Rutkowski, Wujec: Transformers

Drużyna bezbarwna, efektywna i nudna, powoli rozgrywająca swoje nudne akcje, prowadzona przez najnudniejszego z nudnych Tima Duncana, dobijającego przeciwników (jakżeby inaczej) nudnymi rzutami od tablicy. Już nie. W finale Konferencji Zachodniej San Antonio Spurs rozbili Phoenix Suns, najbardziej widowiskową drużynę w NBA. Ale rozbili ich nie tylko skuteczną defensywą, ale również porywającym i znakomitym atakiem - w każdym z pięciu meczów zdobywali ponad 100 punktów.

Spurs już dwukrotnie sięgali po mistrzostwo NBA - w 1999 i w 2003 roku. Wygraliby pewnie i w zeszłym roku, gdyby nie niewiarygodny rzut Dereka Fishera na 0,4 sekundy przed końcem piątego meczu z Lakers.

A mimo to wśród drużyn liczących się w NBA trudno znaleźć taką, która miałaby mniej fanów. W rubryce "charyzma" przy San Antonio widnieje wielkie zero. Szefowie telewizji drżą na myśl o kolejnym finale z udziałem Spurs, bo to oznacza rekordowo niskie ratingi.

Faktycznie, śledzenie pierwszego triumfu Spurs - zespołu zbudowanego wówczas wokół dwóch wieżowców - Tima Duncana i Davida Robinsona - było doświadczeniem bolesnym i pozbawionym cienia wdzięku. Ale przecież z tamtych Spurs ostał się tylko Tim Duncan. Spurs AD 2005 - w przeciwieństwie do drużyny z 1999 - daje się oglądać. I to z przyjemnością. To zespół nie tylko dobrze ułożony, ale wszechstronny i całkiem barwny.

Stary rozgrywający Spurs Avery Johnson nie bez powodu zyskał przydomek "Generała". Nie było chyba w całej lidze koszykarza bardziej hałaśliwego i częściej strofującego swych partnerów. Dzisiaj Avery wrzeszczy na zawodników Dallas, których zaczął trenować kilka miesięcy temu, a w San Antonio zastąpił go Francuz Tony Parker - mniej jazgotliwy, za to szybki, dynamiczny, a przy tym pozbawiony manii wielkości.

Rzucającym obrońcą w dawnych Spurs był starzejący się Mario Elie, ociężały i polujący głównie na "trójki" z dobrych pozycji. Dziś na tej pozycji Spurs mają bohatera z Aten Manu Ginobiliego. Zwariowany Argentyńczyk potrafi jak węgorz wkręcić się w najmniejszą dziurę w obronie, odpychany przewraca się... ale w ostatniej chwili oddaje rzut wykręconą ręką, piłka kilka razy odbija się od obręczy, po czym wpada do kosza. Z faulem.

Gwiazdą Spurs AD 1999 był Sean Elliott, kolejny spec od "trójek". Dziś koszulka Seana wisi już pod kopułą hali w San Antonio, a na pozycji niskiego skrzydłowego gra człowiek z charakterem - Bruce Bowen, chyba najlepszy (a na pewno najbardziej nielubiany) defensor w lidze.

Ławka Spurs też jest dziś ciekawsza niż przed sześcioma laty - jest seryjny zabójca Robert Horry, mistrz ważnych rzutów dobijających rywali. Jest Brent Barry i debiutant ze Słowenii Beno Udrih, który chwilami przywodzi na myśl młodego Johna Stocktona.

Pozostał Tim Duncan, ale i on jakby się trochę zmienił. Z roku na rok coraz mniej beznamiętny, chętniej rozmawia z dziennikarzami, czasem nawet zażartuje.

Metamorfoza, jaką przeszła drużyna San Antonio w ostatnich latach, to przede wszystkim zasługa zarządu klubu. To dziś chyba najlepsi łowcy talentów w NBA. Co roku w drafcie wybierają z jednym z ostatnich numerów. I prawie zawsze są w stanie znaleźć perełkę - Parker i Udrih zostali wybrani z numerem 28, Ginobili z 57. Są o krok od tego, by zbudować koszykarską dynastię na miarę dawnych Celtics, Lakers, Bulls.

Spurs ze spokojem czekają na zwycięzcę siódmego meczu Miami - Detroit. Niezależnie od wyniku to oni będą faworytami finału NBA.

Kronika towarzyska

W Miami Heat szpital. Do obolałego Shaqa dołączył Dwyane Wade, który opuścił końcówkę meczu numer 5 (wygranego przez Miami) oraz cały mecz 6 (przegrany z kretesem). Dziennikarze z Florydy nie tracą wiary: "Heat wygrali najważniejszy mecz w historii klubu z wybitym palcem, dwoma stłuczonymi udami, naciągniętym mięśniem żebrowym i kontuzjowaną piętą".

Optymizmu nie traci też trener Heat Stan Van Gundy: "Wszyscy moi zawodnicy są na tyle zdrowi, że mogą oglądać filmy. Możemy więc chodzić do kina. A ja jestem zupełnie zdrowy. Mam stosunkowo niski poziom aktywności, więc w moim przypadku kontuzja jest w zasadzie niemożliwa".

Rasheed Wallace zagwarantował zwycięstwo Pistons w meczu nr 6 i już po raz trzeci miał rację (podobne obietnice składał rok temu w rywalizacji z New Jersey i niedawno - gdy Pistons grali z Pacers). Wallace zasugerował, że w interesie wszystkich jest decydujący mecz nr 7, zatem o zwycięstwo Pistons zadbają sędziowie. Na początku rzeczywiście trochę dbali, później Pistons poradzili sobie bez sędziów.

Ciągle nie doszło do zapowiadanego spotkania Kobe Bryanta z Philem Jacksonem. Panowie mieli rozmawiać o ewentualnym powrocie Jaksa do Lakers. Podobno Kobe obawia się, że jeśli potem Jax się nie zdecyduje, to wszyscy będą uważali, że to wina Bryanta.

Po dwóch latach Karlowi Malone'owi udało się wreszcie sprzedać swój dom - a właściwie wielkie ranczo - w Utah. Ponieważ zarówno cena wywoławcza (6 mln dolarów), jak i wnętrzarskie gusta Malone'a (styl myśliwski, kamień, drewno, skóry, pięć kominków, poroża jelenie etc.) odstraszały kupców, dom wystawiono na aukcję. Poszedł za 2,5 mln dol., czyli wg ekspertów od nieruchomości niemal za bezcen. Nieoczekiwanym nabywcą okazał się były agent Malone'a Dwight Manley.

Tako rzecze Shaq

"Dobrze, że wrócił. Gdy za trzy lata kupię ten klub, będzie pracował dla mnie" - o Brianie Hillu, starym-nowym trenerze Orlando Magic. Hill trenował Shaqa, kiedy ten grał w Orlando.

"Nie odpowiem na to pytanie. Nie chcę ujawniać moich zdolności ninja" - o tym, czy wyczuwa strach i frustrację w poczynaniach Pistons.

Bohater tygodnia

Larry Brown. Tuż przed najważniejszym meczem sezonu okazało się, że trener Pistons negocjuje swoje przejście do Cleveland, gdzie miałby zostać prezydentem klubu i mentorem dla LeBrona Jamesa.

Brown z początku zarzekał się, że w ogóle nie ma tematu, teraz zmienił linię: owszem, rozmawiał z Cavs, ale tylko na wszelki wypadek, gdyby kłopoty zdrowotne uniemożliwiły mu pracę trenerską w przyszłym sezonie. Bo przecież kocha Detroit i nie wyobraża sobie lepszej roboty. W te bałamutne historyjki nikt jednak nie wierzy, odejście Browna uważa się za przesądzone. Trener Pistons jest bowiem niepoprawnym wędrowniczkiem, a jego kariera jest pełna podobnych wolt.

Gdy Brown pracował w Pacers, w połowie sezonu zaczął się starać o kontrakt w 76'ers. Pracę w Indianie przyjął, zanim zakończył przygodę z Clippersami. A z Clippersami flirtował, jeszcze zanim zwolnił się z San Antonio. W latach 80. znalazł pracę w drużynie uniwersyteckiej Kansas, mimo że oficjalnie był jeszcze trenerem New Jersey Nets. A kiedy jego podopieczni z Kansas walczyli o tytuł mistrzów NCAA, on ustalał szczegóły kontraktu z UCLA, po to żeby się potem z tych ustaleń wycofać i przyjąć ofertę San Antonio.

Złota myśl

"Widzicie, co się dzieje, gdy ktoś za bardzo przykłada się do obrony? Można doznać kontuzji. Zawsze obawiałem się kontuzji i dlatego w ogóle nie broniłem" - Charles Barkley o urazie Dwyane'a Wade'a.

Copyright © Agora SA