Kto lepszy w finale

Finały płoną od emocji, finały rzadko bywają piękne. I równie rzadko ich wynik zależy od tak drobnych niuansów, co dzisiejszy, historyczny finał w Moskwie.

Man United kontra Chelsea - finał wagi ciężkiej

Bramkarze. Obydwaj to mężczyźni po przejściach. Edwinowi van der Sarowi przez cały sezon dokucza uraz pachwiny. Pechowiec nad pechowcami Petr Czech , któremu niedawno założono na policzku 50 szwów, w swoim kosmicznym kasku przypominałby już Robocopa, gdyby nie fruwał pod bramką w takim tempie, jakby potrafił chwycić dłońmi oba słupki równocześnie. Jest i bardziej spektakularny, i minimalnie lepszy od Holendra. Musi bronić więcej strzałów niż rywal z Manchesteru, którego przed przepracowaniem znakomicie chronią obrońcy, a także znacznie precyzyjniej piłkę kopie, co stało się dla golkiperów atutem ważnym jak nigdy wcześniej. Uchodzi za najlepszego obok Buffona i Casillasa na świecie. Niczego nie pozostawia przypadkowi, na finał założy strój w specjalnym pomarańczowym kolorze, który - jak ustalili rosyjscy naukowcy - musi zdekoncentrować uderzającego rywala, choć ten nie będzie tego świadomy. Przewaga Chelsea.

OBRONA. John Terry wciąż pozostaje wielki duchem i inspiruje drużynę, ale kontuzje odbiły się na jego formie (teraz znów zagra z urazem barku i mówi, że jest zdrowy w 70 proc.) i zaczął - bardzo rzadko - popełniać błędy. Z Ricardo Carvalho , świetnie jak na stopera operującym piłką i wyprowadzającym ją z własnego pola karnego, tworzył do niedawna parę najlepszych środkowych obrońców w lidze angielskiej. Już nie tworzy, bo najlepsi - w całej Europie! - są Nemanja Vidić i Rio Ferdinand . Pierwszy lubi manifestować siłę i twardość, a także wchodzić w bezpośrednie zwarcie z przeciwnikiem, drugi broni inteligentnie, elegancko, czysto, wręcz wytwornie. Dojrzał, trener Fabio Capello mianował go kapitanem reprezentacji Anglii. Wszyscy czterej świetnie czują się w powietrzu na obu polach karnych, choć duet manchesterski zdystansował przeciwników pod jeszcze jednym względem - strzela więcej goli i zalicza więcej asyst.

Ostatnią bramkę w Lidze Mistrzów "Czerwone Diabły" straciły 486 minut temu, w pierwszym meczu 1/8 finału z Lyonem. I wówczas jednak obrońcy rażąco się nie pomylili, Karim Benzema uderzył perfekcyjnie zza pola karnego, wynajdując lukę w tłumie obrońców Manchesteru. Potem już ani Lyon (w rewanżu), ani Roma w ćwierćfinale, ani Barcelona w półfinale MU nie trafiły. A przecież lewy obrońca Patrice Evra gra tak ofensywnie, że piłki dotyka - uśredniając wszystkie takie momenty - zazwyczaj na połowie rywali. Potrzeba lepszej rekomendacji defensywy, która również w Premier League okazała się najszczelniejsza? (Co niezwykłe na tym poziomie, obie drużyny mają jednak luki w kadrach, bo na prawej obronie nie wystawiają typowych prawych obrońców. W MU biega tam stoper Wes Brown lub pomocnik Owen Hargreaves , a w Chelsea grywa defensywny pomocnik Michael Essien - gdyby w plebiscytach istniała kategoria "gracz uniwersalny", byłby na niej bezkonkurencyjny w świecie). Przewaga Manchesteru.

POMOC. Granica między drugą linią a napadem w obu zespołach są płynne, żeby nie powiedzieć - nie istnieją. Na potrzeby wywodu klasyfikuję Cristiano Ronaldo , bezwzględnie najwybitniejszego dziś piłkarza świata, jako skrzydłowego, choć czynię to niechętnie, bo wciąż widzę go na środku pola karnego przeciwników MU. On jeden - dzięki skuteczności nieosiągalnej nawet dla snajperów (41 goli w sezonie) - wystarczyłby do ogłoszenia przewagi "Czerwonych Diabłów", gdyby w starciach z potęgami nie poświęcał się dla drużyny i w ścisku środku pola nie tracił trochę swych ofensywnych atutów.

Jego koledzy bywają niedoceniani - świetnie podający Michael Carrick przez brak charyzmy, obejmujący wzrokiem całe boisko Paul Scholes przez zaawansowany wiek (33 lata), nieśmiertelny Ryan Giggs (34 lata, pobije w finale rekord 758 występów w MU Bobby'ego Charltona) z powodu utraconej dynamiki. Jednak jeśli nawet wystawić im zasłużone pomniki, to Chelsea napędza jednak ciut więcej osobowości. Tylko w rolę ostatniej tarczy przed defensywą odgrywa cichy, niezmordowany Claude Makelele , przed nim biegają już wyłącznie bramkostrzelni, wygłodniali heroicznych i decydujących wyczynów w polu karnym rywala Frank Lampard , Michael Ballack i Joe Cole . Dwaj pierwsi - zwłaszcza kopnięcia nieruchomej piłki zamieniający w małe arcydzieła - długo się leczyli, szczytową dyspozycję osiągając na finiszu sezonu. Ostatni wreszcie wyszedł z cienia najgłośniejszych nazwisk wśród angielskich pomocników i zaczął przesądzać o wynikach, a teraz mówi, że finał LM spełnia jego dziecięce marzenie. Przewaga Chelsea.

ATAK. Didier Drogba wszystkiego ma ponad miarę - serca do walki, zdecydowania pod bramką, wzrostu i mięśni, zdolności zmieniania piłki nożnej w batalie czysto fizyczne, niemal zapaśnicze, a także skoczności i zasięgu oddziaływania (operuje na całej szerokości boiska). Styl gry Chelsea - często znajdujący swój punkt ciężkości właśnie w środkowym napastniku - sprawia, że Drogba cały czas wisi w powietrzu, co o tyle sprzyja obrońcom Manchesteru, że i oni uwielbiają grać głową, niezmiernie rzadko przegrywając pojedynki. Z Drogbą jakieś przegrają, ale niepewniej czuliby się, gdyby napad rywali wyglądał jak ich własny, który opiera się uporczywej wymianie pozycji i niepohamowanej ruchliwości Wayne'a Rooneya oraz Carlosa Teveza , których wspiera Ronaldo. Oni są teoretycznie o tyle groźniejsi dla defensywy londyńczyków, że gdyby koniecznie szukać mankamentu u Terry'ego, byłby nim brak szybkości. Drogbę też wesprze niczego sobie drybler - Salomon Kalou , ale z nim mamy inny kłopot - bramki zdobywa od święta, w 21 meczach LM wymęczył jedną. Przewaga Manchesteru.

REZERWOWI. Jeśli na ławce Chelsea siedzą snajperzy klasy Nicolasa Anelki i Andrija Szewczenki , to sprawa - nawet mimo kryzysu - staje się jasna. Nawiasem mówiąc, gdyby o zwycięstwie przesądził w końcówce Ukrainiec, wspaniale podsumowałby sezon paradoksów w londyńskim zespole. Przewaga Chelsea.

TRENERZY. Co tu dużo gadać? Alex Ferguson 25 lat temu zdobył swój pierwszy europejski puchar, z przeciętnym Aberdeen, a niedługo potem przesiadł się na ławkę MU i przetrwał na niej do dziś. Avram Grant nie zaliczył ani jednego pełnego sezonu w wielkim klubie, a w najważniejszych meczach, gdzie przegrywający odpadał, często się gubił. Przewaga Manchesteru.