Pięć minut Zagłębia

Piłkarze Zagłębia Lubin zrehabilitowali się za porażkę 0:3 z Legią Warszawa. Wciąż aktualni mistrzowie Polski pokonali Ruch Chorzów 2:1. Zwycięstwo gospodarze zapewnili sobie w ostatnich pięciu minutach pierwszej połowy.

W tygodniu poprzedzającym mecz w Lubinie doszło do zmiany na stanowisku prezesa klubu. Roberta Pietryszyna zastąpił Paweł Jeż. Pierwszy odnosił sukcesy i właściwie nic zarzucić mu nie można było poza faktem, że jest związany z "niewłaściwą" siłą polityczną, czyli PiS. Jeż to człowiek PO, więc teraz on będzie kierował najbardziej upolitycznionym klubem w Polsce. W kuluarach klubu słychać, że szykuje się też czystka wśród pracowników, bo nowy prezes usunie ludzi starego. Zresztą Pietryszyn, gdy przychodził, zrobił właściwie to samo.

Jeśli chodzi o aspekty czysto sportowe kibice oczekiwali odpowiedzi na pytanie czy sromotna porażka Zagłębia w Warszawie była tylko wypadkiem przy pracy, czy sygnałem głębszego kryzysu. Odpowiedź jest dość złożona, bo lubinianie dobrze zagrali przeciw Ruchowi w sumie może 10 minut, ale wystarczyło to do zwycięstwa nad naprawdę dobrze prezentującym się rywalem. Chorzowianie chętnie skorzystali z lekcji, jakiej mistrzom Polski udzieliła Legia. Od początku zagrali pressingiem w środku pola i zwłaszcza Maciej Iwański ponownie miał ogromnie dużo problemów. Lepiej grał na szczęście dla gospodarzy Michał Goliński. Mateusz Bartczak najczęściej bez sensu wdawał się w pojedynki z rywalami, albo zagrywał do tyłu. Środek pomocy znowu nie funkcjonował więc jak trzeba. Smuciła zwłaszcza postawa Iwańskiego, który po raz kolejny potwierdził, że jak rywale nie zostawiają mu miejsca, to sobie zwyczajnie nie radzi.

Destrukcyjnie Ruch prezentował się bardzo dobrze, gorzej było z konstruowaniem akcji. Mimo to chorzowianie objęli prowadzenie. Zagłębie straciło jednak przypadkowego gola po samobójczej główce Grzegorza Bartczaka. Akcje lubinian zaczęły się zazębiać pod koniec pierwszej połowy, bo goście nie są jeszcze zespołem, który byłby w stanie grać tak mocnym pressingiem, jak Legia, przez 90 minut. W efekcie w końcówce pierwszej poły lubinianom zaczęło się grać lepiej. Najlepiej poczuł się Goliński, który rozpoczął obie bramkowe akcje. Najpierw zagrał na wolne pole do Grzegorza Bartczaka, który zagrał co do milimetra na głowę Michała Stasiaka, który z kilku metrów głową nie dał szans Mioduszewskiemu. Potem uruchomił z drugiej strony Roberta Kolendowicza, ten zagrał w pole karne, piłka spadła pod nogi Rui Miguela Melo. Portugalczyk piłkę opanował i huknął pod poprzeczkę ustalając wynik.

W drugiej połowie gospodarze grali chwilami bez sensu. Dobrze dla nich, że starali się długo przetrzymywać piłkę, ale irytujące było to, że podania wymieniali na własnej połowie jakby zapominając, że im dalej od własnej bramki tym lepiej. Kilka razy agresywnie grającym gościom udało się przejąć piłkę i gdyby nie fatalna skuteczność zwłaszcza Janoszki Ruch w Lubinie by nie przegrał. - Wywalczyliśmy to zwycięstwo - mówił po meczu Maciej Iwański, kapitan KGHM Zagłębia. - Nie zawsze można grać pięknie, dzisiaj na pewno zaliczyliśmy słabszy występ. Tym bardziej cieszą punkty i fakt, że je po prostu wyrwaliśmy dobremu rywalowi.