Miętta-Mikołajewicz: Nikogo nie namaszczę

- Bez wkładu prezesa Cupiała nie odnieślibyśmy sukcesów z ostatniego dziesięciolecia. Jedno trzeba sobie powiedzieć jednak otwarcie: niestety, niejednokrotnie prezes słucha podszeptów ludzi, którzy źle mu podpowiadają, i na tym traci bardzo dużo - mówi niedawny prezes Wisły SSA Ludwik Miętta-Mikołajewicz.

Michał Białoński: Obejmując prezesurę w Wiśle SSA, postawił Pan sobie ambitny cel: uporządkowanie piłkarskiej spółki. Udało się?

Ludwik Miętta-Mikołajewicz: Uporządkowanie takiej spółki, jaką jest Wisła SSA, to nie jest prosta sprawa. Zarząd najczęściej jest tylko wykonawcą decyzji, które zapadają gdzie indziej - wyżej. W dużym stopniu ma związane ręce.

Gdy w grudniu 2005 r. rzecznik Jerzy Jurczyński prezentował Pana jako prezesa Wisły SSA, gwarantował w imieniu właściciela, czyli Tele-Foniki, że nowy zarząd będzie miał niezależność. To były tylko obiecanki?

Okazało się, że tak. Obietnica ta nie została zrealizowana. Kluczowe decyzje kadrowe i transferowe zapadały gdzie indziej, zarząd je tylko firmował. Wisła SSA w ostatnich latach straciła na swej wiarygodności właśnie przez zawirowania kadrowe. W tej chwili w spółce najważniejsza jest stabilizacja. Wisła SSA łaknie jej jak kania dżdżu.

W czym przeszkadza ten brak stabilizacji?

Przede wszystkim w sprawach transferowych. Parę lat temu wystarczyło kiwnąć palcem i ustawiała się kolejka zawodników chętnych do gry w Wiśle. Dzisiaj wielu piłkarzy zastanawia się, czy warto przyjść na Reymonta. Na dodatek wyrosła mocna konkurencja. Kiedyś tylko Wisła SSA miała pieniądze. Dzisiaj inne kluby z czołówki również dobrze płacą. Ostatni przykład przegranego wyścigu z Legią o napastnika Bartłomieja Grzelaka jest tego dobitnym dowodem.

Stabilizację w sprawach transferowych powinien zapewnić dyrektor sportowy. Odkąd straciliście Grzegorza Mielcarskiego, nie udało się wam znaleźć następcy. Co Pan zrobił, by zatrzymać Mielcarskiego?

Mielcarski niewątpliwie budził zaufanie, ale nie mógł się pogodzić z sytuacją, jaka istniała w Wiśle. On również miał ograniczone możliwości działania. Dlatego postanowił odejść. Powiedzmy sobie też szczerze, że nie wszystkie jego decyzje były trafione.

Nie tylko Mielcarskiego wypada żałować. W sportowej spółce jest ukryty "talent" do pozbywania się ludzi wartościowych: Tadeusza Czerwińskiego [były prezes], Tomasza Turzańskiego [były przewodniczący rady nadzorczej], Mielcarskiego, Kubę Jarosza [były dyrektor wykonawczy], a ostatnio Marka Koniecznego [były kierownik drużyny]. Wszyscy oni daliby się za Wisłę pokroić.

Jeszcze częściej zmiany zachodzą w sztabie szkoleniowym.

A tu stabilizacja jest potrzebna jeszcze bardziej. Ciągłe zmiany trenerów, a co za nimi idzie - sposobu treningów, powodują u zawodników zaburzenia w układzie fizjologicznym i wprowadzają mętlik w ich głowach. Nie dziwmy się obniżce formy piłkarzy, jeśli co trzy miesiące mają innego szkoleniowca. Trenerem, który mógł nam gwarantować rozwój na długie lata, był Henryk Kasperczak. Gdyby to ode mnie zależało, trenowałby Wisłę do dzisiaj. Większość trenerów, których przy Reymonta obserwowałem, przerasta o głowę warsztatem trenerskim. Pod tym względem dorównać mu może chyba tylko Orest Lenczyk.

Nie wierzy Pan w Adama Nawałkę?

Ależ skąd! Życzę mu jak najlepiej, wiążę z nim spore nadzieje. Oby się sprawdził.

Za rok pańskiej prezesury przez pierwszą drużynę przewinęło się aż czterech trenerów. Pod Jerzym Engelem, którego można nazwać największą porażką, podpisywał się Pan obiema rękoma. Dlaczego?

Engela opiniowałem pozytywnie, gdyż przede mną i przed Bogusławem Cupiałem rozwinął bardzo ciekawy program szkoleniowy. Fakt - nie udało mu się go zrealizować. Drużyna nie najlepiej funkcjonowała pod jego rządami, aczkolwiek trzeba pamiętać o zwycięstwie nad Panathinaikosem.

Sprowadzenie Dragomira Okuki?

Przymierzano się do niego jeszcze przed zatrudnieniem Petrescu. W grudniu ubiegłego roku po raz pierwszy padło hasło "Okuka", ale wtedy on nie mógł do nas przyjść. Pracował z młodzieżówką Serbii. W związku z tym Mielcarski sprowadził Dana Petrescu.

Jak z tym Petrescu było? Popierał go Pan czy nie?

Warsztat szkoleniowy miał dobry, bardzo duże zaangażowanie i był bardzo sympatycznym człowiekiem. Problem w tym, że miał zbyt małe doświadczenie trenerskie jak na Wisłę. Po drugie, wydaje mi się, że sam będąc doskonałym obrońcą, miał nikłe pojęcie o grze ofensywnej i to się odbiło na zespole. Wisła za jego czasów grała nieźle w defensywie, ale zatraciła walory ofensywne, które piłkarzom wpoił Kasperczak. To był błąd Petrescu, chociaż szkoda, że nie dano mu doprowadzić drużyny do końca rundy jesiennej.

Gdyby to od Pana zależało, Petrescu nie zostałby zwolniony w przeddzień uroczystego meczu z Sevillą i przed rewanżem z Iraklisem?

Nie chcę tego uwypuklać.

Dlaczego? Kibice nie mogli zrozumieć nagłej zmiany Pańskiego stanowiska. Najpierw chwali Pan Petrescu, a tydzień później gani. Po co Pan ma zbierać cięgi za nie swoje decyzje i błędy.

Wie pan... Pomińmy ten temat.

A Okuka?

Nie można go rozliczać po tak krótkim okresie. Trenera można ocenić, gdy przepracuje z zespołem okres przygotowawczy. Natomiast Okuka zastał drużynę w stanie nie najlepszym i trudno mu było ją poskładać. Do Kasperczaka mu jednak daleko.

Dlaczego doszło do parodii przy zatrudnianiu na stanowisku dyrektora sportowego Marka Kusty? Kusto wypełniał już obowiązki, ale nie doczekał się do podpisania umowy.

Początkowo jego kandydaturę zaakceptowano, później prezes Cupiał zmienił zdanie. Jestem przekonany, że Kusto sprawdziłby się jako dyrektor sportowy.

Wcześniej podobna przygoda była z Jerzym Kowalikiem.

Kowalik nie potrafił się dogadać z właścicielem i dlatego zrezygnował.

Co przez rok pracy w radzie nadzorczej Wisły udało się załatwić byłemu prezesowi Ruchu Krystianowi Rogali, którego Pan zachwalał na konferencji prasowej?

Nie ja go rekomendowałem, obsada rady nadzorczej nie leżała w moich kompetencjach.

Druga sprawa - skaut Zdzisław Kapka. Jego obecność w strukturach spółki nie wpływa dobrze na wizerunek klubu. Naprawdę uważa Pan, że bez niego Wisła nie jest sobie w stanie poradzić?

Nie ma w spółce ludzi niezastąpionych.

Przykład pana Kapki pokazuje jednak, że on do takich należy. Kibice nazywają go "niezatapialnym".

Nie zamierzam tego komentować. Zdzisław Kapka był niewątpliwie wybitnym piłkarzem Wisły, ale co do jego udziału w strukturach spółki, to pytanie proszę kierować w innym kierunku. Nie do mnie.

O co chodzi tak naprawdę w sporze TS-u z SSA o tereny? Podobno obiecał Pan prezesowi Cupiałowi, że przekaże dwa boiska - mineralne i trawiaste - pod budowę centrum szkoleniowego, a teraz Pan odmawia.

Po pierwsze, mineralne jest nadal własnością miasta, nie zostało nam przekazane. Poza tym nie mogłem nic obiecać, bo wtedy nie dysponowaliśmy jeszcze pozostałymi terenami.

Ale od grudnia już macie je na 99 lat w wieczyste użytkowanie.

Decyzja o przyznaniu TS-owi Wisła - jako organizacji pożytku publicznego - budynków i terenów - zapadła jednomyślnie na posiedzeniu Rady Miasta Krakowa. Nawet radny Józef Lassota [prezes KS Cracovia] głosował za jej podjęciem.

Zatem nie obiecywał Pan Cupiałowi boiska treningowego?

Owszem, rozmawialiśmy na ten temat. Stwierdziłem, że gdy TS Wisła uzyska prawo wieczystego użytkowania terenu, siądziemy do stołu i będziemy rozmawiać na temat warunków budowy ośrodka. I dalej to podtrzymuję! Nie zrobię jednak nic, co będzie sprzeczne z literą prawa. Jeżeli będzie budowany ośrodek treningowy, to jesteśmy skłonni udostępnić tereny.

Czyli problem sam się rozwiązuje?

Nie, bo stawiamy dwa warunki. Pierwszy jest taki, że spółka musiałaby wziąć pod swoją opieką szkółkę piłkarską z najmłodszymi dziećmi, których w TS-ie mamy blisko trzysta, a które nie mają żywcem gdzie ćwiczyć.

A drugi warunek?

Pięć lat temu prezes Cupiał wszedł w posiadanie terenów dzięki wymianie z MKS-em Cracovia. W tym czasie Cracovia na zyskanych wówczas po klubie Kabel obiektach zbudowała boiska, poprawiła infrastrukturę szkoleniową. Bogusław Cupiał od pięciu lat dysponuje czterema hektarami ziemi po byłym stadionie lekkoatletycznym i co? Dalej tam rosną chaszcze. Jeżeli zacznie budowę ośrodka właśnie na tych czterech hektarach, uwiarygodni to, co było do tej pory mówione. Od czegoś zacznijmy. Mirosław Senderski [wiceprezes Wisły SSA] deklarował, że do października na terenach stadionu lekkoatletycznego powstanie boisko ze sztuczną nawierzchnią, i nic z tego nie wynikło.

Dlaczego piłkarskiej spółce nie wiedzie się tak jak sekcji koszykówki kobiet, która gromi jak chce krajową konkurencję?

To nie tylko kwestia zarządzania, ale w dużym stopniu wytworzenia dobrej atmosfery. Z powodu ciągłych zmian, jakie w spółce następują, w drużynie piłkarzy tego brakuje. Bez atmosfery nie ma wyników w sportach zespołowych. Koszykarki to trudna drużyna, złożona z przedstawicielek różnych narodowości, ras i wyznań. Na dodatek to dziewczyny i choć one często mają różne humory, to jednak potrafiły znaleźć nić porozumienia. Nie byłoby tego, gdyby wokół drużyny nie panowała dobra atmosfera, a tego w piłkarskiej spółce brakuje.

Na koniec jubileuszowego roku "Biała Gwiazda" świeci blado.

Moim zdaniem jednym z warunków poprawy nadszarpniętego wizerunku Wisły SSA jest ścisła współpraca z TS Wisła. Bez historii i tradycji Towarzystwa klub traci bardzo wiele. Wiele rzeczy nas łączyło, łączy i będzie łączyć. Próby podziału doprowadzają tylko do utraty wiarygodności, bo dla kibiców Wisła jest jedna - "Biała Gwiazda". To trzeba uszanować, to się przede wszystkim liczy.

Nie boi się Pan, że prezesowi Cupiałowi wypaliła się formuła na klub piłkarski? Nie widać, by miał jeszcze energię i pomysły na to, jak go rozwijać. Już dwa lata temu zadeklarował, że chce sprzedać udziały w Wiśle SSA.

Mam szacunek i uznanie dla tego, co prezes Cupiał dla Wisły zrobił i robi cały czas. Bez jego wkładu nie odnieślibyśmy sukcesów z ostatniego dziesięciolecia. Jedno trzeba sobie powiedzieć jednak otwarcie: niestety niejednokrotnie prezes słucha podszeptów ludzi, którzy źle mu podpowiadają, i na tym traci bardzo dużo.

W marcu 2007 r. odbędą się wybory w TS-ie. Kandyduje Pan na kolejną kadencję?

Nie, już dziękuję. Kolejne cztery lata prezesury to już dla mnie za dużo.

Ma Pan już następcę?

To wyborcy muszą go wskazać. Ja nie zamierzam namaszczać nikogo.

* Ludwik Miętta-Mikołajewicz jest prezesem TS Wisła, do 22 grudnia był też prezesem Wisły SSA