Ochal: Droga do Pekinu jeszcze nie jest zamknięta

- Liczę na drugą szansę od PZLA. Wiem, że mogę mieć minimum na olimpiadę w Pekinie - mówi bydgoski maratończyk, zdobywca tytułu Sportowca Roku ?Gazety? Paweł Ochal.

O kwalifikację walczył w niedzielę bez powodzenia w maratonie w Tokio. Powinien przebiec 42 kilometry 195 metrów w 2 godziny 12 minut. Zrobił to w 2:15.04

Wojciech Borakiewicz: Co cię najbardziej zaskoczyło podczas tokijskiego maratonu?

Paweł Ochal: Nigdy się nie spodziewałem, że w maratonie, w którym startuje 30 tysięcy ludzi, będę biegł sam.

Jak to sam?

- Bez żadnej grupy, która się razem wesprze nie ma szans w samotnym biegu na dobry wynik. Przed maratonem w Tokio pytałem głównego organizatora, czy będzie utworzona druga grupa biegająca na czas, który mi odpowiadał, czyli 2 godziny 12 minut. Odpowiedział, że nie.

Nie mogłeś się przyłączyć do pierwszej grupy?

- Biegają za szybko. To byłoby samobójstwo. W tej czołówce było wyznaczonych pięciu tzw. zająców, którzy mieli dyktować tempo, a ja musiałem spróbować sam umówić się z ludźmi, którym także pasował wynik w granicach 2:12, bo ich kraje ustanowiły podobne minima na olimpiadę. Znalazłem m.in. Kanadyjczyka Johna Browna i dwóch Japończyków.

O co chodzi w takiej grupie?

- Biegnie się razem i zmienia na prowadzeniu. Kiedy padł strzał startera, najlepsi wyrwali do przodu. Oglądam się za siebie i widzę dwóch moich Japończyków. Na piątym kilometrze jeden z nich dołączył do mnie. Poprosiłem go, żeby wyszedł na prowadzenie, ale po chwili widzę, że nie trzyma tempa. Potem doszedłem Browna, a ten kiwa głową, że nie jest w stanie biec na nasze umówione 2:12. Daję dalej sam i tak do 25 kilometra.

Mogłeś wówczas jeszcze zdobyć olimpijskie minimum?

- Trzymałem swoje tempo. Kolejne 10 kilometrów zdecydowało o braku minimum. Przeżyłem kryzys, ale bardziej psychiczny niż fizyczny. Zdawałem sobie sprawę, że nie dam sam zrobić tego 2:12. Myślałem o ludziach, tutaj w Polsce, którzy będą się cieszyć, że mi nie wyszło. Potem przestałem myśleć o wyniku i dobre tempo wróciło, ale tych straconych minut nie dało się odrobić.

Maraton w Tokio to twoja porażka?

- Nie. Patrząc na rekordy życiowe startujących zawodników powinienem być 50. Zająłem 16. miejsce. Przez krótki czas pomyślałem, że to koniec. Zabrakło mi w sumie tylko 4 sekund, żeby mieć minimum wymagane przez IAAF (Międzynarodową Federację Lekkoatletyczną).

A co z czasem, którego wymaga PZLA. Czy będziesz jeszcze walczył?

- Nie poddaję się. Tokio to nie tragedia. Jestem wytrenowany i chcę dalej próbować. Ale to zależy od pana Mamińskiego, szefa bloku biegów długich i maratonu w PZLA. Musi odebrać telefon.

Nie rozumiem. Człowiek odpowiedzialny w PZLA za maraton nie odbiera telefonów od członka kadry olimpijskiej?

- Nie odbiera. Zdaję sobie sprawę, że nie chodzi o mnie. Kiedyś ktoś się z kimś pokłócił i ja za to obrywam jako ostatnie ogniwo.

Najlepszą odpowiedzią byłby świetny wynik i awans na olimpiadę?

- Ale najpierw ktoś musi mi dać drugą szansę i zielone światło na start w maratonie w Hamburgu. Odbywa się pod koniec kwietnia. To idealny termin, żeby się przygotować do nowego wysiłku. Minima możemy zdobywać do 30 kwietnia. Dlatego nie chcę startować wcześniej w mistrzostwach Polski w Dębnie.

Jak się zakończy twoja walka o Pekin?

- Mam nadzieję, że pan Mamiński w końcu odbierze telefon albo zarząd PZLA będzie w stanie go przekonać. A jeśli nie, będę i tak biegał.