Szanghaj nie dla Matkowskiego i Fyrstenberga

Polski debel eksportowy przegrał półfinał turnieju Masters Series w Paryżu. Zwykle dotarcie do tej rundy uznawane byłoby za sukces. Tym razem była to bolesna porażka. Wynik meczu przesądził bowiem, że nasi nie pojadą na kończący sezon prestiżowy Masters Cup w Szanghaju

Polacy zrobili prawie wszystko, by do Chin pojechać. Wygrali turniej Masters w Madrycie, pokonali w końcówce wszystkie najlepsze pary świata, nie wyłączając bliźniaków Mike'a i Boba Bryanów. Jednak na prestiżowy i dochodowy Masters Cup w Szanghaju (pula dla debla wynosi 750 tys. dolarów) nie jadą. O wszystkim zdecydował jeden mecz. W sobotni wieczór Fyrstenberg i Matkowski na korcie w hali Bercy w Paryżu stanęli naprzeciw deblistów z RPA Jeffa Coetzego i Wesleya Moodiego. Żeby do tego meczu doszło, nasi tenisiści musieli stoczyć trzy mecze, z których każdy mogli przegrać. Jednak wygrali. Najpierw z Hiszpanami Feliciano Lopezem i Fernando Verdasco - z którymi grać nie lubią, ale mieli nóż na gardłach i wygrali. Potem z braćmi Bryanami. Z nimi dotychczas nie wygrali nigdy, ale znów nóż na gardle dodał sił w super tie-breaku wygranym 10:5. Wreszcie uporali się z deblem Simon Aspelin - Julian Knowle w niespełna godzinę, serwując z co piątej piłki asa (11 asów na 53 serwisy!).

Rywale z RPA mieli łatwiejszą drogę do półfinału. Musieli wygrać raz! Na dodatek z przypadkowym deblem Jamie Murray - Pavel Vizner. W pierwszej rundzie Moodie i Coetze mieli wolny los, trzecią wygrali walkowerem po urazie Rafaela Nadala.

- W bezpośrednim meczu rywale byli lepsi i zasłużenie to oni, a nie my, pojadą do Szanghaju - mówi Matkowski. - Zagraliśmy słabiej niż we wcześniejszych meczach, ale bądźmy szczerzy - nie w Paryżu przegraliśmy Szanghaj, tylko na początku sezonu i w słabych w naszym wykonaniu turniejach wielkoszlemowych.

O półfinałowym zwycięstwie Coetzego i Moodiego zdecydował drugi serwis. Wiadomo, że gra Matkowskiego i Fyrstenberga oparta jest o pierwszy serwis. Jeśli im leży - są w stanie pokonać wszystkich. Jeśli szwankuje - drugim podaniem mogą przegrać. W Paryżu Polacy podając drugą piłkę, wygrali zaledwie sześć z 23 akcji. Rywale 10 z 14! W prawie każdym gemie rywale mieli szanse na przełamanie. Udało się im czterokrotnie.

Polacy kończą sezon na ósmym miejscu i gdyby nie dzika karta dla zwycięzców French Open Pablo Cuevasa (Urugwaj) i Luisa Horny (Peru), pojechaliby do Szanghaju.

- Z trzech celów, jakie założyliśmy sobie na sezon, nie osiągnęliśmy żadnego - mówi Matkowski. - Chcieliśmy dobrze wypaść w turniejach Wielkiego Szlema - wypadliśmy słabo. Chcieliśmy zdobyć medal na olimpiadzie - medalu nie ma. Chcieliśmy jechać do Szanghaju - nie jedziemy.

Polacy mogą jechać do Chin jako rezerwowi i zagrać, gdy ktoś zrezygnuje. - Rozmawialiśmy z Bobem Bryanem i telefonicznie z Jonathanem Erlichem, którzy leczyli kontuzje i obaj zadeklarowali wyjazd na Masters Cup - mówi Matkowski. - My więc nie pojedziemy, bo jako rezerwowi nie mamy szansy na grę.

Komentarz

Nie będziemy się emocjonować turniejem Masters Cup, na którym - jestem przekonany - polski debel nie byłby dostarczycielem punktów i dolarów dla innych. Trudno i przykro, bo gorąco ich dopingowałem. Nie ma triumfalnego zwieńczenia tegorocznego sezonu, ale są wyniki, które dają nadzieję na następny sezon. Byleby on nie zaczął się od przegranej w pierwszej czy drugiej rundzie Australian Open. Polacy wiedzą, że przegrali Szanghaj w środku sezonu i na Wielkich Szlemach. W końcówce pokazali jednak, że są deblem klasy światowej. Za rok nie będziemy im pamiętali, że nie pojechali na Masters Cup 2008. Na zawsze w ich statystykach pozostanie jednak wygrany turniej Masters w Madrycie. Warunkiem, byśmy pamiętali ich sukcesy, a nie porażki, jest wyjazd na przyszłoroczny turniej Masters Cup. Polacy są deblem klasy światowej i ich brak w elicie ośmiu par, które za tydzień zagrają o wielki prestiż i ogromne pieniądze, obniża rangę turnieju. Na Szanghaju jednak świat się nie kończy. Tenisowy świat 2009 zacznie się już przed sylwestrem i niech tym razem o wyjeździe na Masters Cup nie decydują wyniki, jakie polski debel osiągnie jesienią.

Mariusz Rabenda