Alfabet olimpijski

A jak Adam Małysz. W Turynie chciał walczyć o olimpijskie złoto, wzruszyć się i usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego. Chciał być pierwszy, ale przegrał. Za to, co wcześniej zrobił - jest u nas na pierwszym miejscu. W alfabecie.

Żeby tylko panu Adamowi nie przyszło do głowy - po porażce w sobotnich mistrzostwach Polski ze starszym od siebie Robertem Mateją - powiedzieć: "Kończę, bo wreszcie znalazłem godnego następcę".

B jak bob. To taki kosmiczny pojazd. Prędkość przelotowa 130 km/godz. Z kupowaniem bobów jest trochę tak jak kiedyś z załatwianiem talonu na Trabanta. Najlepsze sprzedawali w NRD, ale trzeba było mieć znajomości w Moskwie. Nasi bobsleiści na pożyczonym od Rosjan bobie dojechali na dobrym 15. miejscu.

C jak czapka polskiego olimpijczyka (mogliśmy dać także pod literką p - jak papacha). Podobną miał Janek Kos w pierwszym odcinku "Czterech pancernych". Prosiliśmy Tomasza Sikorę, żeby na dekorację założył inną albo wcale. Powiedział, że nie może. Ale i tak się wzruszyliśmy.

D jak doktor Robert Śmigielski. Jak cień chodził za Justyną Kowalczyk. W połowie igrzysk wypalił, że koks jest i będzie wszechobecny na igrzyskach, a zabawa w policjantów i złodziei trwa w najlepsze. Barwna postać, lubił zaistnieć w mediach, ale fachowiec z niego dobry.

E jak etiopski biegacz rastaman z długimi dredami. Nazywał się Robert Teklemariam. Przyjechał się tu nieźle bawić, startować nie za bardzo. Bo... patrz literka f. Niesłychane, skąd w Etiopii doping?

F jak farmakologia. Za rękę na zażywaniu zabronionych medykamentów złapano tylko Rosjankę Olgę Pylewą, która straciła srebro w biatlonowym biegu na 15 km. Farmaceutyczna gorączka zaatakowała w Turynie dwa razy. Na początku za dużo czerwonego miało we krwi trzynastu biegaczy (w tym Etiopczyk). Potem znany w środowisku aptekarzy niejaki Walter Mayer zrobił sobie za dużo zdjęć z austriackimi biatlonistami. Carabinieri i WADA zrobili nalot, Austriacy w popłochu uciekali z wioski. Sceny jak z "Uciec, ale dokąd" z Van Dammem. Zapowiadał się skandal, a okazało się, że zawodnicy są czyści. MKOl ma teraz problem, bo Mayer chce procesować się z szefem MKOl Jacquesem Rogge.

G jak Greis Michael. Fenomenalny niemiecki biatlonista, snajper z Bundeswehry. Król Cesany Sansicario, gdzie odbywały się zawody biatlonowe. Zdobył trzy złote medale. Ten ostatni mógł już sobie odpuścić i zostawić Tomkowi Sikorze w biegu na 15 km ze startu wspólnego.

H jak hokej. Po 12 latach mistrzami Szwedzi, a Finowie kolejnymi (patrz literka n) wielkimi przegranymi igrzysk. Po raz pierwszy w historii w Turynie nie zdobyli ani jednego złotego medalu. Triumf w hokejowym turnieju miał osłodzić gorycz porażki, porażka dolała oliwy do ognia. Słowa trenera fińskich skoczków "it's shit but it's true" idealnie pasowały nie tylko jako komentarz do konkursu na normalnej skoczni (prowadząca po pierwszej serii trójka, wśród nich Janne Ahonen, zepsuła drugi skok i wypadła poza pierwszą szóstkę), ale do całości wyników Finów na tych igrzyskach.

I jak igła. W pierwszym tygodniu lutego Justynie Kowalczyk trzy razy robiono badania krwi. Doktor Śmigielski zrobił awanturę i się skończyło. Ale tylko do czasu omdlenia. Kolejne badania i kontrole wykazały, że Polka jest czysta. "Dla mnie to nie jest przyjemne, ale przynajmniej kibice widzą, że jestem uczciwa" - skomentowała Kowalczyk.

J jak Japonia. Dobrze, że nie jesteśmy drugą Japonią, jeśli chodzi o sporty zimowe. Tam to dopiero 120 milionów ludzi musi być wkurzonych. Z Turynu ich sportowcy przywożą jeden medal (w łyżwiarstwie figurowym). A my mamy dwa i tylko na czterdzieści milionów. Niech nam Japonia zazdrości.

K jak kierowcy. Większość z nich spoza Piemontu. Codziennie rzucani na nową dla siebie trasę. Nieznający drogi. Nieznający angielskiego. Niewiedzący, gdzie się zatrzymać. "Il vendetta" - krzyczał do polskiego dziennikarza jeden z nich, Sycylijczyk. Niemal doszło do rękoczynów, interweniowała policja. "Emocje zaczynają się już w podróży" - hasło z dworca kolejowego stało się faktem wielokrotnie. Nim dojeżdżaliśmy na arenę olimpijską, mieliśmy wszystkiego dość. Raz tylko wzbudzili nasz uśmiech wdzięczności. Kiedy jeden z nich przełączył łyżwiarstwo figurowe na mecz Real - Arsenal w Lidze Mistrzów.

L jak Lu Zhuo. Chiński łyżwiarz szybki. Miał być narodowym bohaterem, mistrzem na 1000 m. Miał pecha, jechał w parze z Maciejem Ustynowiczem. Polak się przewrócił, podciął Chińczyka i medal dla Azjatów diabli wzięli. Zamiast o Lu, chińska telewizja nakręciła kilkudziesięciominutowy reportaż o Polaku.

Ł jak łzy. Najbardziej wzruszające chwile przeżyliśmy, kiedy za metą biegu na 15 km srebrny medalista Tomasz Sikora rozpłakał się na oczach całej Polski. Wielki sportowiec spełnił swoje marzenie i dla tego choćby jednego biegu (o Justynie Kowalczyk nie zapominamy) warto było być na tych igrzyskach. Łzy w oczach - po porażce miał też Adam Małysz. Z zapuchniętymi oczami podeszła do nas Jagna Marczułajtis. 1/8 finału w konkurencji, w której miała walczyć o medal, przegrała o 0,01 sek. My też byliśmy wtedy wściekli.

M jak medale. Do piątku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że Polska wróci z Turynu z pustymi rękami. Dwoje fantastycznych sportowców - Kowalczyk i Sikora - sprawiło, że odnaleźliśmy sens wyprawy.

N jak Norwegia. Najwięksi przegrani tej olimpiady. Mieli mieć grad medali, są tylko dwa złote. Największy zawód sprawili Ole Einar Bjorndalen, który nie wywalczył ani jednego tytułu, a marzył o... pięciu (cztery w biatlonie, jeden w sztafecie biegaczy). 25-letnia Marit Bjorgen zdominowała ubiegłoroczne MŚ w Oberstdorfie, tu zdobyła tylko srebro. - Zabierzcie mnie z tej dziury - płakała po tym, jak odpadła w ćwierćfinale sprintu. Norwescy kibice, którzy - przed igrzyskami - nie wierzyli w czystość swoich zawodników (ponad 80 proc. ankietowanych stwierdziło, że sportowcy biorą doping), chyba się pomylili.

O jak Olga Pylewa. Rosyjska biatlonistka przyłapana na dopingu i wywalona z igrzysk. Dzięki niej przesympatyczna blondyneczka Krystyna Pałka awansowała na piąte - najlepsze w historii - miejsce w historii biatlonowych startów kobiet na igrzyskach. Przyszłość przed 22-letnią Polką, która - jak wszyscy mówią - ma spore rezerwy.

P jak Pinerolo. Do tej pory znane było z tego, że w 1665 roku przejeżdżał tamtędy francuski muszkieter d'Artagnan. Przewoził insygnia ministra finansów Nicolasa Foqueta. Cztery lata później zjawił się w Pinerolo Człowiek w Żelaznej Masce - bohater wielu francuskich legend, opowieści, książek oraz filmów. Spędził tu 12 lat, po czym został przewieziony na Wyspę Świętej Małgorzaty, skąd trafił do Bastylii, gdzie zmarł w 1703 roku. Na przełomie XIX i XX wieku słynną w Europie szkołę jeździecką założył w Pinerolo kapitan Federico Caprilli. Jego imię nosiła - do 1972 roku - największa hala przystosowana do zawodów w jeździe konnej. Mieliśmy nadzieję, że będzie znane z tego, że podczas igrzysk - przy via Nazzionale 87 - mieszkał tam Adam Małysz.

R jak Raich Benjamin. Najlepszy alpejczyk igrzysk w Turynie. 27-letni Austriak, lider Pucharu Świata, wygrał i slalom specjalny, i slalom gigant. I to w jakim stylu! Miał na mecie takie przewagi, że Bode Miller zdążyłby w tym czasie wypić ze dwa piwa, a Giorgio Rocca ze trzy razy poprawić lakier na włosach.

S jak szkoleniowa myśl. W wykonaniu polskim na tych igrzyskach skrajnie nędzna. Właściwie gatunek nieistniejący. Biatlonistów prowadzi Ukrainiec Roman Bondaruk, biatlonistki - jego rodaczka Olga Biłowa, biegaczkę i biegaczy - Białorusin Aleksander Wierietielny, skoczków - Austriak Heinz Kuttin. Oprócz tego ostatniego wszyscy pozostaną na swoich stanowiskach.

T jak Tajner. Człowiek-orkiestra. Był w Turynie w kilku rolach. Jako prezes Polskiego Związku Narciarskiego i komentator w TVP. Recenzował i miał baczenie na wszystkie poczynania Kuttina, trenera do którego zaufania nie miał nigdy. I którego za dwa miesiące się pozbywa. Upiekł parę pieczeni na jednym ogniu. Niestety, dobrej atmosfery wokół skoków nie wytworzył. A kiedy Kowalczyk zdobywała medal, już go na igrzyskach nie było.

U jak uśmiech Justyny Kowalczyk. Towarzyszył nam i jej od pierwszego dnia, dodawał blasku, kiedy było smutno. W pierwszych dniach promienisty, głośny i radosny, nie schodził z ust. Później, po omdleniu, przygaszony, blady i smutny, i wreszcie na koniec - radosny jak medal, który 23-letnia zawodniczka zdobyła. Do tego, z uśmiechem na ustach oczywiście, obiecała nam kolejne...

W jak Wierietielny. Niesamowity facet, twardy Białorusin o gołębim sercu i fińskiej surowości. Za Justyną wskoczyłby w ogień. Sam wszystko przygotowuje, dba, opiekuje, dobiera, walczy. "Traktuje Justynę jak córkę" - mówi o nim doktor Śmigielski. To dzięki Wierietielnemu Kowalczyk ma medal. Na pierwszy rzut oka surowy, ale potrafi się rozluźnić.

X - jak trzecia literka w tajemniczym skrócie SBX, za którym kryje się snowboardowy cross, czyli debiutująca na igrzyskach dyscyplina, którą miał zawojować niejaki Matys, czyli Mateusz Ligocki. Przyszła rodzina, był nawet wielki transparent. Matys dorównał jednak do poziomu całego snowboardu, w swoim heacie był ostatni.

Y - jak Yeti, czyli śnieżna wielka łapa. Podobno widziano go w Sansicario na biatlonie, jak wymieniał uścisk dłoni z Andrzejem Lepperem, ale tylko podobno. Wicemarszałek Sejmu i przewodniczący Samoobrony przyjechał na sobotni bieg Sikory z posłem Januszem Wójcikiem. Nie ustaliliśmy, który z nich był kierowcą. Czyżby yeti?

Z jak zakończenie igrzysk. Zimowe Igrzyska XX Olimpiady, dodajmy dla przyzwoitości - w Turynie, skończyły się. I DOBRZE, że się skończyły!