Polskie łuczniczki odpadły, francuskie strzały lepiej latały

Była szansa na medal, ale... - Nie wiem co się stało - mówiła ze łzami w oczach Justyna Mospinek po porażce łuczniczek z Francją 211:218 w ćwierćfinale turnieju drużynowego. - Załatwiły nas tymi dychami.

Sprawa już z pozoru nie jest prosta. Tarcza, do której mierzą łuczniczki majaczy gdzieś na horyzoncie oddalona o 70 m. Dookoła rozkrzyczane trybuny falują wypełnione po brzegi chińskimi i koreański kibicami. Skąd wzięli się Koreańczycy? Ten kraj od lat jest w łucznictwie najlepszy na świecie. Jeśli w Polsce łucznictwo uprawia 700 osób, to w Korei może ich być nawet 7 mln. Tam strzelać z łuku dzieci uczą się już w podstawówce na zajęciach WF. Do Pekinu ściągnęło więc mnóstwo fanów, by dopingować swoje narodowe idolki, z Sung-Hyun Park na czele.

Sytuację komplikuje też pogoda. W Pekinie od rana padał deszcz, przypominające zazwyczaj saunę powietrze zamieniało się w mgłę.

Polska drużyna z Mospinek, Iwoną Marcinkiewicz i Małgorzatą Ćwienczek, sytuację wyjściową miała jednak bardzo dobrą. W ich zasięgu był brązowy medal. W sobotnich kwalifikacjach zajęły czwarte miejsce, co zapewniło im natychmiastowy awans do ćwierćfinału bez gry (wolny los). Wystarczyło tylko pokonać Francuzki, co dla aktualnych mistrzyń Europy nie powinno być problemem. W półfinale czekałyby niezniszczalne Koreanki, ale o trzecie miejsce Polki mogłyby już powalczyć.

Ale nie powalczyły, bo choć w pewnym momencie miały nawet siedem punktów przewagi, to francuskie strzały pod koniec meczu latały zdecydowanie lepiej. W sumie aż dziesięciokrotnie trafiły w dziesiątkę. Polki zaliczyły "dychę" tylko siedem razy, a do tego na 24 próby przytrafiły im się aż trzy siódemki.

- Na tym poziomie rywalizacji, to jest porażka. Takich strat nie da się odrobić. Na igrzyskach trzeba trafiać same dziesiątki i dziewiątki - mówił drugi trener kadry Ryszard Pacura.

Justyna Mospinek miała łzy w oczach. - Nie wiem co się stało. Francuzki zrobiły świetny wynik - powiedziała smutno.

- Dopadły nas tymi dychami. Trafiły cztery razy z rzędu - dodała równie smutna Iwona Marcinkiewicz, brązowa medalistka w drużynie z igrzysk w Atlancie.

- Pogoda nie miała znaczenia, w łukach jest pełen automatyzm, my właściwie nie mierzymy do celu, tylko powtarzamy pewną sekwencję ruchów. Możemy strzelać z zamkniętymi oczami. Z tych 70 metrów i tak widać właściwie tylko kolorową plamę - zaznaczyła najbardziej doświadczona w ekipie Marcinkiewicz, która jednak myliła się w niedzielę najczęściej. W dziesiątkę trafiła tylko raz na osiem strzałów.

Francuzki już po raz drugi stanęły na drodze do medalu Polkom. Niemal identycznie było cztery lata temu w Atenach. Nasze łuczniczki po kwalifikacjach też były bardzo wysoko, ale nie wytrzymały nerwowo i poległy z Francją już w 1/8 finału zajmując ostatecznie 15. miejsce.

- Jestem wkurzona, bo 211 pkt. to jest w łukach dobry wynik. Więcej od Francuzek na pewno strzelą jeszcze Koreanki, ale podejrzewam, że w ćwierćfinale nikt więcej - mówiła Marcinkiewicz. I dokładnie tak się stało. Polki były na koniec szóste. Lepiej niż w Atenach, ale szansa na medal znów odfrunęła z francuskimi celnymi strzałami.

- Nie pierwszy raz wieszano nam medal na szyi już przed wyjazdem, ciężko się walczy z taką świadomością - stwierdziła Marcinkiewicz. - Jasne, że przegrałyśmy przez nerwy. Staramy się nie patrzeć na tarczę rywalek, ale trudno tego nie robić, gdy spiker drze się na całe gardło, że rywalki trafiły cztery dziesiątki z rzędu.

- Dziewczyny się za bardzo zestresowały, jak Francuzki zaczęły trafiać - przyznał ukraiński trener Polek Sierhiej Rodionow. - Przykro, ale co zrobić. Walka o medale była blisko. To moja czwarta olimpiada, do tej pory zawsze przywiozłem medal. Dwa razy z Ukrainą i raz indywidualnie dla Wielkiej Brytanii - wzdychał Rodionow, któremu po igrzyskach kończy się kontrakt z polską federacją.

Nie ma jakiegoś sposobu na te nerwy? - pytamy Iwonę Marcinkiewicz.

- Kiedyś można było przed startem napić się "kielicha". Ale teraz to już zabronione. Są kontrole alkomatem, sprawdzają też, czy nikt nie bierze leków uspokajających - gorzko zaśmiała się Polka. - A tak na serio, to nerwy są w łucznictwie decydujące. Kto ma silniejsze, ten wygrywa.

W Pekinie będzie jeszcze konkurs indywidualny. - Ale bardzo trudno będzie zrobić dobry wynik. Nastawiałam się raczej na drużynówkę. To moja trzecia olimpiada, na czwartą już raczej nie pojadę. Jestem już tym trochę zmęczona - zakończyła Marcinkiewicz.

W pozostałych spotkaniach 1/4 finału Korea Płd. wygrała z Włochami 231:217, Chiny pokonały Indie 211:206, a W. Brytania zwyciężyła Japonię 201:196.