PiS karmił potwora. Disco polo może się schować. Zero wstydu

Michał Kiedrowski
Widzę przed freak fightami wielką przyszłość. Doskonale wpisują się w społeczne trendy. Jest skandal, jest polaryzacja, są celebryci. Ale nie jacyś wypromowani przez media z obcym kapitałem, ale nasi, autentyczni, z naszego internetowego podwórka. A że dziadersom się nie podoba? Tym lepiej - pisze Michał Kiedrowski ze Sport.pl.

Oburzenie to permanentny stan polskiej debaty na każdy temat. Wystarczy odpalić internet i zawsze znajdzie się jakąś burzę. Wpisałem "na rybkę" hasło w Google: "wywołał burzę" i już się dowiedziałem, że wywołała ją Iga Świątek, księżna Kate, Tomasz Adamek, "znany zawodnik NFL", Michał Probierz, Wiktoria Gosiewska, Anna Markowska, Novak Djoković. I to wszystko w 24 godziny, burza za burzą.

Zobacz wideo Linkiewicz opowiada o burzliwej przeszłości. "Dziwię się, że żyję"

Kochamy się oburzać i kochamy o czyimś oburzeniu czytać. Można się oburzać (sic!), że internetowe media - także Sport.pl - tak prymitywnie grają tą frazą, ale w tym wypadku to wyjście frontem do klienta. Gdyby nie potrzeba bycia w stanie ciągłego oburzenia, to by się przecież nie klikało. 

Jednak najlepiej rozszyfrowali to nie internetowi mediaworkerzy, ale polscy politycy. Nic tak nie mobilizuje opinii publicznej, jak "oburz" na politycznego przeciwnika. Obietnice wyborcze, programy, interes państwa, wspólnota narodowa - to wszystko idzie w kąt, bo najważniejsze jest, co kto powiedział, jaką minę zrobił i dlaczego emir Kataru założył klapki na spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą. 

Końcowe mordobicie jest tu tylko wisienką na torcie

Spece od freak figthów teren mieli przygotowany. Wystarczy tylko wywołać kolejną burzę. I jazda. Tak co kilka tygodni. W jakim stopniu są one autentyczne, a w jakim sterowane - to już nie jest istotne. Skandal napędza widownię. I tu nie zgadzam się z tymi, którzy piszą o freak fightach, że to prymitywna fascynacja przemocą. Końcowe mordobicie jest tu tylko wisienką na torcie. Ono nie ma nic wspólnego z kultowym "Fight Clubem". Tu nie ma kultu walki dla samej walki. Osią widowiska jest konflikt prawdziwy lub wyimaginowany. Okładanie się pięściami i kopami to tylko jego finał, i to niekoniecznie najbardziej efektowny. 

Lecz sam kult oburzenia i skandalu, to zbyt mało, by freak fighty odniosły sukces. Do tego potrzebny był jeszcze jeden współczesny trend społeczny: kult celebrytów. I tu freak fighty mogą sobie podać rękę ze wszystkimi widowiskami typu: "Taniec z gwiazdami", "Gwiazdy tańczą na lodzie", "Twoja twarz brzmi znajomo" etc. We wszystkich tych konkursach chodzi o to, by celebryci zmierzyli się ze sobą na polu, które jest dla nich nowe, nieznane, na których nie są profesjonalistami. Jeśli gwiazdy mogą uczyć się tańczyć jak zawodowcy, to dlaczego nie mogą się bić?  

Swoistym przygotowaniem do tego typu sportowej rozrywki były już różnego rodzaju mecz piłkarskie np. Gwiazdy TVN kontra Sejm RP, albo Gwiazdy TVN kontra Politycy, albo Artyści - Dziennikarze. Był nawet mecz TVN kontra TVP. Tysiące ludzi kupowało bilety na te spotkania, transmitowane były w porach wysokiej oglądalności. Jednak w przeciwieństwie do freak fightów, to były mecze przyjaźni. Nie miały więc wielkiej przyszłości, gdy polscy politycy do dechy docisnęli pedał polaryzacji. 

Freak fighty pod tym względem to powrót do korzeni

Ale we freak fightach ważne jest, jacy to są celebryci. Tu organizatorzy gal postawili przede wszystkim na celebrytów internetowych. Dzięki temu przed ekrany ściągnęli młodą widownię, która zna ich o wiele lepiej od gwiazd telewizji. A po drugie to było łatwiejsze niż sięganie po celebrytów z TV, którzy mają swoich agentów, swoje zobowiązania, bardziej dbają o swój wizerunek. Ich nie tak łatwo byłoby przekonać do wywołania skandalu.  

Poza tym internet i media społecznościowe to współczesne podwórko młodych. Celebryci to ich znajomi z tego podwórka. To trochę jak sport w dawnych czasach. Ludzie chodzili na trybuny, by kibicować zawodnikom ze swojego osiedla. Na Wyspach w amatorskim sporcie, jakim było rugby czy początkowo piłka nożna, był nawet zwyczaj, że zawodnicy po meczu wystawiali przed szatnię swoje buty. Kibice wrzucali do nich pieniądze. Taki był wtedy nieoficjalny Patronite czy też pay-per-view. Pod tym względem freak fighty to powrót do korzeni. 

Kolejny społeczny trend, który pomógł freak fightom, to bankructwo pedagogiki wstydu za rządów Prawa i Sprawiedliwości. To był nieodłączny element polskiego życia medialnego po 1989 r. Wiem, że stosował się on przede wszystkim do polityki historycznej, ale nie brakowało też zawstydzania na innych polach. Wszystko, co podpadało pod gust ludowy, było dla mediów głównego nurtu obciachowe. Człowiek na poziomie nie mógł się przyznać, że tańczył do hitów Zenona Martyniuka, albo że podobał mu się film Patryka Vegi, a jego ulubione danie to golonka z chrzanem. Bunt klasy ludowej wobec elit III RP, który wyniósł do władzy PiS, sprzyjał też i freak fightom. Skoro już nie trzeba się wstydzić disco polo i schabowego z kapustą, to można się przyznać również do oglądania freak fightów. Wszelkie zawstydzanie, że to prymitywne, hołdujące najniższym instynktom, niegodne ludzi na poziomie, przestało działać. Tę klęskę zawstydzania najbardziej widać, gdy o freak fightowych galach zaczęły pisać media, które wcześniej miały je za patologię. W tym gronie jest także Sport.pl.

Dlatego widzę przed freak fightami wielką przyszłość. Doskonale wpisują się w społeczne trendy. Jest skandal, jest polaryzacja, są celebryci. Ale nie jacyś wypromowani przez media z obcym kapitałem, ale nasi, autentyczni, z naszego internetowego podwórka. A że dziadersom się nie podoba? Tym lepiej. 

Osobiście jestem oburzony, że dożyłem takich czasów. 

Czy gale freak fightowe powinny zostać zdelegalizowane?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.