60-letni wiceprezydent zagrał oficjalny mecz. Ojciec 50 dzieci ścigany przez Interpol

Kiedy po piłkarskiej murawie biega 60-letni wiceprezydent kraju, którego do dziś ściga Interpol, to musi być historia wyjątkowa. Ronnie Brunswijk od lat przywdziewa jednak dziesiątki twarzy.

Kim jest? "New York Times", kreśląc jego sylwetkę, wymienia: były spadochroniarz, rabuś mający na koncie skok na bank (choć ponoć zrabowaną fortunę rozdał biednym), dawny przywódca partyzantki, narkotykowy szmugler do dziś ścigany przez Interpol i ojciec co najmniej 50 dzieci.

Zobacz wideo "Barcelona gra jak Stoke. Koeman jest żywym trupem w Barcelonie"

Jego matka twierdzi zresztą, że idąc ulicą wieszają jej się na szyi i mówią do niej "babciu" osoby, które widzi na oczy po raz pierwszy w życiu.

Robin Hood, który przywrócił godność

Ale to nie jest cała prawda o Ronniem Brunswijku. W Surinamie – państewku w północno-wschodniej części Ameryki Płd., którego jest wiceprezydentem i do którego wrócił po latach na obczyźnie – jest otoczony niemal kultem. Dawnej holenderskiej kolonii przywrócił godność – pomógł zaprowadzić demokrację, pomaga wracać wojennym imigrantom, zaniedbywanym mieszkańcom podciągnął do domów energię elektryczną, pomaga im płacić rachunki, kupuje auta, opłaca pogrzeby. Słowem: dzieli się nieskończonym bogactwem. Choć sam twierdzi, że dorobił się na handlu złotem, dziennikarze radzą raczej przyjrzeć się jego narkobiznesowi, za które holenderski sąd chce go wsadzić na wieloletnie więzienie.

Nie zmienia to jednak faktu, że w ojczyźnie nazywają go "Robin Hoodem". I są w stanie wybaczyć mu niemal wszystko. – W dzieciństwie doświadczałem przeraźliwej biedy. Wszystko, co mam, chcę oddać biednym – mówi.

Ale nie dlatego o nim piszemy. Wśród dziesiątek ról i twarzy, które przybiera, Brunswijk ma jeszcze jedną – niepoprawnego fanatyka futbolu. Jest on właścicielem Interu Moengotapoe – jednego z najbardziej utytułowanych klubów w Surinamie. Brunswijk nie szczędzi na niego grosza: wybudował stadion (nazwał go – nie zgadniecie – "Ronnie Brunswijkstadion"), obdarowuje piłkarzy prezentami, wypłaca sowite pensje. Ale i stawia twardy warunek: on sam musi być jednym z czołowych piłkarzy.

Nie byłoby w tym być może wiele dziwnego, gdyby nie fakt, że Brunswijk to dziś mężczyzna 60-letni. Nie przeszkadza mu to jednak de facto wystawiać siebie samego do gry w pierwszym składzie Interu.

W ten sposób, wybiegając na boisko we wtorkowym meczu CONCACAF Leaguę z Clásico Moderno Olimpią z Hondurasu, Brunswijk stał się najstarszym zawodnikiem w historii Konfederacji Piłki Nożnej Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów.

60-letni piłkarz, kapitan i właściciel klubu

Brunswijk biegał po boisku 52 minuty – nie musimy dodawać, że z opaską kapitańską na ramieniu. Choć lepiej pasuje słowo: dreptał, głównie w środkowym kole, targając spory brzuch. I nie uchronił swej drużyny od bolesnej porażki 0:6. Zszedł tuż po przerwie, a zastąpił go jeden z synów – Damian.

Sprawa być może odbiłaby się bez echa, gdyby nie nagranie, które po meczu wyciekło do sieci. Widać na nim Brunswijka, który po spotkaniu wszedł do szatni gości i wypłacił im do ręki dziesiątki banknotów.

To oczywiście zaniepokoiło władze CONCACAF. "Sytuacją związaną z meczem Interu Moengotapoe z Olimpią zbada komisja dyscyplinarna" – można przeczytać w oświadczeniu federacji futbolowej.

Wątpliwe jednak, by Brunswijk przejął się ewentualną karą. W 2005 r. miał zostać ukarany pięcioletnim zakazem pracy w futbolu. A to dlatego, że w trakcie meczu groził swoim piłkarzom bronią. Ostatecznie z powodu "braku dowodów" sprawę  umorzono. Roczne "zawiasy" za znieważenie sędziego w 2012 r. jawią się przy tym jak niewinna igraszka.

W każdym razie: o tym, czy Brunswijk wybiegnie na boisko po raz kolejny, przekonamy się już w najbliższy wtorek. Na ten dzień zaplanowano bowiem rewanżowy mecz Interu z Olimpią.

Więcej o: