I liga piłki nożnej: Jagiellonia - Widzew 2:1

Piłkarze Jagiellonii w pierwszym w Białymstoku meczu przy jupiterach pokonali 2:1 Widzew Łódź. Bramkę na 1:0, będącą zarazem setną w historii występów białostoczan w I lidze, zdobył Marek Wasiluk. Zwycięską zaś Vuk Sotirović, który zaczyna grać na miarę wysokich umiejętności

Wykonawca oświetlenia ufundowanego przez władze Białegostoku borykał się z wieloma problemami, ale po całonocnym finiszu prac w sobotę rano montaż został zakończony.

- Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, by zdążyć na Widzew - zastępca prezydenta Tadeusz Arłukowicz z pełną powagą komentował opóźnienie w realizacji inwestycji, ale trochę też żartował, bo nie jest tajemnicą, że od dawna jest fanem łódzkiej drużyny.

Nie on jeden na Podlasiu. To z Widzewem przed 20 laty na tym samym stadionie Jagiellonia zaliczyła historyczny debiut w ekstraklasie. Wtedy był remis, teraz gospodarze musieli wygrać, by przed serią spotkań z faworytami rozgrywek, odskoczyć choć trochę od dołu tabeli.

Pojedynek rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem, bowiem sympatycy Widzewa nie chcieli zwinąć flag z zakazanymi symbolami. W końcu delegat PZPN odpuścił i mecz transmitowany na żywo w Canal+ mógł się rozpocząć. Oprócz tego incydentu, o którym musimy wspomnieć z przykrością, na trybunach panowała wspaniała atmosfera. Żywiołowy doping, ciekawa oprawa, no i blask jupiterów, sprawiły, że popisy piłkarzy oglądało się z prawdziwą przyjemnością.

Gole obrońców

W pierwszej części rywalizacji w rolach głównych wystąpili obrońcy gospodarzy: Marek Wasiluk i Rodnei. W 21. min po rzucie rożnym wykonywanym przez Jacka Markiewicza Wasiluk uciekł Robertowi Kłosowi i wykorzystując swoje 197 centymetrów wzrostu ładnym strzałem głową otworzył wynik.

- Biegłem, skoczyłem, strzeliłem i bramka - opowiadał 20-letni rodowity białostoczanin, wychowanek Miejskiego Ośrodka Szkolenia Piłkarskiego. - Z racji wzrostu powinienem takie gole strzelać już wcześniej i były ku temu okazje. Chyba czekałem do tej setnej.

Wasiluk zdobył swoją pierwszą bramką w ekstraklasie, ale jednocześnie setną w historii występów Jagiellonii na tym poziomie rozgrywek.

- Wszystko się ułożyło tak, jakbym tego sobie życzył: trzy punkty, bramka. Dla takich chwil warto żyć. Ciężko opisać, co czułem. Szał radości - cieszył się zawodnik.

Mniej zadowolony, schodząc do szatni (szczególnie po I połowie) był Brazylijczyk, którego z racji dobrej gry zimą białostoczanie nie będą raczej w stanie zatrzymać u siebie. Tym razem miał jednak pecha. W 40. min Dariusz Łatka nie przeciął prostopadłego podania do Stefano Napoleoniego. Włoch zagrał piłkę do środka w kierunku Grzegorza Piechny, ale wpadł na nią wracający Rodnei i skierował do własnej bramki. Jagiellończycy do przerwy mogli prowadzić więcej niż jedną bramką, ale remisowali.

Mecz drużyn walczących o utrzymanie miał być jednak przede wszystkim doskonałą okazją do przełamania się napastników obu ekip. Czwarty ligowy mecz w Widzewie po powrocie do Polski rozgrywał Grzegorz Piechna. 31-letni król strzelców od V do I ligi (w sezonie 2005/2006 w barwach Korony Kielce) nie trafił jeszcze do siatki. Trener Marek Zub zastanawiał się nawet, czy nie posadzić go na ławce aż lepiej fizycznie przygotuje się do gry. Znowu postawił jednak na Piechnę, licząc na jego umiejętność dochodzenia do sytuacji strzeleckich. I faktycznie, mimo słabych w wykonaniu gości ataków, ich najbardziej wysunięty do przodu zawodnik miał swoje okazje - w 1., 18. i 23. min - za każdym razem coraz lepsze, lecz marnował je. Miał też jakiś tam udział przy golu wyrównującym, ale po przerwie prezentował się coraz słabiej i został zmieniony.

- Z meczu na mecz chcę potwierdzać, że Grzegorz Piechna potrafi jeszcze grać w piłkę. Potrzebuję tylko jednej bramki. Jak strzelę, będzie już z górki - twierdził.

Groźny duet

Znacznie lepiej wypadli napastnicy gospodarzy, chociaż gola zdobył tylko Serb. Im grało się trochę łatwiej, bo chociaż trener Artur Płatek też preferuje grę jednym atakującym, tym razem z przymusu wystawił na boisko dwóch. Kontuzji doznał bowiem lider żółto-czerwonych Aleksander Kwiek. W związku z tym na pozycję ofensywnego pomocnika cofnął się Remigiusz Sobociński. 33-letni piłkarz w poprzednim sezonie prezentował chyba najrówniejszą formę w drużynie i często zdobywał zwycięskie gole. Po awansie zaliczył jednak tylko jedno trafienie, z meczu na mecz popadając w coraz większy marazm.

Na szpicy zagrał zaś Vuk Sotirović. 25-letni Serb w poprzednim sezonie jeszcze w Zawiszy Bydgoszcz szedł jak burza po koronę króla strzelców. Skuteczność zatracił zaraz po przeniesinach do Białegostoku. Do tego doszedł nieraz lekceważący stosunek do obowiązków i w końcu napastnik wylądował na ławie. Ostatnio jednak wyraźnie wziął się do pracy i udowodnił, że może być kimś znaczącym w I lidze.

Współpraca zawodników Jagiellonii układała się bardzo dobrze. Sobociński powinien pokonać Bartosza Fabiniaka właśnie po podaniu kolegi z ataku, innym razem sam idealnie wyłożył mu piłkę. Miał jeszcze jedną wyśmienitą okazję po zagraniu Markiewicza, ale nie opanował piłki.

- Wciąż pocieszające jest to, że są sytuacje, ale muszę zacząć je wykorzystywać. W I lidze można mieć tylko jedną okazję na mecz i trzeba zamienić ją na bramkę - mówił jeden z najbardziej doświadczonych piłkarzy Jagiellonii.

Sotirović wypadł lepiej, zresztą najlepiej na boisku. Oprócz wspomnianych przy Sobocińskim sytuacji, wypracował jeszcze pozycję strzelecką Markiewiczowi, a ponadto w pojedynkę dwukrotnie oszukał obrońców Widzewa i zagroził Fabiniakowi. No i w końcu trafił do siatki. W 63. min po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, uciekł Adrianowi Budce i głową ustalił wynik na 2:1.

- Trener kazał uważać nam na rzuty rożne gospodarzy, a my w ten sposób straciliśmy dwie bramki - z niedowierzaniem kiwali głowami kolejni piłkarze Widzewa.

- To była nasza silna broń już w II lidze, ale po awansie coś się zacięło - opowiadał Markiewicz. - Ostatnio trochę pozmienialiśmy, ja zacząłem je wykonywać i dzisiaj dobrze to wyszło.

Teraz na Wisłę

Jagiellonia nie zdobyła żadnego gola z akcji, ale sytuacji bramkowych miała znacznie więcej od gości i wygrała jak najbardziej zasłużenie. To trzecia wygrana w tym sezonie. Jak na razie wszystkie 11 punktów podopieczni Płatka zdobyli przed własną publicznością. O punkty wyjazdowe w najbliższej kolejce będzie ciężko, bo na białostoczan w Krakowie czeka Wisła.

A z kim zagra Widzew? Kibice z Łodzi dawno żyją tym meczem. Piłkarze nie zdążyli jeszcze zejść z murawy, a już słyszeli ze strony swoich fanów: - Tylko wygrajcie nam derby [czyli mecz z ŁKS-em Łódź - red.]!

Jagiellonia Białystok - Widzew Łódź 2:1 (1:1)

Strzelcy bramek: Marek Wasiluk (21. - głową po podaniu Markiewicza), Vuk Sotirović (63. - głową po podaniu Markiewicza) - Rodnei (40. - samobójcza po zagraniu Napoleoniego)

Jagiellonia: Banaszyński - Łatka, Nawotczyński, Rodnei, Wasiluk Ż - Everton, Markiewicz - Dzienis (61. Niedziela), Sobociński (61. Gevorgyan), Jarecki (75. Chańko) - Sotirović.

Widzew: Fabiniak - Kłos (50. Lisowski), Stawarczyk, Oshodagan, Ł. Broź - Kuklis - Budka, Bogunović, Masłowski, Napoleoni (65. Panka) - Piechna (66. Grzelczak)

Sędziował (jako główny): Mirosław Górecki z Katowic. Widzów: ok. 9000.