Mówi Marcin Cabaj: Gladiator i lew

Chcemy zagrać bardzo dobry mecz - zapewnia bramkarz Cracovii

Waldemar Kordyl: Derby będą pojedynkiem gladiatora z lwem?

Marcin Cabaj: Faworytem jest Wisła. Ma dwa razy więcej punktów od nas, ładniej gra dla oka, więcej strzela bramek, na jej mecze przychodzi dziesięć razy więcej kibiców. Więcej argumentów przemawia za nimi.

Paradoksalnie taka sytuacja może być dla Was lepsza?

- Z dna łatwo się odbić. Chcemy zagrać bardzo dobry mecz. Już wygrywaliśmy i byliśmy na siebie źli, bo słabo graliśmy. Wynik jest bardzo ważny, ale samopoczucie, czy wszystko się z siebie dało, jest nie mniej istotne.

Jak wyglądały ostatnie treningi przed derbami?

- Bramkarze ćwiczyli osobno z trenerem Rafałem Skórskim. W poprzednim tygodniu główny nacisk położyliśmy na siłę dynamiczną. Teraz dla odmiany sporo było strzałów na bramkę.

Śnią się Panu napastnicy z Wisły po nocach?

- Nie, mam zupełnie inne sny. A najlepszy sen będę miał po derbach z soboty na niedzielę. W dotychczasowych sześciu derbach trzy razy był remis i trzy razy przegraliśmy. Najwyższa pora, by siódmy mecz był wreszcie zwycięski.

Jest Pan zabobonny?

- Już tyle razy graliśmy różne mecze, nieraz o czymś zapomniałem, a i tak wygraliśmy. Potem człowiek zastanawia się, po co to wszystko? Boisko wszystko zweryfikuje, większych zabobonów nie mam. Mam raczej przyzwyczajenia, które wykonuję przed każdym meczem.

W dniu meczu wstaje Pan prawą nogą?

- Prawą nogą to każdemu radzę wstawać, bo w przeciwnym wypadku może trafić się cięższy dzień. Uspokojeniem duchowym przed meczem jest modlitwa w szatni. Nie modlę się o to, by nie puścić gola, ale o dobro drużyny, by nikt nie doznał kontuzji.

A może kibice modlą się, byście nie przegrali wysoko z Wisłą?

- Którzy? Prawdziwi kibice tak nie mówią. Jak wychodził gladiator i walczył z lwami, to dopingował skazanego na porażkę gladiatora i wierzył w niego. Komuś może nie podobać się nasza gra, można sobie mruczeć pod nosem, swojemu zespołowi zawsze trzeba życzyć szczęścia i wygranej.

Które derby zapamiętał Pan najbardziej?

- Chyba te pierwsze, zakończone 0:0 przy Reymonta. To był jeden z pierwszych moich meczów w I lidze. Wisła młóciła wtedy wszystkich po 5:0, nieważne czy u siebie, czy na wyjeździe. Zagraliśmy mądrze taktycznie i zremisowaliśmy w dziesiątkę. Pamiętam też remis 1:1 za trenera Mikulskiego, choć wtedy mogliśmy pokusić się o wygraną.

W tym sezonie straciliście tylko jednego gola na własnym stadionie, ale w sześciu spotkaniach z Wisłą zdobyliście jedną bramkę.

- Mam nadzieję, że koledzy się obudzą i zaczną strzelać. Trzeba też zacząć remisować na wyjazdach. U siebie stwarzamy dość dużo sytuacji, tylko trzeba je wykorzystać. A z Wisłą - w przeciwieństwie do spotkań z ŁKS-em czy Groclinem - takich okazji nie będzie zbyt dużo.