Kadra koszykarzy - kiedy przestaną przegrywać?

Jaki sens ma reprezentacja Polski koszykarzy, w której nikt nie chce grać i której mecze ogląda mniej niż tysiąc widzów? Czy tylko cud może sprawić, że przestanie przegrywać ze wszystkimi i wszędzie?

Trzech Polaków trenuje w słynnym Benettonie Treviso, dwóch następnych w czołowych klubach Hiszpanii, jeden gra w NBA, dwóch innych było w drafcie. Mistrz Polski gra w Eurolidze, a liga potrafi być pasjonująca.

Tymczasem na przełomie sierpnia i września reprezentacja pod wodzą Serba Veselina Maticia zagra w eliminacjach o ostatnie miejsce w finałach mistrzostw Europy, w których nie graliśmy od 1997 roku. Po miesiącu przygotowań i sześciu wysoko przegranych sparingach z Izraelem i Ukrainą grozi jej nawet spadek do II dywizji, czyli eliminacji do gry w następnych eliminacjach. Dlaczego tak się dzieje?

Problem 1: stoją z boku

Nasza liga jest zdominowana przez obcokrajowców. W najlepszych klubach Polacy występują w epizodach, a ci w słabszych są fatalnie zaniedbani pod względem sportowym lub nie widzą perspektyw i zniechęcają się do pracy. W sześciu wyraźnie przegranych sparingach z Izraelem i Ukrainą Polacy byli waleczni, ambitni, ale nie potrafili zagrać na wysokim poziomie, bo w klubach przypatrują się z boku, co robią liderzy - Amerykanie, Litwini czy Serbowie. Kiedy przychodzi wziąć odpowiedzialność na siebie, jest problem.

Polski Związek Koszykówki próbuje zaradzić słabnącemu poziomowi, wprowadzając od nowego sezonu minimalną liczby Polaków w ekstraklasie (pięciu lub czterech w klubach grających w pucharach). Jednak już teraz widać, że to niewiele zmieni, bo ci gracze w najlepszych klubach znajdą się na końcu ławki rezerwowych.

W pierwszej lidze (de facto drugiej) jeden z asystentów Maticia ma prowadzić zespół złożony ze zdolnych młodych, którzy w klubach siedzą na ławkach. Ale to chyba mało realne - kto zmusi kluby do oddawania graczy, nawet tych rezerwowych?

Przy odrobinie szczęścia, ciężkiej pracy i rozsądnym budowaniu kariery można jednak do czegoś dojść.

Potwierdzają to Filip Dylewicz i Michał Ignerski, którzy mierzyli się z lepszymi od siebie, czekali na swoją szansę (Dylewicz podpatrując gwiazdy w Prokomie, Ignerski walcząc o miejsce w składzie najpierw na uczelni w USA, a później w Śląsku), dobrze wybierali sobie kluby i nie pchali się za szybko zbyt wysoko.

Dlatego trener Matić chce aktywnie pomagać kadrowiczom w znalezieniu optymalnego klubu, a nie tylko optymalnego kontraktu. Liczy na to, że on pomoże zawodnikom, wylansuje ich niejako dzięki dobrym występom w coraz mocniejszej reprezentacji, a oni w zamian chętnie stawią się na każde wezwanie i dadzą z siebie wszystko. I przestaną słuchać agentów, którzy wysyłają ich do klubów, w których zarabiają nieźle, mieszkają w ciepłych krajach, ale nie grają w koszykówkę.

Problem 2: ani to fajne, ani ważne

To jedyne wyjście, ale czy będzie skuteczne? Drugim wielkim kłopotem jest bowiem motywacja do gry w reprezentacji. To problem całej Europy, a nawet świata, bo w koszykówce liczą się przede wszystkim NBA, Euroliga i inne rozgrywki klubowe. Wciśnięta w czas wakacyjny rywalizacja reprezentacji jest coraz mniej prestiżowa. Koszykarze z NBA (także Amerykanie) dają się namawiać na grę w kadrze sporadycznie, najchętniej w igrzyskach olimpijskich. Wielu starszych woli mieć wolne lato, więc przypadek Polaków (Maciej Lampe, Adam Wójcik czy Andrzej Pluta) nie jest wcale odosobniony. Dla kilku naszych najważniejszych zawodników także ułuda gry w NBA (czyli gra w lidze letniej, będącej niejako eliminacjami do NBA) była ważniejsza niż treningi z kadrą. I trudno im się dziwić.

Nie można tego porównywać także z siatkarzami, dla których reprezentacja to okno na świat i największa szansa pokazania się. Ponadto gra w kadrze dla siatkarzy to także tłumy kibiców, niesamowita atmosfera, świetna zabawa, transmisje w telewizji. Koszykarze nadal świetnie zarabiają w klubach, a w kadrze nie ma przecież ani pieniędzy, ani sukcesów, ani popularności, ani dobrej zabawy.

Tęsknota za Ligą Światową

Jak odwrócić ten trend? Tylko wynikami. Mistrzostwa Europy w 1997 roku, kiedy w ćwierćfinale minimalnie przegraliśmy z Grecją, pokazały, że można stworzyć z mniej znanych w Europie zawodników ciekawy zespół. Matić nie załamuje rąk, próbuje nauczyć czegoś młodych zawodników (po miesiącu pracy widać, że kadra próbuje grać nowocześniej), przetestował pół ligi, szuka tych, którzy chcą pracować i cieszą się z tego, że są w reprezentacji. Nadzieją są mistrzostwa Europy 2009 w Polsce. Może ta perspektywa zachęci do udziału w kadrze?

Koszykówka wciąż jest w Polsce popularna, ale kibice - choć zainteresowani - przyzwyczaili się traktować mecze kadry z przymrużeniem oka. Zeszłoroczny turniej we Wrocławiu, kiedy niespodziewanie reprezentacja wygrała z Izraelem i mocną Rosją, pokazał, że jednak można. Niestety, późniejsze porażki w meczach eliminacyjnych spowodowały powrót do stagnacji. Przez to możemy liczyć teraz tylko na mecze o punkty z Czechami i Estonią.

Pozostaje liczyć, że Dylewicz, Ignerski, Szewczyk, Gortat, Koszarek z kolegami też mają dość kompromitacji i starcia ze Stanislavem Votroubkiem czy Markiem Stuchlym nie zaspokajają ich ambicji. Najpierw muszą sami uwierzyć, że warto. A potem pokazać, że warto im kibicować.

Szewczyk i Gortat z kadrą

Dzisiaj do reprezentacji Maticia dołączą dwaj środkowi - Szymon Szewczyk (ostatnio w Albie Berlin) i Marcin Gortat (Rhein Energie Kolonia). Obaj byli wybierani w II rundzie draftu NBA (Szewczyk w 2003 roku do Milwaukee Bucks, Gortat w tym roku do Orlando Magic), ale w najlepszej lidze świata nie grali. W reprezentacji powinni być kluczowymi zawodnikami. Podczas sparingowego turnieju w Turcji (od piątku do niedzieli, gra tam też Izrael i Turcja B) sprawdzani będą także Michał Chyliński i Kamil Chanas z kadry młodzieżowej oraz wracający po kontuzji Krzysztof Roszyk.

adrom

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.