Złota jamajska sztafeta. I znów rekord świata Bolta

Usain Bolt pobił trzeci rekord świata na igrzyskach. Jamajczycy z czasem 37,10 s wygrali sztafetę 4x100 m (poprzedni rekord Amerykanów - 37,40). W skoku wzwyż najlepszy okazał się Australijczyk Steve Hooker

Rekordzista Usain Bolt ?

Usain Bolt już po raz trzeci na tych igrzyskach mógł odprawiać na mecie swój radosny rytuał, czyli wystrzelić niewidzialne strzały w stronę kibiców i pokazywać fotoreporterem, że jego buty Pumy są rzeczywiście w kolorze złota.

Po tym jak Jamajczyk wygrał w Pekinie sprinty na 100 i 200 m, jego zwycięstwo wraz z kolegami w sztafecie było właściwie pewne. Jedyna zagadką było, czy pozostała trójka pobiegnie na tyle szybko, by pobić 16-letni rekord świata, który na igrzyskach w Barcelonie ustanowili Amerykanie z Carlem Lewisem, Leroyem Burrellem, Dennisem Mitchelem i Michaelem Marchem (potem wyrównali go rok później na MŚ w Stuttgarcie). Wynik 37,40 s przetrwał trzy igrzyska, sześć mistrzostw świata. Przetrwał też kilku naprawdę bardzo mocno nafaszerowanych koksem sprinterów.

Rekord padł w piątek w Ptasim Gnieździe dopiero od jamajskiej trąby powietrznej, którą na pierwszych zmianach Nesta Carter i Michael Frater rozpędzili tak mocno, że potem Bolt i Asafa Powell właściwie frunęli już nad bieżnią. Chwilę później cała czwórka tańczyła w rytmie reagge z jamajskimi flagami na szyi.

- Jamajski sprinterzy rządzą. Przejmujemy panowanie nad światem - bombastycznie przechwalał się Bolt, który ma trzy rekordy świata, ale nie ma rekordu w liczbie złotych medali na jednych igrzyskach. Cztery wywalczył w 1984 r. w Los Angeles Carl Lewis. Poza sprintami i sztafetą, wygrał też skok w dal. Srebro zdobyli wczoraj reprezentanci Trynidadu i Tobago (38,06), ale brąz dla Japończyków (38.15) to już sensacja. Polacy nie mieli szansy na taką niespodziankę, bo dzień wcześniej w eliminacjach zgubili pałeczkę. Podobnie jak Amerykanie. Ten błąd popełniło tyle drużyn, że zachodziła obawa, czy w ogóle da się skompletować finał.

Jamajka dominuje w sprintach - zdobyła pięć z sześciu złotych medali. Ale nie udało się uzbierać kompletu, bo faworyzowana sztafeta kobiet 4x100 m poszła w ślady polskich sprinterów i też zgubiła pałeczkę. Do mety nie dobiegły też Amerykanki. Ze złota cieszyły się więc Rosjanki, a Belgijki nie tyle się cieszyły, co tańczyły nie mogąc uwierzyć, jak to możliwe że są na podium. - Szczytem marzeń było czwarte miejsce. Jamajka, USA i Rosja są normalnie poza naszym zasięgiem - powiedziała Kim Gevaert.

- Starałyśmy się zrobić jak najszybszą zmianę, nie wyszło, trudno. Te igrzyska były dla nas i tak bardzo udane - powiedziała Kerron Stewart, brązowa medalistka na 100 m. To właśnie ona nie zdołała wczoraj przekazać pałeczki od Sheron Simpson na trzeciej zmianie. - Może Rosjankom to zwycięstwo było pisane w gwiazdach - stwierdziła Stewart. Wygrana nie była za to pisana Polkom - do mety dobiegły na szóstym miejscu, a potem zostały zdyskwalifikowane za przekroczenie strefy zmian.

Jeśli w sprintach śpiewają teraz reagge, to w skoku o tyczce, nastał czas surferów. Z wynikiem 5,96 zwyciężył Australijczyk Steve Hooker, żywcem przeniesiony z St. Kilda Beach. Do wysokości 5,90 Hooker szedł łeb w łeb z Rosjaninem Jewgienijem Łukanienko. Przez moment wydawało się nawet, że będą dwa złote medale. Ale w ostatniej próbie na 5,95 m Hooker wybił się idealnie i przeskoczył poprzeczkę. Cieszył się już spadając, a gdy jego trener Alex Parnov, wbiegł na bosaka na bieżnię i rzucił się na niego, można było się poczuć jak na plaży w St. Kilda. Hooker przeskoczył potem jeszcze 5,96 bijąc rekord olimpijski z Aten. To pierwsze złoto dla Australii od igrzysk w Sydney, gdy Cathy Freeman wygrała bieg na 400 m.

Fenomenalny Bolt pobił 12 - letni rekord Johnsona na 200m ?