Ten obrazek wywołał burzę w Polsce. Glinka: Nie wierzę, że nie dało się tego podzielić

Boiska, wysiłek, ambicje i emocje - w sporcie pań i panów są równe. Różnice zaczynają się pojawiać, jeśli chodzi o zainteresowanie oraz zarobki. Eksperci i sportowcy mówią wprost - to skostnienie, które trzeba zwalczyć i ekonomicznie, i kulturowo.

Ten obrazek przebił się na czołówki największych portali w Polsce. Mecz o Superpuchar Polski kobiet – jedno z najcenniejszych trofeów w siatkarskim sezonie – jest wyjątkowo zacięty. Po dwóch setach jest remis, dopiero w tie-breaku drużyna DevelopRes Bella Dolina Rzeszów jest o włos lepsza od Grupy Azoty Chemika Police.

Zobacz wideo Hurkacz postraszył Djokovicia. "Zwycięstwa Huberta z tymi największymi są kwestią czasu"

Siatkarki: Jesteśmy ładnym dodatkiem do męskiego sportu

Na wręczenie trofeum muszą jednak poczekać aż mecz skończą panowie. Celebracja odbywa się już wspólnie. I siatkarki, i siatkarze wskakują na podium, dostają medale, parkiet pokrywa konfetti.

Po chwili działacze PlusLigi wywołują kapitanów: Jelenę Blagojević i Benjamina Toniuttiego. Obojgu wręczają czeki z tektury niemal większe od nich samych. Z jedną różnicą. Siatkarki z Rzeszowa w nagrodę dostały 50 tys. zł, siatkarze z Jastrzębia – dwa razy tyle.

"Równouprawnienie po polsku" – pisze ironicznie na Instagramie reprezentant Polski Andrzej Wrona, "Jesteśmy ładnym dodatkiem do męskiego sportu" – grzmi była reprezentantka Polski Katarzyna Skorupa. Sama Blagojević pisze: "Jesteśmy szczęśliwe, bo osiągnęłyśmy sukces, na który ciężko pracowałyśmy. Nie znaczy to, że cieszyć się będziemy o połowę mniej…". Ale zdjęcie wymyka się daleko poza sportową bańkę. Publikuje je m.in. jeden z najpopularniejszych instagramowych profili "Make life harder".

Choć wymiary boiska, rozmiar piłki i liczba zawodników może są te same, to w praktyce sport kobiecy i męski to dwa różne światy. Także – a być może przede wszystkim – jeśli chodzi o płace.

"Nie chcę się wtrącać, bo i tak nic to nie zmieni"

O sprawie próbowaliśmy porozmawiać z władzami Polskiej Ligi Siatkówki i kilkunastoma polskimi zawodniczkami. Bezskutecznie. Ani prezes PLS, ani siatkarki nie chciały rozmawiać. – Nie chcę się wtrącać, bo i tak nic to nie zmieni – powiedziała nam jedna z kilkunastu proszonych o komentarz zawodniczek.

– Nie dziwię się im, ale czegoś nie rozumiem – mówi Sport.pl dwukrotna mistrzyni Europy w siatkówce Małgorzata Glinka. – Może moje wypowiedzi też niczego nie zmienią, ale dobrze, żeby mieć swoje zdanie na tak ważny temat i umieć je wygłosić – twierdzi była zawodniczka.

Więcej treści sportowych znajdziesz też na Gazeta.pl

– Wiem, że sponsorzy mieli większą pulę pieniędzy do przyznania w męskiej siatkówce, bo z meczów PlusLigi jest większy dochód. Jednak gdy patrzyło się na te dwa czeki, które różniła tak spora suma, to wyglądało to słabo. Nie trzeba było wyrównywać pieniędzy do 100 tysięcy złotych, mogło być po 75. Nie wierzę, że nie dało się tego podzielić. Męska siatkówka to przecież pokój obok – wskazuje Glinka.

– Sprawa z Superpucharem to wizerunkowy skandal. To nie powinno się wydarzyć. Ten obrazek dwóch kapitanów z czekami stał się symbolem, a nie musiał zaistnieć. Dlaczego mecz pokazywany w telewizji, który miał być widowiskiem sportowym, staje się przyczynkiem do takiej dyskusji? Lidze powinno zależeć, żeby tak się nie stało – wskazuje Glinka.

Z naszych informacji wynika, że temu można było zapobiec. Władzom ligi jeszcze przed rozegraniem spotkania doradzano przemyślenie sprawy premii i rozgrywania meczów jednego dnia. Ale zdania – a w zasadzie cyfr na obu czekach – te rady nie zmieniły. Kilku działaczy w anonimowych rozmowach z naszym portalem dziwiło się jednak także siatkarkom. Wypominają im spore zarobki z przeszłości, w klubach wspieranych przez hojnych sponsorów. Zarobki, które momentami były nawet wyższe od tych z ligi mężczyzn.

Skoro jest jednak tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Przywykliśmy do tego, że herosi to mężczyźni. To błąd

Odpowiedź na to pytanie jest intuicyjna i równocześnie prawdziwa: to sport mężczyzn, a nie kobiet, generuje większe zainteresowanie, a zatem i pieniądze. Ale inne pytanie brzmi: czy gdyby media z równą pasją opowiadały o sporcie kobiet, jego popularność automatycznie by wzrosła? A może o sporcie kobiecym nie mówi się tyle, bo jest on zwyczajnie mniej popularny od męskiego? Co było pierwsze – jajko czy kura?

– Jeśli spojrzymy na wyniki oglądalności – dla przykładu – finałów mistrzostw świata w piłce nożnej mężczyzn i kobiet, to ta teza pewnie się obroni. Ale ja zrobiłbym krok wstecz i zapytał: dlaczego się broni? – zastanawia się Jędrzej Hugo-Bader, ekspert od marketingu sportowego z agencji VMLY&R.

I dodaje: – Gdy mówimy o finale mistrzostw świata w piłce, to nawet nie musimy dodawać, że chodzi nam o futbol mężczyzn. To dla nas oczywiste. Dopiero gdy mówimy o futbolu pań, dodajemy, że to "piłka nożna kobiet".

– Podobnie jest z największymi imprezami sportowymi: kiedy Polacy grają na Euro czy mundialu, wywieszamy biało-czerwone flagi. Kiedy grają futbolistki – bądź przedstawicielki niemal każdej innej dyscypliny sportu – to takiego w społeczeństwie poruszenia nie ma – kontynuuje Hugo-Bader.

I dodaje: – To coś, co musimy przezwyciężyć nie tyle ekonomicznie, ile kulturowo. Zrozumieć, że jest tyle dyscyplin sportu, które mogą uprawiać i mężczyźni, i kobiety. I nie muszą oni ze sobą konkurować.

– Piłka nożna jest akurat dyscypliną, w przypadku której pewne skostnienie, przyzwyczajenie, że coś było "od zawsze", jest najdotkliwsze. Ten proces, który przeszedł tenis, w futbolu już się rozpoczął, efekty już są widoczne, ale będzie on jeszcze trwał, to powolna, długofalowa inwestycja kulturowa. W federacji UFC – największej organizacji walk MMA na świecie – ten proces wydarzył się dość nagle. Z początku kobiet nie dopuszczano do walk, ale wszystko zmieniło się, gdy do oktagonu weszła Ronda Rousey. I z miejsca stała się wielką gwiazdą UFC – nie mniejszą niż mężczyźni.

Futbolowi konserwatyści wyciągają jednak koronny argument: mecze, w których kobiety mierzyły się z mężczyznami. W 2017 r. reprezentacja USA kobiet przegrała aż 2:5 z chłopcami z akademii w Dallas. Drużynę młodzieżowców tworzyli chłopcy do 15. roku życia.

Hugo-Bader jednak kontruje: – Gdy zaczniemy porównywać futbol mężczyzn i kobiet jeden do jednego, to zawsze będzie do czego się przyczepić. Ale rzecz w tym, by uwolnić się od tych ciągłych porównań. Futbol pań i panów nie musi być dla siebie konkurencją. Wręcz przeciwnie.

Czym różni się wysiłek kobiet od wysiłku mężczyzn?

Siatkarski Superpuchar Polski to nie pierwszy raz, kiedy polscy działacze zaliczają tak bolesną wizerunkową wpadkę. W sierpniu 2010 r., podczas zorganizowanego w Gdańsku "Maratonu Solidarności", mężczyźni dostali dwa razy wyższe nagrody finansowe niż kobiety. Pierwszy na mecie biegacz zarobił 10 tys. zł, pierwsza biegaczka – 5 tys. zł. – Czym różni się wysiłek biegnących kobiet od biegnących obok mężczyzn? – pytała wówczas Marika Lisowska, przewodnicząca Partii Kobiet na Pomorzu. Organizatorzy najpierw szli w zaparte, dopiero z czasem wpadli na pomysł, by rok później stworzyć kategorię Open, w której nagroda będzie jednakowa dla obu płci. Problemu to nie rozwiązało, bo wciąż nagrody dostawali panowie, którzy wyprzedzali kobiety o pół godziny z racji naturalnych predyspozycji.

W 2019 r. po finale Pucharu Polski kobiet w piłkę, w którym zawodniczki Medyka Konin wygrały z Czarnymi Sosnowiec 4:3, działacze PZPN uhonorowali Natalię Chudzik, najlepszą zawodniczkę meczu, bonem na 500 zł.

Cała drużyna dostała wówczas do podziału 40 tys. zł – tyle, ile przeciętna miesięczna pensja przeciętnego piłkarza w ekstraklasie. "Puchar dla ubogich" – pisała na łamach "Gazety Wyborczej" znawczyni kobiecego futbolu Hanna Urbaniak.

– W Polsce piłkę kopią wariatki, które kochają futbol – mówiła nam wówczas Beata Ferens, działaczka, a prawda o zarobkach futbolistek okazała się przerażająca: choć panie grają zawodowo, to ich pensje w większości są amatorskie. Najlepsze – jak wynika z nieoficjalnych informacji, kluby nie zdradzają szczegółów – mogą liczyć na mniej więcej kilka tys. zł miesięcznie. Reszta dostaje skromne stypendia.

Badania sprzed dwóch lat wykazują, że mężczyzn, którzy utrzymują się z grania w piłkę nożną, jest na całym świecie 137 tysięcy. Kobiet tylko 1,3 tysiąca.

PZPN zrozumiał jednak błąd i zreformował piłkę kobiet. Przeznacza na nią 30 mln zł w pięć lat. Dofinansowywane mają być wszystkie kluby, wzrosną też nagrody dla najlepszych. Mistrz Polski otrzyma 200 tys. zł, a zdobywca Pucharu Polski – 400 tys. zł, dziesięć razy więcej niż do tej pory. To wciąż dużo mniej, niż panowie. Ale problem został zauważony. 

– Nie trzeba zaglądać nikomu w kieszeń. Wystarczy zobaczyć, w jakim modelu żyją rodziny koszykarek, a w jakim rodziny koszykarzy – mówi Sport.pl Anna Kuncewicz, była koszykarka.

W koszykówce zarobki pań i panów to różnica jednego poziomu

Anna przed tym sezonem zakończyła zawodową karierę. W tej trakcie przez wiele lat grała w ekstraklasie i na jej zapleczu. Dziś mówi: – W ekstraklasie zawodniczki zarabiają na tyle dobrze, że mogą skupić się tylko na grze. Ale już w I lidze sport to dla nich najczęściej tylko dodatek do codziennej pracy – a przecież trenują tak samo intensywnie, jak mężczyźni, tyle że muszą robić to po godzinach.

W ostatnich latach, już w I lidze, Kuncewicz łączyła grę w koszykówkę z regularną pracą. Po ośmiu godzinach na etacie chwytała torbę sportową i biegła na trening. Wracała do domu późną nocą. 

– W płacach w męskiej i żeńskiej koszykówce jest różnica jednego poziomu – mówi. – My w ekstraklasie dostawałyśmy tyle, ile panowie na jej zapleczu. Z kolei zawodniczki pierwszoligowe dostawały już dużo mniej i nie mogły utrzymywać się z zawodowego sportu.

Spójrzmy na liczby: w ekstraklasie najlepsze koszykarki mogą liczyć na pensje od kilku do kilkunastu tys. zł (choć są wyjątki i jest w lidze kilka gwiazd, które zarabiają kilkadziesiąt tys. zł), ale większość zarabia – mniej więcej – 5 tys. A to przeciętna pensja koszykarzy z poziomu I ligi, ale czasami też z czołówki II ligi (trzeci szczebel rozgrywek). Pierwszoligowe koszykarki grają najczęściej za minimalne pensje, np. za tysiąc złotych. A te z II ligi częściej do gry muszą dokładać, niż na niej zarabiać. 

– Gdy grałam w ekstraklasie, nie narzekałam na zarobki. Starczało mi na życie. Ale na pewno nie były to kwoty, dzięki którym po zakończeniu kariery mogłabym np. zainwestować we własny biznes – tłumaczy Anna.  

I kontynuuje: – Bardzo rzadko zdarza się model, w którym to kobieta zarabia na sporcie, a jej mąż z dziećmi jeżdżą za nią – tam, gdzie akurat podpisała umowę. Z kolei model, w którym to mąż zarabia na sporcie, a żona przeprowadza się za mężem, by go wspierać, jest na porządku dziennym. I wcale nie chodzi o wzorce kulturowe. To po prostu czysty pragmatyzm.

Co ciekawe, różnice między sportem kobiecym a męskim widoczne są także w przyznawaniu dotacji. – W jednym z miast, w którym występowałam, męska drużyna, mimo że grała na niższym poziomie, dostała dwa razy wyższą roczną dotację, niż grająca szczebel wyżej drużyna kobiet – mówi Kuncewicz.  

Problem (nie tylko) polski

Dla jasności: nierówności w pensjach pań i panów uprawiających te same dyscypliny, to sprawa nie tylko polska.

Średnia płaca w WNBA – żeńskim odpowiedniku koszykarskiej NBA – wynosiła w ostatnim sezonie nieco ponad 120 tys. dol. To i tak o 50 tys. dol. więcej niż rok wcześniej. Dla porównania średnia roczna pensja przeciętnego koszykarza NBA to – bagatela – 7,9 mln dol.

Najlepiej opłacane koszykarki, czyli Diana Taurasi i Sue Bird, zarabiają tzw. supermaxa, czyli najwyższą możliwą pensję w WNBA – 221 tys. dol. W tym czasie John Wall, który przed laty podpisał lukratywną umowę z Washington Wizards, za najbliższy rok zgarnie 41 mln dol. I tę dysproporcję w minimalnym stopniu zmienia fakt, że koszykarki poza letnimi rozgrywkami WNBA od jesieni do wiosny grają w Europie. 

W zeszłym sezonie koszykarki z WNBA wesprzeć finansowo musiał Kyrie Irving. Gwiazdor Brooklyn Nets przeznaczył 1,5 mln dol. na rzecz zawodniczek, które bały się wyjść na parkiet w trakcie szalejącej pandemii. To hojny gest, choć komentatorzy przy okazji zwrócili uwagę na dysproporcję w płacach – dla Irvinga to bowiem tylko nieznaczna część z jego rocznej umowy (31 mln dol. za sezon).

"Gdybym był tenisistką, dziękowałbym Bogu za Federera i Nadala"

Jedną z niewielu dyscyplin, w której zarobki kobiet i mężczyzn – choć na razie tylko w najważniejszych turniejach – są jednakowe, jest tenis. Wyrównywanie płac zajęło jednak lata i wymagało walki ze strony WTA, czyli władz kobiecego tenisa.

Jeszcze w 2016 r. Raymond Moore, dyrektor turnieju w Indian Wells, mówił: – Gdybym był tenisistką, codziennie na kolanach dziękowałbym Bogu za Rogera Federera i Rafę Nadala, bo to oni wypromowali ten sport. W kolejnym życiu chciałbym być działaczem WTA, bo oni jadą na plecach męskiego tenisa i mają bardzo, bardzo dużo szczęścia. 

Jego wypowiedź była oczywiście skrajnie nieodpowiedzialna, Moore zresztą szybko stracił posadę. Ale świat sportu może być mu dziś wdzięczny – pokazał on bowiem, z jak skostniałym systemem musiały walczyć tenisistki, by móc go w końcu przełamać. 

Efekt jest widoczny w turniejach Wielkiego Szlema: od ponad dekady zwyciężczyni Wimbledonu dostaje co do funta tyle samo, co zwycięzca turnieju panów. Władze Australian Open zrównały płace już wcześniej, w 2001 r., Rolanda Garrosa – pięć lat później.

Organizatorzy wysyłają identyczne przelewy i paniom, i panom nie zważając na słupki, mimo że ze statystyk wprost wynika, że większą oglądalność generują mecze mężczyzn. W obu finałach Roland Garros w 2020 r., gdy Iga Świątek pokonała Sofię Kenin, a Rafael Nadal wygrał z Novakiem Djokoviciem, różnica w oglądalności była spora. We Francji najważniejszy mecz kobiet obejrzało 1,8 mln widzów, a najważniejszy mecz mężczyzn – 3,77 mln.

Ale oglądalności telewizyjne to nie wszystko. W 2018 r. serwis Signal AI policzył, że w ponad 80 językach powstało 32 200 tekstów o Wimbledonie mężczyzn przy 20 180 artykułach o Wimbledonie kobiet, a patrząc na wszystkie wielkoszlemowego turnieje, jedynie z US Open liczba materiałów była podobna dla rywalizacji pań i panów (21 510 do 21 700). Stało się tak dlatego, że w przegranym finale z Naomi Osaką Serena Williams tak bardzo awanturowała się z sędzią, że przez kilka dni afera wokół sprawy była najważniejszym wydarzeniem w świecie sportu.

Sukces nie ma płci 

– Jeśli będziemy ograniczać dyskusję do porównywania płac czy zainteresowania sportem kobiet i mężczyzn, możemy się tylko dołować. Ale najważniejsze jest to, co u podstaw. Jest coraz więcej dziewczyn, które chcą uprawiać sport – mówi Hugo-Bader. I kończy, nawiązując do sytuacji z Lublina: Działacze powinni pokazywać obie drużyny – panów i pań – jako zwycięzców. A nie budować między nimi hierarchię i betonować różnice. Sukces nie ma płci.

Czy sprawa z Superpucharem może przynieść zmiany? Cóż, skoro PLS nie był w stanie zapobiec wizerunkowej klęsce w Lublinie, wiedząc, jak może się to skończyć, to trudno oczekiwać, żeby teraz rzucił się na ratunek siatkarkom i zrewolucjonizował system premii w kilka miesięcy. – O zmiany będzie bardzo trudno. Choć przykład już idzie z góry – mówi Małgorzata Glinka.

Chodzi o Europejską Federację Siatkówki (CEV), która w marcu zatwierdziła projekt wyrównania premii dla zwycięskich drużyn w Lidze Mistrzów i w Lidze Mistrzyń. W maju podczas finałów obu rozgrywek, które podobnie jak Superpuchary, tego samego dnia, na czekach dla ZAKSY Kędzierzyn-Koźle i Imoco Volley Conegliano z Joanną Wołosz w składzie widniała ta sama kwota: pół miliona euro.

- Jeżeli oni mogli, to dlaczego my nie? To oczywiście nie są porównywalne pieniądze, a i tak udało się je podzielić. Tu już nie chodzi o feminizm, akcje i konsekwencje. Sprawa płac i pozyskiwania sponsorów jest trudna, ale po co dodatkowo upokarzać kobiecą siatkówkę? – zastanawia się Glinka.

Więcej o: