Ku chwale Polski Ludowej widział Pelego i tragiczne dożynki. "Największy przestępczy holding w Europie"

Powstał z gruzów zniszczonej podczas wojny Warszawy. Ku chwale Polski Ludowej. Sportowo upadał jeszcze przed komunizmem, ale później rodził się na nim kapitalizm. Dostarczał emocji: wzruszeń, radości, smutku, złości. Stadion Dziesięciolecia został otwarty równo 65 lat temu.

Grał na nim Pele, śpiewał Stevie Wonder, modlił się Jan Paweł II, Wyścigi Pokoju wygrywał Ryszard Szurkowski, rekord świata bił Jerzy Chromik, a oklaskiwało go sto tysięcy ludzi. Stanisław Fołtyn w meczu z Francją wpuścił dwie bramki, bo wcześniej Władysław Gomułka przemawiał tak długo, że druga połowa toczyła się już w półmroku, a jupiterów nie było, więc polski bramkarz nie widział piłki. Zresztą, John Pennel też bił tutaj rekord świata w skoku o tyczce już w ciemności, ale wtedy na boisko wjechało kilkanaście samochodów, żeby lampami doświetlić rozbieg i zeskok. Jupitery dopiero miały powstać. Szatnie też miały być przeniesione gdzieś bliżej, żeby przerwy w meczach piłkarskich nie trwały pół godziny, bo na samo dojście zawodnicy potrzebowali 10 minut. W ogóle dużo było pomysłów na renowacje, ale na planach się kończyło, bo brakowało pieniędzy. Po latach sportowców zastąpili handlarze i na jarmarku "Europa" nie brakowało już niczego.

Zobacz wideo Juventus - Lazio. Dybala jednym zwodem ogrywa dwóch rywali [ELEVEN SPORTS]

Zbudowany z gruzów zburzonej Warszawy

Ledwie zdążył powstać, a już miał pierwszy rekord świata - w zaledwie jedenaście miesięcy 130 tysięcy robotników zbudowało bowiem obiekt na 71 008 miejsc. Miał zapierać dech w piersiach, nie dać się ogarnąć wzrokiem, być symbolem postępu, sygnałem do zmian w odgruzowywanej Warszawie. Furmanki zwoziły gruzy z całego miasta - na usypywanych hałdach można było ponoć znaleźć ludzkie kości, książki, resztki mebli z zawalonych podczas bombardowania mieszkań. Ale nie było czasu tego wszystkiego przebierać, bo stadion musiał powstać błyskawicznie. Miał zostać otwarty 22 lipca 1955 roku - w rocznicę opublikowania Manifestu Lipcowego, dzień po Pałacu Kultury i Nauki. Już na sierpień władze zaplanowały obchody Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, bo od początku było jasne, że tak wielki stadion pomieści i wydarzenia sportowe, i propagandę. A żeby od razu się dobrze kojarzył, jego pierwszy zarządca kombinował, czy ze stumetrowej bieżni nie uciąć po kryjomu dwóch metrów, by sprinterom łatwiej było o rekord świata.

Podkreślano jego warszawskość - że to sami mieszkańcy, z różnych klas społecznych, zakasali rękawy i społecznie pomogli przy budowie. W propagandowych materiałach żonglowano liczbami: że 150 ciężarówek dzień w dzień przywoziło aż 4,5 tys. metrów sześciennych gruzów, by usypać siedmiometrowe wały, pośrodku których miała znaleźć się boiskowa niecka. Że koszt budowy przekroczy 100 milionów złotych, a obiekt będzie miał pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej i ośmiotorową bieżnię o długości 400 metrów. Nikt natomiast nie wspomniał o tym, że podczas budowy robotnicy znaleźli tajemniczy gruby kabel. Nie było go na żadnych planach. Śledztwo prowadzili oficerowie NKWD. Okazało się, że telefonicznie łączył Moskwę z Berlinem. "Ominąć i nie zniszczyć" - usłyszeli robotnicy i kopali dalej. Zdążyli. 

"I wreszcie trybuny - niezliczona ilość rzędów, ławek, podzielonych na sektory… Nigdy jeszcze 70 tysięcy ludzi nie mogło być u nas jednocześnie obserwatorami jakiejkolwiek imprezy sportowej. To największa arena między Bugiem a Odrą" - podziwiał niezwykły podarunek narodu radzieckiego "Przegląd Sportowy" w dniu otwarcia. Oficjele z zaprzyjaźnionych krajów: ZSRR, NRD, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii, Albanii, Chińskiej Republiki Ludowej, Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i Albanii spod Pałacu przeszli na Stadion, by rozsiąść się w loży honorowej obok I sekretarza KC PZPR Bolesława Bieruta, premiera Józefa Cyrankiewicza i przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego. Stadion witało 83 tysiące ludzi. Najpierw młodzież zatańczyła poloneza, później Leszek Drogosz, dwukrotny mistrz Europy w boksie, podczas hymnu wciągnął na maszt polską flagę. Były długie przemowy, a po nich mecz - Warszawa kontra Stalinogród, jak nazywały się wtedy Katowice. Zespół ze Śląska wygrał 2:1, a pierwszego gola "zaskakującym, dalekim strzałem" - jak pisał "Przegląd" - strzelił Czesław Ciupa, piłkarz Polonii Bytom.

Sport i polityka

"Byliśmy świadkami wielkiego sportu, wielkich wydarzeń" - oceniał "Przegląd Sportowy" dzień po lekkoatletycznym meczu Polski z USA. Przegraliśmy, ale mieliśmy wielkie momenty: Jerzy Chromik bił rekord świata na 3000 metrów z przeszkodami, Zbigniew Makomaski wyprzedził na 800 metrów Toma Courtneya, a cały stadion śpiewał mu "sto lat". Zostały zdjęcia: szczelnie wypełnionych trybun, pojedynczych osób wspinających się na maszty, by dojrzeć co dzieje się na bieżni. 100 tysięcy osób? Według niektórych relacji nawet 110 tys. Nie dało się wszystkich policzyć, bo ludzie wciąż się mieszali: kto silniejszy - wygrywał pozycję na koronie stadionu i zostawał, zniechęceni odchodzili. 

- Wyszedłem z tego tunelu i pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że zewsząd otaczali mnie ludzie. Te 100 tysięcy osób tworzyło jedną wielką masę, która wytwarzała nieprawdopodobną energię. Wyobraża pan sobie, że na tych trybunach wszyscy stoją i biją brawo?! - pytał po latach Przemysława Babiarza Zbigniew Makomaski, podczas przechadzki po niszczejącym stadionie. - Sport zbliżył nas wtedy do Stanów Zjednoczonych - stwierdził.

Widzowie na Stadionie Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego / Mężczyźni stojący na konstrukcji z reklamą 'Spółdzielczych Zegarmistrzowskich Punktów Usługowych', maj 1961 r. (fot. Zbyszek Siemaszko / NAC / 51-448-23 / 51-448-26)Widzowie na Stadionie Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego / Mężczyźni stojący na konstrukcji z reklamą 'Spółdzielczych Zegarmistrzowskich Punktów Usługowych', maj 1961 r. (fot. Zbyszek Siemaszko / NAC / 51-448-23 / 51-448-26) Widzowie na Stadionie Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego / Mężczyźni stojący na konstrukcji z reklamą 'Spółdzielczych Zegarmistrzowskich Punktów Usługowych', maj 1961 r. (fot. Zbyszek Siemaszko / NAC / 51-448-23 / 51-448-26)

Rok po otwarciu stadionu pierwszy raz zagrała na nim piłkarska reprezentacja Polski. Polacy pokonali Norwegów 5:3, a Ernest Pohl strzelił cztery gole. Pohl pokonał też słynnego Lwa Jaszyna w arcyważnym meczu z ZSRR w maju 1961 roku. Ale bardziej niż wykorzystany rzut karny pamięta się faul Giennadija Krasnickijego na Edwardzie Szymkowiaku. Kopnięcie w głowę było tak mocne, że polski bramkarz stracił przytomność, a rozzłoszczeni kibice zaczęli rzucać butelkami w stronę boiska. Większość nie dolatywała i rozbijała się na głowach ludzi siedzących w pierwszych rzędach. Zamiast jednego poszkodowanego były dziesiątki. Za to szczęśliwych - tysiące. Polska wygrała 1:0.

Przez następne lata grało tu jeszcze wielu znakomitych piłkarzy: legendarny Santos z Pele na czele, reprezentacja Brazylii z Jairzinho, Carlosem Alberto i Rivelino. Mistrzowie catenaccio z Włoch, w październiku 1971 Gerd Mueller, który wbił Polsce dwa gole. Gwardia debiutowała tu w Pucharze Mistrzów, Legia przyjmowała Milan, piękną bramkę zdobył Kazimierz Deyna, ale z czasem coraz więcej meczów przejmował chorzowski "Kocioł Czarownic". Stadion Dziesięciolecia wydawał się pechowy, co potwierdził ostatni mecz - Polacy grali z Finlandią. Zaraz na początku Włodzimierz Smolarek dał nam prowadzenie, ale po chwili Paweł Janas strzelił samobója, skończyło się 1:1 i pogrzebaniem szans na awans do mistrzostw Europy. - Tym strzałem zamknąłem stadion - żartował w jednym z wywiadów.

Na Stadionie Dziesięciolecia, politycznym już z samej nazwy, bo upamiętniającej wydanie Manifestu Lipcowego, polityka zawsze przeplatała się ze sportem. Najwyraźniej w maju 1968 roku na finiszu Wyścigu Pokoju. Nastroje w całym kraju były napięte i czuć to było na trybunach. W dodatku z relacji radiowych wynikało, że jako pierwsi na stadion wjadą radzieccy kolarze. Na tor poleciały pierwsze butelki. Po chwili jeden z pijanych kibiców wbiegł na boisko i zaczął się bić z milicjantami. Tłum ruszył za nim. Interweniowało ZOMO. Zamieszki trwały do nocy, a rannych zostało około tysiąca osób. - Ludzie mieli dość obrońców siermiężnego socjalizmu - pisał Lech Ufel w "Przeglądzie Sportowym".

Władza najczęściej odwiedzała stadion podczas corocznych dożynek. Wtedy autobusy i pociągi zwoziły do Warszawy rolników z całej Polski, by dzielili się darami ziemi z I sekretarzem KC PZPR. A gdy on całował okrągły bochen chleba, publiczność klaskała. Były niekończące się przemowy i tańce. Świeckie błogosławieństwa dla mas. 8 września 1968 roku święto zostało zakłócone. Ryszard Siwiec, urzędnik z Przemyśla, były żołnierz AK, oblał się na trybunach rozpuszczalnikiem i podpalił. Uciekał, by nikt nie mógł go ugasić. Wcześniej krzyknął: "Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka uczuć ludzkich! Opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk!". Nie chciał inwazji polskich wojsk na Czechosłowację. Dramat zarejestrowały kamery "Polskiej Kroniki Filmowej". Ale dożynki trwały dalej. Siwiec zmarł cztery dni później. O ustawienie kamer operatorzy bardzo dbali 15 lat później, gdy na Stadionie Dziesięciolecia Jan Paweł II odprawił mszę z udziałem blisko dwóch milionów wiernych. Byli na stadionie, błoniach i dookoła nich. Byli wszędzie. Nie można było tego pokazać. Szeroki plan był tego dnia absolutnie zakazany.

'Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka uczuć ludzkich! Opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk!' - powiedział w ostatnim przesłaniu 59-letni Ryszard Siwiec, nim 8 września 1968 r. podpalił się na Stadionie Dziesięciolecia w proteście przeciwko inwazji na Czechosłowację'Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka uczuć ludzkich! Opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk!' - powiedział w ostatnim przesłaniu 59-letni Ryszard Siwiec, nim 8 września 1968 r. podpalił się na Stadionie Dziesięciolecia w proteście przeciwko inwazji na Czechosłowację Fot. archiwum

Jarmark Europa 

Stoiska kosmetyczne, a nad nimi neonowy szyld: "MANICURE, PEDICURE". Obok oferta masażu głowy, naprzeciwko orientalna restauracja. Zupa pho w plastikowych naczyniach. "Express fryzjer", "tanie nails nokio", wszystko świeci na czerwono i zielono, wszystko "OPEN". Wszyscy zapraszają. Sporo Wietnamczyków, słychać też wschodni akcent. Aleja długa, pod dachem. Ale już kawałek dalej przed deszczem chroni rozciągnięte prześcieradło i koce. Chaos. Kłótnie Azjatów, manekiny, wszędzie wszystkiego pełno. To targowisko przy Bakalarskiej w Warszawie w piątkowy poranek. Zarządcy reklamują się tym, że tylko tutaj naprawdę czuć klimat jarmarku "Europa". Wielu handlarzy zaczynało na Stadionie Dziesięciolecia, a po zamknięciu przeniosło się tutaj. 

Zaczynali sprzedawać w 1989 roku, gdy niszczejący od kilku lat stadion został wydzierżawiony prywatnej firmie w celach handlowych. Choć wciąż pojawiały się głosy o przywróceniu arenie dawnej świetności, brakowało pieniędzy na remonty. Handlarze szybko zajęli koronę stadionu. W przybytku socjalizmu rodził się polski kapitalizm. Mieszały się tu narodowości, kultury. A kupić można było wszystko: od produktów spożywczych, przez odzież, po nielegalne papierosy, oprogramowanie i tytuł magistra. Jarmark liczył około 5 tysięcy stoisk i był największy w Europie. Łączne obroty szacowano na 12 miliardów złotych rocznie. Według magazynu "Wprost" z handlu na Stadionie Dziesięciolecia w szczytowym momencie utrzymywało się około 100 tys. osób. "To też symbol ciemnych interesów stolicy. Chcesz kupić broń? Masz do wyboru izraelskie uzi, niemieckie MP-5 i rosyjskie granatniki przeciwpancerne. Chcesz zlecić zabójstwo, zorganizować przerzut nielegalnych imigrantów na Zachód albo napad na tira, załatwić hurtową dostawę narkotyków, a wreszcie kupić piracką płytę z muzyką lub oprogramowaniem komputerowym czy podrabianą odzież? Wybierz się na Stadion Dziesięciolecia. To największy przestępczy holding w Europie" - pisał tygodnik w 2001 roku.

Handel kwitł przez ponad 20 lat. 6 września 2008 roku Stadion Dziesięciolecia został oficjalnie zamknięty, a w jego miejscu, z myślą o Euro 2012, trwała już budowa Stadionu Narodowego.

Więcej o: