie mam pieniędzy i ciągle wychowuję siatkarki, które po sezonie bez przerwy ktoś mi zabiera. Nigdy nie było mnie też stać na sztab współpracowników. By mieć jak we Włoszech kilka osób wokół siebie. Dwa lata temu nie miałem w klubie nawet drugiego trenera i masażysty.

Jestem autokratą, ale tylko na boisku. A pan naprawdę ma mnie za takiego kozaka?

Nie znosi pan sprzeciwu, a nawet dyskusji.

- Jestem, jaki jestem, i się nie zmienię. Ale jeśli pan zapyta o mnie tych nielicznych, którzy ze mną współpracowali, nikt nie będzie narzekał. Naprawdę chcę dzielić się z nimi władzą, ale nie zawsze mam właściwą pomoc i muszę po nich poprawiać robotę.

Może nie dostaje pan posady selekcjonera, bo za dużo pan mówi?

- Niech pan zapyta tych, którzy wybierają. Ludzie wygodni nigdy do niczego w życiu nie doszli. Ale umiem słuchać i przyjmować mądre rady.

Nie wiem, dlaczego nie chcą mnie na trenera kadry, skąd tyle mitów i plotek na mój temat. Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby przyszli i powiedzieli mi, że jestem za stary albo schorowany. Dałbym sobie spokój. Ale żaden inny argument, że nie mogę być selekcjonerem, do mnie nie trafia.

W lidze nie idzie panu najlepiej. Farmutil Piła w ostatnich sezonach zawsze był w czubie tabeli, teraz po trzech kolejkach ma na koncie ledwie punkt. Co się dzieje?

- Popełniłem błędy w doborze zawodniczek do drużyny. Mam się za dobrego trenera, myślałem, że z tych najmłodszych szybko uda mi się zrobić prawdziwe siatkarki. Chodzi o powoływaną do kadry Joannę Frąckowiak czy Gabrielę Wojtowicz. U mnie to transferowe niewypały i być może rozwiążemy z nimi kontrakty. Dałem się nabrać. One biorą pieniądze, a do zespołu nie wnoszą absolutnie nic. Nie jesteśmy na obozie harcerskim. Dalej sobie na to nie pozwolę. Kolejnym problemem jest Brazylijka Teixeira, która przez dwa lata ciągnęła grę drużyny, a teraz po wynegocjowaniu wyższego kontraktu zapomniała, jaka jest jej rola w drużynie. Czekałem na jej przebudzenie, ale to trwa zbyt długo. Ona potrafi nie przyjąć dziesięciu zagrywek z rzędu, choć ma do tego wszelkie predyspozycje. Chcę porozmawiać z zarządem klubu o zawodniczkach, które zarabiają duże pieniądze, a boją się grać. I to być może kolejny mój błąd, że byłem cierpliwy zbyt długo.

Kolejna sprawa to Milena Sadurek. Jej akurat nie dziwię się, że nie gra jeszcze tak, jakby mogła, bo została dość mocno okaleczona w ostatnich miesiącach. I w klubie z Bielska-Białej, z którego ją wyrzucono, czy w reprezentacji, gdzie część koleżanek nie chciała z nią grać, tylko inną rozgrywającą. Wiele czasu poświęciłem na jej reanimację, trochę się odbudowała, ale to jeszcze nie jest ta sama dziewczyna.

Łukasz Żygadło: Chcemy wygrać Ligę Mistrzów

Więcej o: