Chelsea za 5 milionów funtów

- Bez stylu, bez pewności siebie, bez werwy. Chelsea wyglądała, jakby sklecono ją w ostatniej chwili za 5 mln, a nie 500 mln funtów. Za te pieniądze Roman Abramowicz miał prawo oczekiwać czegoś więcej niż remis z półamatorami - grzmi angielska prasa po remisie ?The Blues? z Rosenborgiem Trondheim 1:1

Najdalej w krytyce poszedł brukowy "The Sun", który zatytułował relację z meczu: "Mourons", zestawiając słowo "morons" (kretyni) z nazwiskiem trenera wicemistrzów Anglii José Mourinho. "Gdyby grali kontuzjowani Didier Drogba i Frank Lampard, Chelsea pewnie by wygrała. Gdyby po strzałach Florenta Maloudy i Salomona Kalou piłka zamiast w słupek, trafiłaby do siatki, byłyby zasłużone trzy punkty. Ale taką drużynę jak Rosenborg, która w przyszłym sezonie może nie zagra nawet w Pucharze UEFA [na sześć kolejek przed końcem ligi norweskiej Rosenborg jest dopiero piąty], powinni byli roznieść. Śmiech Abramowicza w jego loży po stracie gola na 0:1 był wymowny. Jego plany o uczynieniu z Chelsea" europejskiej dynastii, która seryjnie będzie wygrywać Ligę Mistrzów "brzmią dziś jak dowcip" - napisał w komentarzu "Daily Mirror".

"The Times" zwraca uwagę, że po ostatnich słabych występach drużyny José Mourinho w Premier League (0:2 z Aston Villa i 0:0 z Blackburn) wtorkowy pojedynek z Rosenborgiem przybyło obejrzeć tylko 24 tys. widzów - to najmniejsza frekwencja od czterech lat. - Czy jestem zaniepokojony? Nie, jestem po prostu zmartwiony, że nie wygraliśmy wygranego meczu. Choć oddaliśmy 20 strzałów, zdobyliśmy tylko jedną bramkę. Jeśli to oznacza, że do zdobycia dwóch bramek potrzebujemy 40 strzałów, a trzech - 60 - to byłby powód do zmartwień dla trenera. Bo ja sam nie mogę wbiec na murawę i strzelić - mówił Mourinho.

Portugalczyk zastrzegł jednak, że remis w najmniejszym stopniu nie umniejsza szans Chelsea na awans do rundy pucharowej. - Normalnie powinno się wygrywać u siebie mecze z najsłabszą drużyną w grupie, ale nie przeraża nas sytuacja, bo my lubimy wyzwania. Wygląda na to, że teraz w dwumeczu z Valencią musimy zdobyć co najmniej cztery punkty, ale przecież to nie jest dramat - dodał.

A bramkarz Petr Cech zapewnił na lamach "Guardiana", że nie ma mowy o żadnym kryzysie. - Na chwilę zgubiliśmy gdzieś instynkt killera, który nie pozwala nam wykańczać rywala. Ale mamy tak świetnych piłkarzy, że on na pewno wróci. Niedzielny mecz z Manchesterem United na Stamford Bridge to idealna okazja - stwierdził.

Jedynym zawodnikiem Chelsea, który po meczu mógł czuć odrobinę satysfakcji, był Andrij Szewczenko, którego gol uratował dla "The Blues" remis. Dla Ukraińca, który na Stamford Bridge przeszedł za ponad 40 mln euro (roczny budżet Rosenborga to 25 mln), była to 60. bramka w europejskich pucharach. Jeszcze dwie, a wyrówna rekord wszech czasów legendarnego Gerda Muellera z lat 70. Szewczenkę, który niedawno usłyszał od Mourinho, że jest w Chelsea napastnikiem nr 4, wreszcie znów zestawiono z najlepszymi. Gole we wtorek zdobyli bowiem wszyscy ścigający napastnika Bayernu Monachium - Raul (61 goli w pucharach), Ruud van Nistelrooy (60), a także jego były kolega z AC Milan Filippo Inzaghi (60).

Mourinho nie znalazł dla Szewczenki ciepłego słowa. - On jest częścią drużyny, która powinna była odnieść zwycięstwo, ale tego nie zrobiła. Nie mam go za co chwalić, ani żadnego z jego kolegów - stwierdził. A "Szewa" spotkał się na dodatek z krytyką byłego reprezentanta Irlandii Tony'ego Cascarino, który napisał w swej rubryce w "Timesie", że Ukrainiec jest cieniem wielkiego zawodnika, jakim był w Milanie. "Jeden gol przeciwko Rosenborgowi tego nie zmieni. Cóż takiego zrobił? Oddał jeden dobry strzał głową. Kupi tym kilku kibiców Chelsea, którzy jeszcze nie stracili do niego cierpliwości. Grał z wypisanym na twarzy strachem przed niepowodzeniem. Słaby fizycznie i psychicznie" - napisał Irlandczyk.

Dostało się drugiej angielskiej drużynie - Liverpoolowi, który zremisował na wyjeździe z FC Porto 1:1. Jednak to Portugalczycy byli przez cały mecz stroną dominującą i zasługiwali na wygraną. "The Reds" popełniali mnóstwo błędów w obronie, w tym ten, po którym sędzia Lubos Michel podyktował karnego za faul José Reiny. W dodatku goście przez ostatnie pół godziny musieli grać w dziesiątkę, bo czerwoną kartkę za głupi faul dostał Jermaine Pennant.

- Niby każdy punkt zdobyty na wyjeździe powinien cieszyć, ale w takiej formie nie mamy co marzyć o kolejnym finale Ligi Mistrzów. Musimy poprawić grę każdej formacji. Naszą siłą jest udany początek meczu, a potem skuteczna gra z kontry. W Porto nic z tych planów nie wypaliło, a stratę odrobiliśmy tylko dzięki wielkiemu doświadczeniu - stwierdził po meczu na łamach "Guardiana" kapitan Liverpoolu Steven Gerrard.

- Pierwsze 30 minut było najtrudniejsze w historii naszych występów w Lidze Mistrzów. Porto grało lepiej niż Milan w pierwszej połowie finału w Stambule. Czasami trzeba umieć przyznać po meczu, że twój rywal cię przerastał. Pocieszam się tylko, że w rewanżu na Anfield FC Porto będzie miało do czynienia z zupełnie innym Liverpoolem - dodał obrońca Jamie Carragher.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.