PZPN śmiertelną chorobą zakaźną

Radość z awansu na mundial zagłusza głosy o głębokich problemach, które - nierozwiązane - przyniosą nieuleczalną chorobę polskiego futbolu.

Angielscy realizatorzy transmisji pewnie nie mieli pojęcia, że wyświetlenie godła PZPN na tle boiska przed meczem z Polską musiało wywołać niesmak nawet u właścicieli najbardziej odpornych żołądków. Emblemat Football Association wyspiarzy pewnie nie razi, bo to organizacja szanowana i uchodząca za wzór dla wielu federacji, tymczasem epatowanie symbolem degrengolady naszej piłki jest jak wychwalanie mafijnego ojca chrzestnego za to, że wbrew jego staraniom nie wszyscy członkowie rodziny zostali kryminalistami.

Traf chciał, że godło PZPN uderzyło mnie po oczach tuż po tym, jak przeczytałem listy od czytelników wytykających mi tekst sprzed roku opublikowany tuż po porażce z Anglią na Stadionie Śląskim, w którym życzyłem reprezentacji Polski sromotnych klęsk. Postawiłem wówczas tezę - być może naiwną i mylną - że tylko upadek na samo dno, trauma, jakiej nigdy nie przeżyliśmy, może zainspirować prawdziwe zmiany w polskim futbolu. Posłużyłem się oczywiście figurą retoryczną, nie wszystko należało wówczas odczytywać wprost, co zresztą wielokrotnie podkreślałem - pomijając przypadki schizofrenii czy innych aberracji, każdy kibic podczas meczu trzyma kciuki za "naszych", a nie myśli o przyszłości, skutkach długofalowych etc. Czytelnicy zupełnie serio wzywają mnie jednak, bym dziś "nie chował głowy w piasek", "przeprosił", "już nigdy nie jątrzył i nie psuł atmosfery".

Sęk w tym, że diagnozy o krytycznym stanie polskiego futbolu awans na mundial nie unieważnia, a nawet - jakkolwiek karkołomnie to nie zabrzmi - prawdopodobnie redukuje szanse zmian na lepsze. To przecież wymarzone alibi dla PZPN. Awans mamy, tymczasem silna Dania czy mistrz Europy Grecja go nie wywalczyła. Znaczy, jest dobrze.

Nie sugeruję, rzecz jasna, iż lepiej stałoby się, gdyby reprezentacja do Niemiec nie pojechała. To byłaby głupota, mundial jest wartością samą w sobie, celem najwyższym, ostatecznym spełnieniem marzeń piłkarzy i kibiców. Żurawski gra dla siebie, a nie przyszłych pokoleń.

PZPN musi jednak myśleć inaczej, tej jesieni działaczowskie głowy powinny wypełniać czarne wnioski z klęsk młodzieżówki, kompromitacji klubów w europejskich pucharach, kłującej w oczy nieobecności Polaków w drużynach Ligi Mistrzów. I zatrzęsienie pomysłów, jak zapobiec następnym klęskom. Jak stworzyć system produkujący dobrze wyszkolonych piłkarzy, bo wychowanych za granicą Smolarków na następną reprezentację raczej nie starczy. 90 procent polskich trenerów biadoli, że młodzieży potrafiącej prosto kopnąć piłkę nie ma, że juniorom nie tylko nie staje techniki, ale i elementarnej sprawności fizycznej. Członek wydziału szkolenia PZPN Wojciech Łazarek martwi się otchłanią pokolenia piłkarsko ułomnego, które nadchodzi, ale kwituje je kabaretowym hasłem o konieczności powrotu do "starych" trenerów. Nie słychać głosu zatroskanych nestorów naszej myśli szkoleniowej Apostela, Strejlaua i Piechniczka, którzy kreśliliby strategię wychodzenia z kryzysu.

Nie słychać o planach stworzenia akademii trenerskiej, centrum szkolenia, nawiązania współpracy z uciekającą nam zagranicą, także z przebywającymi tam byłymi polskimi piłkarzami (Trzeciak, Urban, Warzycha), nie słychać o prężnej komórce PZPN pozyskującej na te cele fundusze. Słychać za to ponure pogłoski o kandydaturze posła Samoobrony Janusza Wójcika na selekcjonera młodzieżówki.

Jeśli nie stać nas na więcej, to wkrótce szansę na karierę międzynarodową będą mieli wyłącznie gracze, którzy uciekną na Zachód wcześnie (Dudek), czasem niemal prosto z drugiej ligi (Krzynówek). Ale nie uciekną, bo w Polsce już juniorzy są zacofani taktycznie i technicznie. Wtedy błędne koło się zamknie. Nasze nadzieje grzęzną dziś w przeciętności (Głowacki, Burkhardt, Gołoś, Dudka, Smoliński) lub starzeją się, zanim zadebiutują w futbolu na serio (bracia Brożkowie), coraz częściej oddając miejsce w klubach miernym obcokrajowcom.

Hałaśliwa radość z awansu zagłusza głosy, i tak zbyt ciche, o głębokich problemach, które - nierozwiązane - przyniosą nawet nie przewlekły kryzys, lecz nieuleczalną chorobę. Wyniki kadry to wspaniała sprawa, ale o tendencji mówią wyniki młodzieżówki, Wisły, Groclinu i Legii, utrata miejsc dla polskich klubów w Pucharze UEFA, obojętność na nasze gwiazdy klasowych klubów. Kropla drąży skałę.

PZPN-owi nie wolno pozwolić, by się chełpił, bo mundial mamy nie dzięki, lecz pomimo PZPN-u. Wiem, takie apele graniczą z donkiszoterią, ale alternatywy nie ma. Nie czas teraz na przepraszanie trenera Janasa, czego niektórzy też domagają się całkiem serio (można półserio zapytać, czy Janas podziękował prasie za Frankowskiego?), nie czas też, by krytycy wstydliwie zamilknęli. Krytyka po sukcesie potrzebna jest podwójnie. Po klęsce o nią łatwo, ale wtedy bywa za późno. Obym znów się mylił, obyśmy zapaści jednak uniknęli, bo po latach zaniechań zabraknie już nie krytyki, lecz racjonalnych przesłanek dla wiary, że szybko będzie lepiej.