Kac Realu Madryt i Barcelony

Valencia - Real kitem kolejki. Ronaldo zmarnował karnego w 89. min, a ewidentnej jedenastki sędzia nie podyktował dla Valencii. W niedzielę wieczorem Barcelona przegrała z Osasuną 1:2. Czerwonymi kartkami zostali ukarani Edmilson i Thiago Motta. To czwarta porażka w lidze w tym sezonie.

Primera Division, 27. kolejka - wyniki, tabela

- Myślałem, że sędzia zagwizdał, więc złapałem piłkę w ręce. I gdy usłyszałem głos Casillasa: "Czyś ty zwariował", zrozumiałem swój błąd - opowiadał Sergio Ramos o sytuacji, która wydarzyła się w polu karnym Realu. Na szczęście dla stopera skandalicznie zareagował międzynarodowy arbiter Mejuto Gonzalez. Zamiast dać gospodarzom karny, podyktował wolny dla Realu. Tę decyzję wyśmiewają wszystkie media w Hiszpanii.

Mecz drugiej drużyny z trzecią był słaby, a sytuacji pod bramkami jak na lekarstwo. Pojedynku nie rozstrzygnął karny, który powinien być, ale też nie rozstrzygnął karny, który był. W 89. min bramkarz Valencii Canizares sfaulował Ronaldo w polu karnym, ale za chwilę obronił jego strzał z 11 metrów. - Jak jest dobrze, to bywa, że piłka wpada do bramki po podaniu. Jak nie idzie, to wszystko wychodzi źle - żalił się Ronaldo, przyznając, że wykonał "jedenastkę" najgorzej jak mógł. Tym razem jednak prasa z Madrytu nie jego obarcza winą za stratę punktów, ale trenera Lopeza Caro, który zestawił zespół tak zachowawczo, że na zwycięstwo w Walencji nie było szans. "60 mln euro śmiało się z Realu z ławki rezerwowych" - napisał barceloński "Sport" o decyzji trenera, który pozostawił w rezerwie trzech napastników: Ronaldo (kosztował Real 25 mln euro), Robinho (30 mln) i Cassano (6 mln). Wszyscy oni pojawili się na boisku dopiero między 62., a 87. min.

Z czego wynikało takie kunktatorstwo Lopeza Caro? Przecież tracąc do Barcelony dziesięć punktów, Real musiał grać o zwycięstwo, by uratować choć cień nadziei na jedyny tytuł w tym sezonie. Decyzje trenera są realizacją polityki nowego prezesa Fernando Martina, który zapowiada, że odnowa w zespole powinna polegać na preferowaniu graczy hiszpańskich. W sobotę w podstawowym składzie zagrało ich aż siedmiu, ale kłopotów to nie rozwiązało. Raul i Guti spisali się fatalnie. "Ostatni bal na Titanicu" - pisze "As", twierdząc, że podczas gdy drużyna pogrąża się w odmętach, Martin z Lopezem Caro każą grać orkiestrze dla odwrócenia uwagi od nieuchronnej katastrofy.

"Marca" i "As" upierają się, że Martin nie ma moralnego prawa do tego, by stać na czele klubu i powinien jak najszybciej rozpisać wybory na stanowisko prezesa. Zastępca Florentino Pereza zwleka, twierdząc, że teraz ważna jest gra o tytuł mistrza Hiszpanii, a po sezonie się zobaczy. Formalnie Martin może być prezesem aż do 2008 r. Obiecuje, że latem zrobi rewolucję w składzie, ale na razie jego posunięcia nie przekonują fanów z Madrytu. Realu nie ma w Lidze Mistrzów, nie ma w Pucharze Hiszpanii, a w lidze strata do Barcelony jest taka, że niedawno Casillas przyznał: "Pozostaje nam już tylko walka o drugie miejsce". Po sobotnim meczu w Walencji kac w Madrycie jest jeszcze cięższy.