Prezes Anwilu Zbigniew Polatowski: Czas na ryzyko

Nie chcemy być klonem jakiegoś zespołu, Prokomem-bis. Mamy swoje pomysły na walkę o mistrzostwo - mówi o nowym sezonie koszykarzy Anwilu Zbigniew Polatowski

Rozmowa z prezesem Anwilu

Paweł Rzekanowski: Anwil to teraz nowy sztab szkoleniowy, nowi działacze, nowy skład. Niemal rewolucja.

Zbigniew Polatowski: Ale trzeba kiedyś zaryzykować. Chcieliśmy docenić pracę Davida Dedka (trenera Anwilu, a do tej pory asystenta - przyp. red.), osoby, którą obserwowaliśmy przez ponad trzy lata. Widać jego zaangażowanie, ma odpowiednią wiedzę.

Ale zarzuca mu się małe doświadczenie w roli samodzielnego trenera.

- Nieprawda. Na Słowenii jako bardzo młody trener prowadził drużyny kobiet i mężczyzn w ekstraklasie.

Dedek preferuje bardziej ofensywną koszykówkę. Anwil się zmieni po okresie, kiedy poprzedni trener Andrej Urlep chciał wygrywać mecze tylko obroną?

- Dobór zawodników świadczy o tym, że zmiany będą. Chcemy teraz zrównoważyć obronę i atak z naciskiem na to drugie.

Kibiców przyciągają zwycięstwa. Co z tego, że drużyna zagra widowiskowo, jeśli będzie gorsza od rywali? Kiedyś wszyscy zachwycali się zawodnikiem Lecha Poznań Ronnie Battle. Rzucił nam 49 punktów. Ale co z tego, skoro nasz zespół wygrał 20-toma? Znam takich zawodników, którzy po rozegraniu meczu patrzą w gazety i nie interesują ich wyniki, ale to ile punktów rzucili. Nie o to nam chodzi.

Anwil będzie miał w nowym sezonie więcej pieniędzy?

- Budżet jest wyższy. Powiększył się o nieco ponad 8 procent.

Wystarcza to na walkę o mistrzostwo? Prokom/Trefl - jeśli patrząc przez pryzmat pieniędzy - jest poza zasięgiem zespołów ekstraklasy.

- Nie przesadzajmy. W ostatnim finale też tak się mówiło, a gdybyśmy w trzecim meczu zdobyli więcej punktów z rzutów osobistych, a nie marnowali takie okazje, byłoby zwycięstwo. I kto wie, czy to nie Anwil zostałby mistrzem. Poza tym już dochodziło do sytuacji, że małe, słabe kluby wygrywały z mocarzami. Pieniądze to nie wszystko. Chcemy wychowywać zawodników, patrzeć jak się rozwijają.

I tak było z dotychczasowym kapitanem Robertem Witką, który całą karierę spędził w Anwilu. A teraz przeniósł się do Turowa Zgorzelec. Bardziej chciał tego Witka, czy klub?

- Było to porozumienie obu stron. Robert czuł się tutaj zmęczony. Grał we Włocławku dziesięć lat. Odchodzi tylko na rok do Zgorzelca, po to by na razie zmienić klimat, a potem wrócić. Z resztą do Turowa trafia przypadkowo, bo zawiódł go agent, który obiecywał kontrakt we Włoszech, Turcji lub Hiszpanii. Zgorzelec był ostatnim rozwiązaniem, bo nie było klubu, który byłby mu w stanie zapłacić taki kontrakt, jaki miał w Anwilu.

Prezesem Turowa został Arkadiusz Krygier, dotychczasowy dyrektor Anwilu. Pan nie chce sprawdzić się w nowych warunkach?

- Jeśli ktoś jest takim działaczem jak ja, nie mógłby pracować dla innego klubu koszykarskiego. Nie potrafiłbym przejść do konkurencji i nic z tego sobie nie robić. Dwa razy miałem propozycje objęcia innych klubów w Polsce, ale nigdy z tego nie skorzystałem i nie skorzystam. Nigdy, po prostu nigdy. Jeśli odejdę z Anwilu to albo do innej pracy, albo w niebyt. Ale na pewno nie koszykarski.

Drugim niskim skrzydłowym w Anwilu ma być Zbigniew Białek - kiedyś kandydat do gry w lidze NBA, a teraz koszykarz o wielkich problemach ze zdrowiem. Nie grał przez ponad rok. Warto w niego inwestować?

- Czasami trzeba zawodnikom pomóc, reaktywować. W pełni zdrowy Białek to taka mieszanka Michała Ignerskiego i Szymona Szewczyka.

Ale zdrowy.

- Zbyszek jako wolontariusz zgodził się na naszą propozycję pracy przez miesiąc we Włocławku. Trenował i po czterech tygodniach zrobiliśmy mu specjalistyczne badania. Wykazały, że jest w pełni zdrowy. Uznaliśmy więc, że będzie u nas przez najbliższe trzy lata. Na wszelki wypadek zawarliśmy w kontrakcie klauzulę, że jeśli jego uraz się odnowi, możemy rozwiązać umowę. A kiedy po Polsce rozeszły się pocztą pantoflową informacje, że Białek jest zdrowy i będzie w Anwilu, kluby, które do tej pory go nie chciały, zaczęły kusić dobrymi ofertami. Czuję niesmak. Dopiero, kiedy mu pomogliśmy, ktoś się nim zainteresował. On ma wielkie serce do walki, nawet do tego stopnia, że kiedyś w Słupsku kiedy rzucał nam jedną "trójkę" za drugą, pokazywał naszej ławce nawet środkowy palec (śmiech). Przy jego szalonej ochocie do zwycięstw, rywalizacji, taka sportowa złość może wyjść nam tylko na dobre.

Anwil zatrudni w tym sezonie takich amerykańskich graczy, którzy jeszcze nigdy nie grali w Polsce. Dlaczego klub nie jest zainteresowany zawodnikami już sprawdzonymi w lidze?

- Mieliśmy oferty od Miah Davisa, Omara Barletta, Steve'a Thomasa i innych. Ale takich zawodników z przeszłością w innych klubach bierzemy w wyjątkowych sytuacjach. Nie chcemy być klonem, Prokomem-bis, Czarnymi-bis, Polpakiem-bis. Mamy swoje pomysły na zespół. Sami promujemy koszykarzy, którzy trafiają do najlepszych klubów.

W ubiegłym sezonie trener Andrej Urlep po macoszemu traktował międzynarodowe rozgrywki w Pucharze ULEB. Teraz Anwil chce to zmienić?

- Można powiedzieć, że Urlep był ważniejszy niż ULEB... Będziemy chcieli, aby tym razem było już inaczej. Ale pod względem budżetu, jesteśmy na samym końcu uczestników Pucharu, więc to spore wyzwanie. Ale chcemy zmienić naszą historię w pucharach. Tak jak zmienia się Anwil, niech i się zmieniają jego rezultaty.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.